Green ZOO Festival

Green ZOO Festival, 22-25 maja 2014, Kraków

Green ZOO Festival - Green ZOO Festival, 22-25 maja 2014, Kraków 1

(fotografie: Dominika Filipowicz / Krakowska Scena Muzyczna)

Czwarta edycja krakowskiego Green ZOO Festival obfitowała w szerokie spektrum wykonawców. Coś dla siebie mogli znaleźć słuchacze sympatyzujący z gitarami i garażem (Wild Books, The Kurws, Semantik Punk), synth popem (Mathematique, Ken Park) czy nawet improwizacją (Mikrokolektyw, Pole). W tym roku udało mi się obejrzeć prawie wszystkie występy w klubach – za wyjątkiem Gelbarta i Roberta Piernikowskiego (jeżeli ktoś z Was widział, piszcie śmiało w komentarzach). Dopełnieniem line-upu były targi płytowe, panel dyskusyjny o „świecie bookingu festiwalowego” i wolna strefa Open ZOO na Scenie przy Pompie – brylowały tam najciekawsze postacie krakowskiej sceny.

22.05 (czwartek)

Mikrokolektyw (Klub RE)

Trudno sobie wyobrazić lepsze rozpoczęcie festiwalu niż występ niezawodnych Artura Majewskiego i Kuby Suchara. Powiem więcej – z perspektywy czwartkowego wieczoru prawdopodobieństwo, że którykolwiek kolejny koncert przebije Mikrokolektyw, wydawało się sytuować w granicach błędu statystycznego, z czym oficjalnie zgodzili się również obecni w klubie Re redaktorzy Niemczyk i Hanusiak. Później przekonałem się, że ta katastroficzna wizja nie do końca się spełniła, zatem in plus, o czym piszę dalej; a tymczasem skupmy się na Mikrokolektywie.

Najpierw było opóźnienie. Całkiem spore opóźnienie w wymiarze 50-minutowym. Nie narzekam zanadto, bo to nic nadzwyczajnego. Warto było czekać. Mikrokolektyw pojawił się wreszcie na scenie i rozpoczął koncert od elektronicznej pętli rytmicznej, której Majewski wtórował zduszonymi frazami, po czym dźwięki trąbki zaczynały nabierać kształtów i materializować się w postaci krótkich i szybkich fragmentów melodii. Z kolei perkusja Kuby Suchara coraz mocniej zaznaczała swoją obecność – tak klarowało się typowe dla Mikrokolektywu brzmienie: oba instrumenty grając energicznie, niosą ze sobą jednocześnie kontemplacyjne walory. Dwa pierwsze utwory ozdobione były nagraniami prozy mówionej Mirona Białoszewskiego, pochodziły z wydanej niedawno przez Bôłt czteroczęściowej kompilacji „Białoszewski do słuchu”. Zwłaszcza drugi segment zapierał dech w piersiach – gdy Suchar rozwijał swoją szalenie szybką wypowiedź perkusyjną, o nieogarnialnym poziomie komplikacji (nie jestem na tyle szalony, żeby zgadywać metrum, ale powtórzenie sekwencji następowało po 16 uderzeniach hi-hatu, z początku!, bo potem fraza rozpisana była w interwale 40 hi-hatów). Perkusja pozostawała w tym trybie długo, a Suchar na dokładkę ozdabiał całość podwójną stopką i nakręcanym zabawkowym pajączkiem (który był najzabawniejszym momentem muzycznym całego festiwalu). Tymczasem Majewski próbował tworzyć ambientalne podkłady z pomocą tłumika i efektu echo, dzięki czemu słuchacze mieli punkt oparcia.

Mikrokolektyw nagrał fantastyczny materiał dla Bôłtu, śmiem twierdzić, że momentami lepszy niż niektóre utwory z „Absent Minded”. A skoro już jesteśmy przy ostatniej płycie, kolejnym zagranym utworem był sympatyczny „Sonar Toy” – utwór tak dobrze skomponowany, że powinien stanowić stały punkt każdego występu Mikrokolektywu. Przed końcem jeszcze bis: lekko swingujący utwór, w podobie „Lipuko” z „Revisit”. Wnioski? W kategorii rodzimych improwizujących duetów Mikrokolektyw deklasuje rywali. „(!)… Trzeba było zostać muzykiem jazzowym…” – Sebastian.

