Najlepsze single 2018

Miejsca 10-1

Obrazek pozycja 10. Anderson .Paak – Bubblin

10. Anderson .Paak – Bubblin

Twórca jednego z najweselszych i najbardziej z soulem na ramieniu albumów w mainstreamie 2016 na moment odpuścił cieplejsze brzmienia „Malibu” i przyszedł wyjaśnić (na co wydaje się góry pieniędzy) i wyjaśnić (zeszłoroczną kondycję zagranicznej rapgry). Finezyjny beat ozdobiony skrzeczącymi smyczkowymi wstawkami i wersy o tysiącu i jednym sposobie na wydanie mamony zdają się pasować do obecnych mód jak ulał, ale żeby było ciekawiej, .paakowska ingerencja jest dla owych trendów niczym pryzmat dla światła. Dużo rzeczy ulega tu rozczepieniu – trapowa energia, newschoolowa produkcja, a nawet poczciwy west-coastowy vibe – dzięki czemu próżno szukać w „Bubblin” trącących myszką schematów, za to pojawia się lekki powiew świeżości. I cyk, wysokie miejsce w topce zagranicznych rapowych kawałków 2018. Tak to się robi. (Paweł Ćwikliński)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 9. Kero Kero Bonito – Only Acting

9. Kero Kero Bonito – Only Acting

Siemanko kochani, dzisiejszy film z nowej serii, bo często mnie pytacie w komentarzach o deskorolki tak zwane fiszki. Co o tych właśnie fiszkach myślę, czy jeżdżę, jaką mam fiszkę i tak dalej. Także tak, ja na fiszce jeżdżę gdzieś tak od roku, czyli może nie za długo, ale okej i teraz może na początek dwa słowa na temat czym jest w ogóle fiszka, dla tych co może nie wiedzą. Więc jest to taka o deska, dość krótka, ale mi taki rozmiar zupełnie wystarczy, materiał wykonania to jest przede wszystkim plastik, ale jak jest dobra fiszka to ten plastik też powinien być dość mocny. I tak jest tutaj, ja mam taką fiszkę, nie jakąś tam chińską z allegro, ale co ciekawe fiszkę bodajże japońską, która przyleciała do mnie z Anglii. Fajna. Ta tu jest akurat w takim kolorze, o, nawet fajnym, takim słodkim, ale uwierzcie mi te deseczki występują we wszystkich, no po prostu wszystkich możliwych kolorach, nawet są takie kilkukolorowe i świecące, też takie są. No i mi taka w zupełności mi wystarczy. Na różnych już deskach tego typu gdzieś tam, gdzieś tam wcześniej jeździłem i muszę powiedzieć, że na tej mi się jednak sunie najlepiej. Są tu na pewno bardzo solidne tracki, wiem, mega skrętne. Więc jest zwrotna, całkiem też taka tak zwanie „gibka”, to znaczy dobrze się można powiedzieć dopasowuje, to jest też właśnie zasługa tych kółek zrobionych z takiego jakby kauczuku. No i co mi się bardzo podoba jest dość szybka. Łożyska tutaj są bardzo dobre, są to siódemki, dzięki którym to kółka się płynnie kręcą, nic nie zgrzyta, chyba że gdzieś tam przy hamowaniu, ale to jest w sumie normalna rzecz w każdej prawda deseczce penny, to znaczy naszej fiszce, po polsku. W tej mojej no jest ten plastik już taki postrzępiony na krawędziach, zużyty, ale mi to jakoś nie przeszkadza, to może nawet jakby tylko sprawia, że jest ciekawsza, jest z takim jakby to powiedzieć większym charakterem. No, to może na razie to by było na tyle, tylko jeszcze może powiem coś o muzyce, bo jak wiecie ja muzykę kocham i sobie tego nie odmówię. Temat: muzyka na fiszkę. Na fiszce oczywiście możecie jeździć do każdego „podkładu”, ale ja na przykład jak idę sobie pojeździć to najbardziej mi pasuje jakaś muzyka taka można powiedzieć gitarowa, jakiś nie wiem pop-punk, coś takiego. Jakoś tak mi po prostu to dobrze odpowiada i jakby napędza. Okej, no to by było już naprawdę wszystko, jakby co, to pytajcie w komentarzach, trzymajcie się, dajcie łapkę w górę i pamiętajcie żeby subskrybować. Czeeść! (Jędrzej Szymanowski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 8. Iglooghost - Shrine Hacker

