Najlepsze single roku 2019

Miejsca 30-21

Obrazek pozycja 30. Algiers – Can the Sub_Bass Speak?

30. Algiers – Can the Sub_Bass Speak?

Pierwszym czynnikiem, który sprawił, że tak polubiłem ten singiel, było zaskoczenie: zespół znany ze stworzenia charakterystycznej mieszanki soulu, gospel i punku, nagrał poetycki spoken word na free jazzowym podkładzie. Tuż po zaskoczeniu przyszedł pierwszy odsłuch, a wraz z nim zachwyt i osłupienie, bo niewiele utworów w 2019 roku poruszyło mnie równie mocno, co „Can the Sub_Bass Speak?”. Ta pięciominutowa kompozycja zawiera w sobie więcej emocji niż niejeden album i zostaje w pamięci na bardzo długo. Wszystko to dzięki fascynującej synergii muzyki i słowa.

Tekst Fishera może jawić się jako kontrowersyjny, gdyż w pewnym momencie bezpośrednio odnosi się do niepochlebnej recenzji drugiej płyty Algiers, która została opublikowana przez Pitchfork. Odpowiadanie na zarzuty krytyki przez artystów jest często stąpaniem po cienkim lodzie, ale tu twórcy wyszli z tego obronną ręką. „Can the Sub_Bass Speak?” ostatecznie okazuje się mieć dużo głębszy wydźwięk, poruszając problemy rasowe, w sposób budzący skojarzenia z peele’owskim „Get Out”. Singiel stylizowany jest na wypowiedź białego mężczyzny, która początkowo jest wyraźnie protekcjonalna, ale jednak pasywna, z biegiem czasu przeradzając się w wulgarny, pełen agresywnego rasizmu paszkwil. Występ wokalny Fishera jest rewelacyjny i pełen obezwładniająco silnych emocji. Przez jego głos przebija się wściekłość i rozgoryczenie, co dobitnie podkreślone zostało przez warstwę muzyczną.

Instrumental, który Algiers stworzyli na potrzeby tego singla, jest chaotyczny, roztrzęsiony, złowrogi i złośliwy (ironicznie wybrzmiewające w tle trapowe hi-haty). Atonalne fragmenty fortepianowe budzą lęk, a wrzeszczący saksofon powoduje ciarki przerażenia. Algiers udało się wykreować niesamowite brzmienie, które w perfekcyjny sposób podkreśla wydźwięk tego utworu. Wielkiego utworu. (Jakub Małaszuk)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 29. Carly Rae Jepsen – Julien

29. Carly Rae Jepsen – Julien

Co prawda „Dedicated” nie okazało się aż tak znaczącym zjawiskiem w skali popowej jak „Emotion”, ale chyba żaden fan Carly specjalnie nie narzekał. Dodajmy, że chodzi tu bardziej o starszych widzów „Brooklyn 9-9", gdzie oczekiwanie na każdy kolejny singiel jest sporym wydarzeniem kulturalnym, niż młode fanki „Victoria Znaczy Zwycięstwo”, dla których Jepsen to już underground. Szalikowcy dostali dokładnie to, czego chcieli: serię piosenek będącą kontynuacją poprzednika (oraz wszystkich B-side'ów, które wydarzyły się po drodze), pozbawiony udziwnień, sprawdzony sposób na setki repeatów. Liczba powtórzeń kawałków zmniejszyła się co prawda w skali last.fm o jakąś połowę, ale z pewnością nie dotyczy to „Julien”.

Carly nie ukrywa, że otwieracz albumu był inspiracją dla całej reszty materiału, wytyczył jej zdaniem dreamy, sexy disco klimat w stylu Donny Summer. Cięty i szarpany bit idzie w parze z jak zwykle trafiającym idealnie w punkt przesłodzonym wokalem, a całość napędza lekko funkowa energia gdzieś z okolic Daft Punk. Wszystko dopełnia rozmarzony mostek, który w połączeniu z ostatnim refrenem jest najmocniejszym fragmentem całego albumu. Gdyby przełożyć tęskny tekst za owym Julienem (przypomnijmy: imię męskie) na konkretne emocje, to mostek wydaje się rozmazanym wspomnieniem, które wieńczy euforia z samego faktu jego zaistnienia. Przy całej banalności całego zabiegu: każdy fan Andy’ego Samberga wydaje się być zachwycony. (Mateusz Mika)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 28. Lana Del Rey – The Greatest

28. Lana Del Rey – The Greatest

Idolka wszystkich fanów estetyki vintage postawiła ostatnio na prawdziwy old school. Jej utwory, które zawsze z jakiegoś powodu odwoływały się do kulturowego krajobrazu lat 50., 60. i 70., tym razem rzeczywiście brzmią jakby snuły się z maszyny grającej postawionej w kącie typowego amerykańskiego baru na przedmieściach Los Angeles. „The Greatest” nie jest pod tym względem wyjątkiem: bluesowy, melancholijny i niejako senny nastrój tego kawałka wprowadza nas w nostalgiczny klimat. Choć jakość nagrania jest wysoka, ma on w sobie coś typowego dla lo-fi. Po części jest to wynik jego dość intymnego brzmienia, ale też skromnej aranżacji: instrumentalnie wydaje się o wiele mniej bogaty niż jest w rzeczywistości. Wokal Lany snuje się delikatnie, podkreślając tylko to, co najważniejsze; lirycznie z kolei to jedno z wielu ucieleśnień nostalgii w tekstach wokalistki. Dziwnie współczesnej na tle całego utworu, ale jednocześnie bardziej uderzającej. (Marcin Kornacki)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 27. Tyler, The Creator – I THINK