Posłuchaj Mikrokolektywu na Soundcloud

Green ZOO Festival - Green ZOO Festival, 22-25 maja 2014, Kraków 2

23.05 (piątek)

Wild Books (Klub RE)

Pomimo informacji w rozkładzie jazdy, że piątkowy set otwiera skład Pole, na scenie niespodziewanie pojawił się gość z charakterystycznym afro. „Zatem Wild Books grają pierwsi”. Wokalista i gitarzysta Grzegorz (właściciel świetnej fryzury) + perkusista Karol = młody stołeczny zespół, grający mieszankę indie rocka i optymistycznego garażu. Ale nie tylko, bo w wielu momentach dało się usłyszeć silne inspiracje Nirvaną i ogólnie pojętym grunge’owym sposobem pisania piosenek. Mniej więcej 3 miesiące temu Instant Classic wydał ich debiutancki album, na którym znajdziemy kwintesencję tego, jak może wyglądać koncert w ich wykonaniu – moc przesterów, radosnych akordów, przemieszanych z charyzmatycznym wokalem, wiele zmian tempa i te specyficzne, minorujące zejścia w riffach (wiecie, granie grunge’u, tak to się robi), odgrywanych na dwunastostrunowej gitarze z silną „dystorsją”.

Niezwykle pozytywna energia emanowała od chłopaków, nawet emocjonalne teksty, w połączeniu z radością grania, wywoływały zadowolenie na twarzach skaczących słuchaczy. Z tego, co słyszałem, Wild Books zagrali w większości materiał z „Wild Books”, dokładając zaledwie dwie nowe piosenki. Highlightem zarówno koncertu, jak i płyty, była/jest piosenka „Walk Of Shame” – która doprawdy brzmi jak zagubiony klasyk indie rocka lub jakiś kapitalny b-side Pavementów z młodzieńczych lat. W ogóle Grzegorz musi mieć świetne ucho do lepienia riffów – wiele z nich pozostaje w głowie na długo, na rotacji. Zatem kolejny dobry koncert – 2:0 dla Green ZOO.

Posłuchaj Wild Books na Bandcampie

Pole (Klub RE)

Po kolejnej sporej obsuwie, która jest typowa nie tylko dla wspaniałego klubu RE, ale też – jak się okazało – ogólnie dla festiwalu („zlokalizowałeś perkusistę Zentralheizung?”, „nie, nadal go szukam”), a może nawet dla większości festiwali, dlatego, ponownie, nie narzekam zanadto, na scenie pojawili się Piotr Zabrodzki, Michał Górczyński i Jan Młynarski. Debiut płytowy Pola dopiero przed nami (już niedługo wyda ich Kilogram Records, album „Radom”, polecam uwadze), nie znaczy to jednak, że mamy do czynienia z debiutantami. Zabrodzki ma na koncie m.in. współpracę z The Kurws czy z Macio Morettim w ramach LXMP. Górczyński – wszechstronny multireedist – współtworzy Kwartludium, występuje na festiwalach muzyki klasycznej, ale też improwizuje z plejadą osobowości europejskiej sceny. Jana Młynarskiego znamy z Młynarski plays Młynarski.

Ich wspólny projekt to ciekawa kombinacja instrumentów dętych i klasycznej sekcji rytmicznej. Oba segmenty brzmiały momentami jak dwa osobne zespoły, co wcale nie powodowało dysonansu, wręcz przeciwnie, świetnie zazębiały się pasaże druzgocącej perkusji (Młynarski) i basu, na którym Zabrodzki grał często całymi akordami bądź dodawał „bottleneckowe” efekty metalową rurką, z klarnetem Górczyńskiego. Po kilkunastu minutach na scenie pojawił się Oskar Carls, „nasz szwedzki saksofonista z Radomskiego”, by wspomóc klarnet w sekcji dętej. Obaj muzycy grali solidne improwizowane układy – Carls wydobywał z saksofonu tenorowego najwyższe możliwe tony, Górczyński grał raz na klarnecie, raz na dwóch drewnianych fletach naraz, po czym obaj muzycy spotykali się w jowialnych unisonach. Jeżeli na debiutanckim albumie również usłyszymy tak zgrabnie dopasowany „rozdźwięk” i improwizowaną niejednorodność, cóż, jestem kupiony.