8. Iglooghost - Shrine Hacker

Niektórzy skwitowali tegoroczne EP-ki Iglooghosta stwierdzeniem: nic nowego, a przecież złote dziecko Brainfeedera, które na „Neō Wax Bloom” przekonująco dołączało do elektronicznego zestawu jazzowe i hiphopowe klocki, tym razem otworzyło pudełko z popowymi zabawkami, a efekty tego ruchu bywają naprawdę spektakularne. Z wszystkich numerów zgromadzonych na dwóch tegorocznych wydawnictwach najjaśniej błyszczy właśnie „Shire Hacker”, w którym sam Iglooghost ze swoim brzmieniowym ADHD uspokaja się na moment i pozwala wybić się na pierwszy plan wokalowi Babii, która brzmi tutaj trochę jak Kria Brekkan (z Mum). Zabłąkana po drugiej stronie lustra, w dziwacznej, wciąż przeobrażającej się, pulsującej, dźwiękowej krainie, baśniowo groźnej, słodkiej, choć jednocześnie nieco strasznej. (Piotr Szwed)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 7. Amnesia Scanner - AS A.W.O.L

7. Amnesia Scanner - AS A.W.O.L

Debiutancki longplay duetu Amnesia Scanner najczęściej klasyfikowany jest jako glitch-hop, post-industrial oraz – tak popularne w ubiegłym roku – deconstructed club music. Etykiety te mogą być jednak bardzo mylące i niezbyt precyzyjne, jeśli odniesie się je do singlowego „AS A.W.O.L”. To prawda, sporo tutaj eksperymentu, cyfrowego przeładowania i równie dużo abstrakcji, jednak konstrukcja nagrania jest wręcz… popowa. Nie powinno to jednak dziwić, kiedy sprawdzi się pozostałe projekty producentów, tworzących ten (do niedawna) tajemniczy duet – w końcu specjalizują się oni również w bardziej przystępnych i komercyjnych odmianach muzyki elektronicznej. Tutaj zresztą sprytnie próbują te wszystkie doświadczenia przemycić, proponując nieco leniwe i masywne, ale jednak całkiem przebojowe bity. „AS A.W.O.L” jest chwytliwe, choć niekoniecznie proste, na pewno zaś odważne i bezkompromisowe. Tak właśnie powinny brzmieć klubowe bangery w świecie zdigitalizowanych emocji. (Emilia Stachowska)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 6. Jon Hopkins – Emerald Rush

6. Jon Hopkins – Emerald Rush

Na OFFowy koncert Hopkinsa poszedłem trochę od niechcenia. Nie słuchałem żadnej z jego płyt, nie znałem żadnej z jego piosenek, bo też w ogóle mnie nie interesowały. Nieinteresujący był dla mnie także początek jego gigu, który, choć ładnie oświetlony, zwyczajnie nudził. Po kilku minutach przepychania się przez ludzi zdecydowałem, że mam to gdzieś, idę spać, bo jestem zmęczony i, no, spać mi się chce. To był TEN MOMENT, kiedy teledysk do „Emerald Rush” zstąpił na ekran za konsoletą, a ja chwilę później kompletnie odpłynąłem.

Reszta to historia – zostałem do samego końca i bawiłem się świetnie, „Emerald Rush” posłuchałem później jeszcze kilkadziesiąt razy, dałem mu mnóstwo punktów w podsumowaniu i napisałem o nim króciutką notkę. A że Hopkins zrobił obiektywnie lepsze rzeczy i tak wysoka pozycja „Emerald Rush” może wydawać się absurdem? Cóż, trudno – bardzo dobrze, że mamy ten utwór tak wysoko, bo jeśli jakaś muzyka nawet takich nudziarzy paskudnych jak ja potrafi przytrzymać na terenie słabo rozwijającego się koncertu, to zdecydowanie jest coś na rzeczy. (Paweł Ćwikliński)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 5. Mitski - Nobody

5. Mitski - Nobody

Trochę jestem zadziwiony faktem, że Mitski hurtem zdobyła szczyty różnego rodzaju rankingów minionego roku i podejrzewam, że zaskoczyło to również samą zainteresowaną. Jej niezwykle ciepło przyjęty album „Be the Cowboy” jest pełen fajnych piosenek, które kończą się zdecydowanie za szybko, ale pośród tych melodyjnych kawałków brakuje większej liczby tak spektakularnych strzałów jak przepiękne „Nobody”. W tych trzech minutach z hakiem Japonka zamknęła przeraźliwą i rozpaczliwą samotność, ubierając ją w delikatnie roztańczoną formę. Sama idea utworu narodziła się podczas wyprawy do Malezji: była nią tytułowa fraza, opętańczo wręcz powtarzana przez artystkę w chwili największego kryzysu emocjonalnego. Aby jeszcze lepiej oddać bezradność i opuszczenie, niektóre wykonania „Nobody” opierają się wyłącznie na wokalu Mitski. Jednak to chyba za taneczność i melodyjność połączoną z błogo wyśpiewaną melancholią pokochaliśmy „Nobody” do tego stopnia, że utwór ten zawędrował w naszym podsumowaniu tak wysoko. (Marcin Małecki)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 4. Kanye West – Yikes!