27. Tyler, The Creator – I THINK

„I THINK” – owoc wspólnych wakacji Okonmo z Frankiem Oceanem i Solange nad jeziorem Como – okrojone do samego szkieletu przywołuje na myśl czasy, kiedy Neptunes remiksowali „Call” Backstreet Boysów (Tyler akurat wykorzystał tu sample nigeryjskiego twórcy disco, Bibi Mascela). Harczący, zwalisty bas nawiedzający synkopowaną perkusję tworzy fundament pozwalający temu romantycznemu przecież utworowi częściowo realizować się na parkiecie. A przecież poza tym dostarcza on także ciekawych progresji, chórków Solange i uwielbianych przez samego zainteresowanego mostków, które dopieszczał na tym kawałku do perfekcji, podchodząc do ich nagrywania ponoć 9 razy. Ten rozbudowany singiel świetnie oddaje klimat „IGORa” – eksperymentalno soulowego Creatora, istnego post-Tylera. Tylera, który – choć zaczynał od homofobicznych wersów – dziś jawi się artystą wręcz queerowym, sięgającym w swoich opowieściach o komplikacjach miłosnych do odniesień do „Call Me By Your Name”. Dojrzała produkcja, hipnotyczny rytm przeplatany z aranżacyjnymi smaczkami, a do tego szczerość w tekstach. I oczywiście melodyjne flow. Takie są te nieco ponad 3 minuty z ostatniej płyty Tylera, które powinniście znać. (Rafał Krause)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 26. Caroline Polachek – Door

26. Caroline Polachek – Door

„Door” to fachowa popowa konstrukcja, ale i rzecz pełna urzekająco romantycznej niewinności. Polachek widzimy tu zatem jako diabelnie sprawny songwriterski umysł, a także wzdychającą przy oknie zakochaną dziewczynę. Mniejsza już nawet o niesamowicie wbijający się do głowy wstęp, będący również późniejszym pre-chorusem, ale jak nie ulec temu, co zaczyna się w szesnastej sekundzie czerwcowego singla Caroline? Tu nawet nie trzeba hooku, do którego to wszystko dąży, nie musimy otwierać kolejnych drzwi, bo rozkoszą jawi się samo docieranie do nich. Na etapie pierwszej zwrotki i towarzyszącej jej skromnej, zniewalająco szlachetnej melodii jest już doskonale, a właściwie można powiedzieć, że robi się tak po pierwszych kilku jej taktach. Sam refren brzmi zaś tak, jakby zamierzał zapętlić się w nieskończoność, dopóki wraz z sercem słuchacza nie zostaje przełamany przez boskie And I’m running through, to youuu. Jak na kolejną zwykłą dziewczynę w swetrze powiedziałbym, że nawet nieźle. (Łukasz Zwoliński)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 25. Hatchie – Obsessed

25. Hatchie – Obsessed

W przyjaźni bywa czasem tak, że wewnętrzne lęki i niepewności sprawiają, że jedna ze stron wpędza siebie w toksyczną obsesję na punkcie drugiej. Właśnie o tym jest „Obsessed”. Bug my friends, then cry about being lonely. Let Friday ruin my Saturday yet again. Hatchie śpiewa o sprawach bolesnych, ale jak sama stwierdza – it’s okay i może dlatego ten utwór, mimo naznaczenia melancholią, brzmi lekko i tanecznie.

Harriette Pilbeam pisząc tę piosenkę, zaufała sile prostoty: weszła do pokoju, chwyciła za gitarę i w ciągu popołudnia stworzyła piękny, eteryczny, dream popowy hit. Jestem wielkim fanem takiego świadomego, wysmakowanego minimalizmu: wyraźnie szugejzująca gitara rytmiczna, prosta, energetyczna partia perkusyjna, pojawiające się raz na jakiś czas, wesołe syntezatory i spinająca wszystko, równie nieskomplikowana, ale satysfakcjonująca linia basowa w tle. Na wierzchu zaś rozmarzone, ciepłe i dość niskie wokale Hatchie oraz świetny, wpadający w ucho riff gitarowy, który brzmi nieco jakby wyrwany był z dokonań The Cure z drugiej połowy lat 80. Harriette, kończąc nagrywać, podobno była bardzo zadowolona z efektu swojej pracy i ani trochę się jej nie dziwię. Gdybym kiedyś napisał tak zgrabny przebój, zapewne niechybnie wpadłbym w obsesję na jego punkcie, but it’s... (Jakub Małaszuk)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 24. Ariana Grande – bad idea