The Kurws (Klub RE)

The Kurws, dla mnie chyba najbardziej wyczekiwany koncert festiwalu (co kompletnie nie tłumaczy faktu, że przybyłem na występ lekko spóźniony). Grupa grała już w najlepsze i od samego początku rzucało się w oczy kapitalne zgranie muzyków. Zdaje się, że po sześciu latach działalności perfekcyjnie przepracowali charakterystyczny idiom – agresywne połączenie ostrych riffów na przytłumionych strunach i szkieletowych kompozycji – który zaiste można jedynie porównać do brzmienia zespołu Massacre. Polska odpowiedź na supergrupę Freda Fritha i Billa Laswella w ferworze walki prezentowała się doskonale. Nie był to jednak koncert pozostawiający słuchacza w stanie pozytywnej ekstazy. Utworów The Kurws słucha się raczej z napięciem, próbując odczytać kierunek muzyki czy trudny do rozszyfrowania bagaż emocjonalny – a przecież dobrze wiemy, że to walka z wiatrakami, a bombardowany bodźcami układ nerwowy prędzej czy później zaangażuje się kompletnie w słuchanie.

Niekwestionowanym motorem napędowym Kurwsów jest gitarzysta Hubert Kostkiewicz w duecie z basistą Jakubem Majchrzakiem – interplay surowych fraz za każdym razem budował struktury, na tle których dopiero oddawałem się słuchaniu klawiszy Zabrodzkiego, saksofonu Carlsa (obaj muzycy gładko przenieśli się z występu Pola do składu Kurwsów) czy po prostu motorycznej perkusji Dawida Bargendy. Najfajniejsze momenty? „Strefa Euro” z wykrzyczanym „hey!” w środku, szaleństwo Carlsa, sympatyczna konferansjerka Bargendy, żyletkowe riffy, wtręty klawiszowe w nastroju „spooky”. Mocne zakończenie dnia w Klubie RE. „Wszystko, co stałe, rozpłynęło się w powietrzu”.

Posłuchaj The Kurws na Bandcampie

Green ZOO Festival - Green ZOO Festival, 22-25 maja 2014, Kraków 3

24.05 (sobota)

Semantik Punk (Klub RE)

Rozumiem, że koncerty Semantik Punk powinno się porównywać do korridy. A ich muzykę do jednego wielkiego „YYY”, jak chce gitarzysta Rafał Modliński. W pewnych sytuacjach byłyby to stwierdzenia komplementujące, tak mi się wydaje – 1) walka muzyków z publiką, by osiągnęli poziom zaangażowania, na którym wszystko zaczyna nabierać sensu; 2) muzyka znacząca coś więcej, niż słowa ją etykietujące, sprowadzona do przedjęzykowego ryku afirmacji. Tymczasem sobotniego koncertu Semantik Punk nie da się zaliczyć do udanych, ponieważ zabrakło w nim elementarnego połączenia na linii artysta-słuchacz. Zespół wniósł na scenę niepokojące rozdrażnienie, kumulujące się głównie w osobie wokalisty Adama Adamczyka. Niczym torreador gotowy do walki, zdawał się wypatrywać wśród publiki przypadkowej ofiary. Rozgrzewał się, podskakując niczym bokser przed walką. Pozdrowił publiczność z pewnego zakątku kraju, a zapytany przez słuchaczkę „dlaczego akurat stamtąd?”, zareagował wyniosłym stęknięciem, maskując zakłopotanie dawką animuszu. No więc, kontynuując, „spontanicznie spięty” wokalista dał sygnał do rozpoczęcia – na dobry początek firmowy utwór Semantik Punk: „abcdefghijklmnoprstuwxyz”, w którym wokalista rytmicznie sylabizuje cały łaciński alfabet od góry do dołu (aczkolwiek brakuje „q” i „v”). W kolejnych utworach to właśnie wokal, obok perkusji Karola Ludewa, bardziej „rytmizował” piosenki niż przekazywał znaczenia, co jest najwyraźniej cechą dystynktywną zespołu. Utwory Semantik Punk w szczegółach są efektowne: Modliński obficie korzysta ze slide’ów, wspomniany wokal dodaje drugi rytm; jednak w całości rzecz ujmując – z numeru na numer dało się odczuć usztywnienie i pewną monotonię. Adamczyk postanowił rozruszać publiczność metodami siłowymi – wpadał z zaskoczenia w grono słuchaczy i próbował „generować efekt pogo”. Niewiele to dało. Dopiero końcówka występu wynagrodziła słaby początek. Modliński z Adamczykiem w duecie odegrali na gitarach długą, hipnotyzującą kodę, cierpliwie się nią delektując, po czym zostawili reverb w eterze i zeszli ze sceny, pozostawiając po sobie echo własnego występu.