4. Kanye West – Yikes!

„Ye” pojawiło się znikąd, zebrało mieszane opinie i wiele wskazuje na to, że pomimo ewidentnych zalet – krążek ów już na stałe zagości w cieniu wcześniejszych dokonań Westa. Nieco inaczej ma się sprawa z wydanym 10 dni później singlem „Yikes!” - skrajnie osobistym i jednocześnie wybitnie intrygującym manifestem psychicznej niestabilności autora. Nie uświadczymy tu żadnych eksperymentów – w zamian raper serwuje nam niepokojąco brzmiący, a jednocześnie relatywnie prosty w swej strukturze bit, o sile którego stanowi w dużej mierze oszczędna linia basu. I tak jest w sumie dobrze – usilnie grzebanie w tym tracku mogłoby zaburzyć niezwykle naturalną – oczywiście nie perfekcyjną – ale jednak bardzo autentyczną ekspresję artysty. Zresztą przejażdżka po psychice Westa to dosyć ciekawe doświadczenie, w którym – na swój sposób – można się przejrzeć; chociaż nie każdy być może mógłby palić z Wiz Khalifą, o tyle dziwne uczucie strachu przed samym sobą zdaje się być czymś dosyć uniwersalnym.

Dużo bym dał by West konsekwentnie podążał w kierunku wyznaczonym przez „Yikes!” - wiem jednak, że jest to mocno wątpliwe – szczególnie po skonfrontowaniu się z memicznym, ale jednocześnie prostackim „I love it”. Z drugiej strony – czego można oczekiwać od gościa, który na okładce swego krążka umieszcza słowa „I hate being Bi-Polar, it's awesome”? Może cały urok muzyki Kanyego leży w specyficznym chaosie pracy, który za nią stoi? Odpowiedzi na te pytanie nie są w kontekście „Yikes!” istotne – liczy się za to fakt, iż kawałek ów wierci dziurę w głowie i zostaje w niej na długo. Oj, naprawdę długo! (Grzegorz Mirczak)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 3. Low – Disarray

3. Low – Disarray

Niesamowita sytuacja, gdy zespół będący czołowym reprezentantem jednego z teoretycznie najbardziej przewidywalnych gatunków, jakim jest slowcore, nagle wypuszcza takiego singla, że szczęka opada, bo oto się okazuje, że człowiek nigdy w życiu nie słyszał czegoś podobnego. Znów jest minimalistycznie, sennie i monotonnie, głosy ukochanej pary smętnego rocka są jak zawsze pięknie czyste i tęskne. Wszystko więc jest na swoim miejscu, ale tym, co wprowadza ogromną zmianę jest zdeformowana, chropowata ściana elektronicznego hałasu, która pojawia się zaraz na początku utworu i towarzyszy nam przez cały czas, momentami wyciszona zostaje tylko po to, by wybrzmiały unisono te dwa piękne głosy. I jaki piękny jest ten kontrast. Estetyka brzydoty, a z taką na pewno mamy do czynienia, przy brudnej produkcji jeszcze lepiej uwypukla te mistyczne wokalizy w finale, które zdają się dosłownie odrzucać kolejne warstwy mułu w drodze do ku niebu.

Ten utwór w swej bezkompromisowej formie przypomina mi inny alternatywny „hit” sprzed dekady – wściekle mechaniczne w rytmie i liryczne w melodii „Machine Gun” powracających po latach w glorii chwały Portishead. I niech ktoś teraz powie, że slowcore to nowy dadcore. Nie nie, slowcore potrafi się jak widać dostosować do nowych czasów deconstructed club zajawki i pokazać młodziakom, jak naprawdę się demoluje podstawy swojego muzycznego ego, by wyjść z tego zwycięsko, z czymś tak obezwładniająco pięknym, lśniącym w ruinach slowcore’owego imperium. (Michał Weicher)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 2. Thom Yorke – Unmade