24. Ariana Grande – bad idea

Transformacja młodej wokalistki z produktu popkultury w najsilniej chyba wyznaczającą trendy we współczesnym popie artystkę jest szokująca. Potrzeba było bowiem dwóch lat i dwóch albumów, z których ten drugi jest nawet lepszy od poprzedniego, by do tego dojść. Zamach na koncercie, śmierć byłego chłopaka – nie było Arianie łatwo w ostatnim czasie. Traumy odzwierciedliła w swojej muzyce w postaci najlepszego na świecie, piekielnie precyzyjnego i chwytliwego trap-popu. „bad idea” to idealny przykład popu przyszłości, wyciągającego z najbardziej dziś świeżego nurtu, jakim jest trap, ile tylko się da i transformującego to na język typowego popu dla złamanych dziewczęcych serc. Piosenka jest więc jednocześnie hipnotyczna – zalana werblami, nasycona basem i zgrabnym loopem gitary – i przy tym też zwiewna, niepozbawiona delikatnych orkiestracji. Na pokładzie byli z Ari sami Peter Svensson i Max Martin, więc nic dziwnego, że wszystko zostało w aranżu tak dobrze spięte. Dodatkowo jeszcze warto odnotować fakt, że zabawiono się tutaj w końcówce chopped’n’screwed z tym outro zdeformowanym jak u starego dobrego DJ Screwa. (Michał Weicher)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 23. Charly Bliss – Capacity

23. Charly Bliss – Capacity

Charly Bliss – takie trochę nowe Paramore hehe. Tylko dużo szybciej poszli w klawisze, bo od razu po swoim rewelacyjnym deskorolkowym debiucie. W doniesieniach prasowych mówi się teraz o niesamowitym progresie tej grupy – już nie pop punk, tylko pop po prostu, i to taki ambitny. Resurrected from the basement i w sumie fajnie. Muzykalności, umiejętności kombinowania i – co najważniejsze – drygu do melodii wprawdzie odmówić im nie sposób, choć na podstawie odsłuchu „Young Enough” obawiam się rychłego pójścia w stronę epickiego stadionowego art popu, którego więcej nam dziś specjalnie nie potrzeba. Niemniej „Capacity” to hajlajcik, całkiem pojemny w hooki, że pozwolę sobie troszkie przysuszyć. Wokal Evy Hendricks – nie mogę z niej. Typowo amerykański pop punkowy timbre doprowadza do rejonów wręcz absurdalnych, przez co brzmi jak wiecznie zautotune’owana maskotka. Zresztą może coś w tym jest, zważywszy na męczarnie, jakie zdaje się przeżywać w czasie lajwów (oktagon zweryfikuje). Z drugiej strony podbija to jednak ekspresyjność tych wykonów, a przecież jest się czym emocjonować, bo te kawałki nie są o niczym. Jak na przykład ten krótki kurs asertywności zamknięty w pigułce przebojowego mid-tempo. (Jędrzej Szymanowski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 22. Injury Reserve – Jailbreak the Tesla

22. Injury Reserve – Jailbreak the Tesla

Chociaż ogólnie rzecz biorąc debiut Injury Reserve nie zapadł mi głęboko w pamięć, to „Jailbreak The Tesla” stanowi tu chlubny wyjątek. Zresztą jako singiel był dla mnie jednym z głównych argumentów za wysłuchaniem długograja grupy. W mojej opinii jest to utwór, który garściami czerpie z dokonań takich ekip jak Dalek czy Death Grips. Zresztą chyba ani jedni, ani drudzy nie powstydziliby się go, gdyby miał się znaleźć akurat w ich portfolio. Industrialny futuryzm, motoryzacyjny tekst i motyw przewodni kojarzący się z „Tokyo Drift” – co mogło się nie udać? A przecież udało się wszystko! Trochę parodia i zabawa, a trochę naprawdę ambitne granie. I to jeszcze z potencjałem viralowym. Tak się zdobywa popularność pod koniec drugiej dekady XXI wieku. (Grzegorz Mirczak)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 21. Hatchie – Without a Blush

21. Hatchie – Without a Blush

„Without a Blush” to bez wątpienia (celowy dowcip słowny) niemal 5-minutowa podróż przez nostalgiczne tory świadomości. Prowadzą one wprost do lat 90-tych, kiedy wszystko wydawało się prostsze i niemal idealne. Hatchie brzmi tutaj jak muzyczne dziecko The Cure i My Bloody Valentine. A słyszalne są również echa Mazzy Star. Jakim cudem w 2019 roku to nadal brzmi świeżo? Jest w tym zasługa delikatnego, nieco przytłumionego wokalu i marzycielskiej warstwy instrumentalnej. Zazwyczaj taki minimalizm, jakby wszystko było nagrane na jednej ścieżce, bywa irytujący. Nie w tym przypadku. „Without a Blush” po prostu rozczula. Idealnie pasuje też do całości albumu. Gdyby wspomnienie miało dźwięk, pewnie brzmiałby właśnie jak twórczość Hatchie. (Oliwia Jaroń)

Posłuchaj >>

Screenagers.pl (23 stycznia 2020)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także