Posłuchaj Semantik Punk na Bandcampie

Zentralheizung Of Death Der Todes (Klub RE)

Był to zdecydowanie najfajniejszy koncert z kategorii radosnego garażu w wykonaniu pięciu typów z dobrym poczuciem humoru. Nigdy wcześniej nie słyszałem tej niemieckiej kapeli, ale ponoć supportowali już gigantów pokroju Thee Oh Sees, zatem garażowy trop wydaje się całkiem trafny. W przeciwieństwie do Semantików, członkowie Zentralheizung już w trakcie soundchecku promieniowali dobrym samopoczuciem, zwłaszcza wokalista, który sterował przygotowaniami popisując się promiennym uśmiechem. Co się tyczy właśnie wokalisty – dysponuje świetną barwą głosu, a i charyzmy mu nie zbywa. Dlatego, kiedy już koncert się rozpoczął, im dalej szliśmy w las, tym było lepiej. Świetne groove’y, anachroniczne riffy i solistyka rodem z jam-bandów sprzed 40 lat, szybkie i intensywne numery z post-punkowym posmakiem (z tytułami typu „Falafel 666”). Wyczuwalny radosny puls muzyki sprawił, że ludzie pod sceną zaczęli wariować. Od strony muzycznej może nie było fajerwerków – piosenki nie były unikalne – ale mimo to dało się wyłapać pewne imponujące szczegóły: np. perkusista Zentralheizung popisywał się niebywałymi jak na garażrock umiejętnościami – śmiem twierdzić, że był najlepszym technicznie perkusistą po Kubie Sucharze z Mikrokolektywu (mimo jednak przepaści między nimi i różnicy gatunkowej). Dostrzegam sens zapraszania do Polski takich kapel, w scenerię Green ZOO wpasowali się idealnie. Po koncercie pozostały mi dobre wspomnienia i dźwięczny tinnitus w lewym uchu.

Posłuchaj Zentralheizung na Soundcloud

Mathematique (Bomba Na Placu)

Po ekscesach z Semantik Punk i Zentralheizung zakładka z programem kierowała w stronę Bomby na placu Szczepańskim, gdzie wystąpić miała Mathematique – kanadyjska wokalistka synth-popowa, która zresztą była stałym uczestnikiem festiwalu po stronie publiczności od samego początku. „Rąbek” sceny na poziomie zero (lub po prostu witryna) w Bombie nigdy nie skłaniał do wykonywania nadmiernej ilości ruchów, tym razem zdawał się nawet krępować samą artystkę w trakcie jej występu. Klaustrofobiczne wrażenie udzielało się chyba również publiczności, która stała rozproszona pod ścianą lub na schodach, potrącana co chwilę przez randomowych mieszkańców Krakowa. Nikt nie tańczył. Mathematique z użyciem elektroniki i laptopa kreowała podkłady muzyczne – syntezatorowe miniaturki – do których następnie śpiewała. Niestety całość wypadła niezbyt przekonująco; nie chodzi może o sam fakt, że wokalnie występ pozostawiał wiele do życzenia, czy o nagłośnienie (słowa prawie niesłyszalne w porównaniu z muzyką), co o kwestię lokalizacji. Z całego line-upu jedynie Mathematique dostała witrynę w Bombie: świetną dla DJ-a, nieco gorszą dla wokalisty. Nie powiedziałbym też, że ma tu zastosowanie znane przysłowie z rąbkiem spódnicy – w tym wypadku sceny – ale, jak zaznaczyłem, czegoś ewidentnie zabrakło.