2. Thom Yorke – Unmade

Czytałem głosy, że soundtrack „Suspirii” jakościowo zdecydowanie wyprzedza sam film. Z dużym dystansem podchodzę do takich twierdzeń, gdyż to, co udało się zbudować Guadagnino na kanwie oryginału Argento (no bo nie można tego nazywać remake’iem, błagam) za bardzo dobre. Natomiast jeśli chodzi o to, co Yorke wyczynia w swoim debiucie jako kompozytor filmowy należy z pełnym podziwem uznać za upiorne. Nie zapomnę zresztą pierwszego kontaktu z tą muzyką. Wybierając muzyczkę do popołudniowej drzemki, pomyślałem: soundtrack? Spoko. Co łatwo przewidzieć, wybudziłem się w dość koszmarnych okolicznościach. Brytyjczyk, trzeba przyznać, nieźle wywija w tym tańcu z Belzebubem.

Na tle mrocznych trzasków i dysonansowych pasaży smyków, zdecydowanie wybija się jeden z trzech (pozostałe także znakomite) pełnoprawnych utworów - „Unmade”, stanowiący bodaj najbardziej anielsko uwodzicielskie zaproszenie do duchowej deprawacji i przejścia na „ciemną stronę mocy”. Oczywiście jest to popis znanych już wszystkim jakości Yorke’a: szerokiej skali głosu, idealnej do rozedrganego, rozsierdzającego zawodzenia i niezwykłego talentu do pisania wzruszających fortepianowych motywów. Utwór ten spokojnie mógłby zmieścić się na „A Moon Shaped Pool” macierzystej formacji, ale dobrze, że tak się nie stało. Śmiem bowiem twierdzić, że to najlepsza w karierze ballada wokalisty Radiohead. Choć to tylko kolejny wariant uprawianego od lat przezeń idiomu, „Unmade” czaruje słuchacza niezwykłej urody motywicznością, równie prostą, co harmonicznie rzadko spotykaną. Kompozycja oparta podobnie jak w przypadku „Daydreaming” na repetycji zyskuje przewagę na konkurencją w momencie inauguracji przeszywającego i dającego dreszcze refrenu, w którym znajdują się (myślę, że przechodzące do historii) nadprzyrodzone chórki, o diabelnie pięknej harmonice. Emocjonalną stawkę podbijają smyki (syntezator?), a Yorke robi, to co umie najlepiej: beznamiętnie przeciąga sylaby, gdy my wyjemy już w środku ze wzruszenia. Całość ostatecznie zatapia się w chmurze klawiszowych arpeggiów. Odpływamy błogo, łagodnie w stronę ciemności. (Patryk Weiss)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 1. Yves Tumor – Noid

1. Yves Tumor – Noid

To znamienne, że naszym singlem minionego roku stał się utwór, który opowiada o strachu przed rasizmem i ksenofobią oraz o nieustającym lęku przed agresją skierowaną w stronę określonej grupy społecznej. Problem skrajnej nietolerancji jest obecny również w naszym społeczeństwie, chociaż niewiele osób próbuje o nim opowiadać w taki sposób, jak robi to Yves Tumor w swoim jednocześnie strasznym i niezwykle nośnym „Noid”. 219 sekund wystarcza muzykowi, aby w prosty, acz niezwykle wyraźny sposób opisać niepokoje i obawy afroamerykańskiej społeczności względem brutalnego zachowania policji w Stanach Zjednoczonych.

Depresja, zespół stresu pourazowego, symptom, urodzony, by przegrać, jeden z wielu, element statystyki – w formie spisanych haseł może to wyglądać naiwnie, jednak Tumor wyśpiewuje je w taki sposób, że wspomniane wcześniej niepokój i paranoja udzielają się momentalnie odbiorcy. Lęk może budzić też triphopowy podkład, a w szczególności brudny, ale melodyjny bas oraz wbijające się do głowy smyki wprost z melotronu, przerywane brutalnym stopem i ponownym startem. Jednocześnie liczba repetycji – perkusji, linijek, smyczków – oraz typowy podział zwrotka-refren nie dają nam zapomnieć, że to gdzieś podskórnie w dalszym ciągu jest piosenka popowa. W całej swojej gęstości „Noid” sprawdził się doskonale nie tylko w formie singla pilotującego znakomite „Safe In The Hands Of Love”, pokazując złożoność tej płyty, ale również jako osobna całość. Niewiele utworów zapętlałem w tym roku równie intensywnie jak „Noid”, ale na pewno żaden z nich nie dawał mi w tym samym czasie tyle przyjemności i przerażenia, co paranoiczna i rozdygotana kompozycja Yvesa T. (Marcin Małecki)

Posłuchaj >>

Screenagers.pl (21 stycznia 2019)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także