Posłuchaj Mathematique na Soundcloudzie

Green ZOO Festival - Green ZOO Festival, 22-25 maja 2014, Kraków 4

25.05 (niedziela)

Inqbator (Betel Klub)

Jakub Bugała, ukrywający się pod pseudonimem Inqbator, to niezwykle wrażliwy muzyk. Porównania do krakowskiego Patrick The Pan trafiają w sedno – mamy tu do czynienia z podobnym sposobem ekspresji. Jego występ miał wiele dobrych momentów. Przede wszystkim konferansjerka Kuby, pod zawstydzeniem przemycająca sporo humoru, ale też sam sposób budowania utworów. Przy początku każdej piosenki wokalista nagrywał na looperze odgłosy uderzeń (puls basu) i stukania palcami (elementy rytmiczne) w pudło rezonansowe amplifikowanej gitary, dzięki czemu powstawał gotowy podkład dla gitary akustycznej i elektrycznej oraz dla klawiszy (na dwóch ostatnich instrumentach grał Piotr Madej w ramach występu gościnnego). Pojawiała się myśl, że podczas gdy wielu wykonawców folk-chamber-popowych „upada krótko” w repertuarze smętnych, powolnych, przesyconych melancholią piosenek, Bugała zdaje się nie należeć do tego grona. Trafił mnie swoisty fenomen: gdy w myślach rozprawiałem się bezlitośnie z prostymi strukturami piosenek, gdzieś na poziomie słuchania cały czas byłem zaangażowany i usatysfakcjonowany efektem. Mam wrażenie, że Inqbator będzie zaliczał świetne koncerty, gdziekolwiek się pojawi, bo kontakt z publicznością wychodzi mu bardzo dobrze (nawet jeżeli sam tego tak nie ocenia).

Posłuchaj Inqbatora na Soundcloud

Circuit Des Yeux (Betel Klub)

Headlinerka tegorocznej edycji festiwalu, Circuit Des Yeux, czyli Haley Fohr, spokojnie weszła na scenę, dzierżąc jedynie dwunastostrunową gitarę. Przed kwadransem stała jeszcze tuż obok wśród widowni, słuchając występu Inqbatora. Pomimo młodego wieku Fohr ma już na koncie cztery albumy, na których doskonale słychać zalety jej muzyki: nieco dysonujący, ale unikalny styl gry na gitarze oraz GŁOS – piekielnie mocny i intymny zarazem, z szerokim marginesem zarówno na dole, jak i u góry skali. W trakcie występu zaprezentowała jednak o wiele więcej, niż można usłyszeć na nagraniach studyjnych. W każdej kolejnej piosence była w 100% „semantycznie zaangażowana” w śpiewane teksty, zdawała się przeżywać na nowo stany zapośredniczone w słowach, przybierała nawet role, sprawnie posługując się barwą i natężeniem głosu (po zwrotce śpiewanej głębokim dołem nagły refren w środkowym rejestrze, z zupełnie odmienionym timbrem, następnie zaawansowane techniki gardłowe w rejestrze wysokim!). Potrafię sobie wyobrazić porównanie Haley Fohr do Diamandy Galás czy Nico – z jednym zastrzeżeniem: w muzyce Circuit Des Yeux prym wiedzie pierwiastek ekspresywny, wrażliwość muzyków noise'owych i wszelkich „brutalistów” bardziej, niż singer/songwriterów smęcących o swoim marnym losie. A jednocześnie swoista pewność siebie i samoświadomość emocjonalna decydowały o tym, że trudno było odwrócić wzrok.

Najważniejszym momentem koncertu był bezsprzecznie ostatni utwór, „Acarina”, który na zeszłorocznym albumie „Overdue” sprawia wrażenie niewinnego – to w końcu jedynie powolne arpeggio trzech podstawowych nut gitary i dosadny śpiew – podczas gdy na scenie Betelu przybrał rozmiary totalnej eksplozji emocjonalnej. Fohr wpadła w katatoniczny trans, dosłownie wypluwała płuca w rozdzierającym krzyku. Intensywność tego występu mógłbym jedynie porównać z najmocniejszymi momentami bardowskiego wcielenia Keijiego Haino. Wow. Circuit otrzymała potężne oklaski; gdy już zamknęła etap występu i przeistoczyła się z powrotem w członkinię publiczności, wydawała się lekko zażenowana tak entuzjastycznym przyjęciem, wykonała nawet gest pod tytułem „ok, dajcie spokój, to tylko koncert”. Zdecydowanie najintensywniejszy występ festiwalu i bodaj najlepszy spośród wszystkich, które widziałem.

Posłuchaj Circuit Des Yeux na Youtube

Green ZOO Festival - Green ZOO Festival, 22-25 maja 2014, Kraków 5

Ken Park (Betel Klub)

To będzie bardzo krótka relacja z koncertu: Cóż, najprawdopodobniej nie zaprzyjaźnię się na dłużej z muzyką Kena Parka. Co ciekawe wykonawca wcale nie zaliczył złego występu. Koncert miał swoje blaski – przeważnie w środkowych częściach mocno syntezatorowych utworów, kiedy słuchacz oswajał się z bitem i fakturą, co pozwalało „trochę-tańczyć”. Jednak każde przejście, wejście nowego tematu, wybijało z rytmu, skazywało na ponowne próby włączenia się w muzykę. Ken Park na scenie Betelu czuł się swobodnie, ale miałem wrażenie, że niewielu słuchaczy podzielało ten euforyczny stan. Nieokreśloność muzyki będzie zatem moim najmocniejszym zarzutem. Z trudem przyszłoby mi określenie gatunku, cech dystynktywnych. Ok, przynależność gatunkowa wcale nie czyni z muzyki cudu, ale granie ot, takich, patternów na syntezatorze, do których można śpiewać własne teksty, również nie.

Phèdre (Betel Klub)

Występ duetu Phèdre chyba ostatecznie wyznaczył poziom podmorskiego podłoża, w związku z czym niektórzy wcześniejsi wykonawcy zyskali ex post kilka oczek w notowaniu. Trudno mi będzie oddać w słowach charakter koncertu. Spróbujmy.

W towarzystwie nieco labadziarskich podkładów (elektronikę obsługiwał Ken Park, ubrany w T-shirt z nadrukowaną głową tygrysa) dwoje „raperów-wokalistów” – April Aliermo i Daniel Lee – ubranych w jaskrawe dresy, również zadrukowane głowami drapieżników kotowatych, próbowało skłonić publikę do żywych reakcji. W pewnej mierze ich plan się powiódł, ponieważ pod sceną zawiązał się spontaniczny kolektyw bawiących się jednostek, dlatego… „wszystko fajnie”, gdyby nie KOMPLETNY CHAOS muzyczny piosenek, chaos z gatunku tych najgorszych, bo a) nie był zaplanowany, b) nie był ironiczny, c) nie był postmodernistyczny, lecz najprawdopodobniej wynikał z nieprzemyślanego tunewritingu. Poza potencjałem rozkręcania dancingów Phèdre nie zaimponowali więc niczym, co skłoniłoby do przyjrzenia się ich dyskografii. Cóż, prawdopodobnie właśnie współczynnik rozkręcalności wiksy podkręcony do poziomu „pro” zdecydował o tym, że Kanadyjczycy swym koncertem zamykali tegoroczne Green ZOO.

Posłuchaj Phèdre na Soundcloud

Green ZOO Festival - Green ZOO Festival, 22-25 maja 2014, Kraków 6

Niestety nie było mi dane zostać na imprezie zamknięcia. Być może właśnie tam rozegrały się jeszcze wydarzenia, które godnie przypieczętowały Green ZOO – fajny, obiecujący festiwal, imponujący różnorodnym programem. Ta różnorodność i fakt rozlokowania występów w przestrzeni Starego Miasta pozwala ocenić Green ZOO jako kolejny, po Unsoundzie, udany festiwal typowo miejski. W końcu kto nie lubi wałęsać się od klubu do klubu w poszukiwaniu mocnych wrażeń?

Michał Pudło (28 maja 2014)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także