Najlepsze płyty roku 2005

Miejsca 11 - 20

Obrazek pozycja 20. Depeche Mode - Playing The Angel

20. Depeche Mode - Playing The Angel

25 lat grania, kilkanaście wydanych krążków (i albumów koncertowych, i oficjalnych kompilacji), niezliczona ilość zagranych koncertów (a wiele, w tym kolejne w Polsce, jeszcze przed nami) to chyba najkrótsza z możliwych biografia Depeche Mode. Po romansie z klimatami bardziej popularnymi ("Exciter" i solowy Gahan) oraz słabym, ciężkawym "Ultra" zespół powrócił w wielkiej formie, nagrywając zapewne swój najlepszy album od czasów świetnego "Violatora". "Playing The Angel" znów emanuje bezpardonowym, depeszowskim brzmieniem, mistrzowskimi aranżami, klasową produkcją i niezwykłym potencjałem przebojowym - słysząc "John The Revelator" czy "Lilian" nie można mieć wątpliwości. Depeche Mode, zresztą tak samo jak bliskie osiągnięcia czołowej dwudziestki Echo & The Bunnymen, powinno być przykładem dla dziewiętnastu pozostałych delikwentów odnotowanych w naszym podsumowaniu. Czy za kilkanaście lat choć 1/3 tych wykonawców będzie na podobnym etapie, na którym w 2005 roku są Gahan i Gore z zespołem? Wątpię. Czapki z głów, panie i panowie. (kw)

Obrazek pozycja 19. Paavoharju - Yhä Hämärää

19. Paavoharju - Yhä Hämärää

Jedyny nieanglojęzyczny album w naszym zestawieniu zajmuje miejsce dziewiętnaste. Dla autorów to doskonała pozycja, jeśli weźmiemy pod uwagę to, że charakter ich twórczości nie wpisuje się w główny nurt promowanej na screenagers.pl muzyki. Z przymrużeniem oka można stwierdzić, że "Yhä Hämärää" to dzieło wykraczające poza ramy screenagersowego mainstreamu. Obrana przez Finów konwencja to pomysł na pomieszanie przeróżnych muzycznych stylów. Przy pierwszym kontakcie dzieło wydaje się być chaotycznym kolażem wszystkiego co siedziało w głowach twórców. Inspiracje szeroko pojętą muzyką elektroniczną, przestrzennymi brzmieniami rodem z Islandii, elementami etnicznymi a nawet reggae, w nieoczywisty, a co najważniejsze niebanalny sposób tworzą ponad półgodzinną muzyczną impresję. Album oczarowuje jako całość, pomimo tego, ze fragmenty takie jak "Aamuauringon Tuntuinen", "Valo Tihkuu Kaiken Läpi" czy "Musta Katu" mogą fascynować jako osobne utwory. "Yhä Hämärää" to jednak nie tylko "płyta z klimatem", w znaczeniu dzieła przeznaczonego jedynie dla wąskiego kręgu odbiorców. Jakość tegorocznego albumu grupy Paavoharju zmusiła wiele znaczących serwisów muzycznych do zauważenia i docenienia tego wydawnictwa. Mam osobistą satysfakcję, ze wśród tego zacnego grona znalazł się także nasz portal. (ww)

Obrazek pozycja 18. Maximo Park - A Certain Trigger

18. Maximo Park - A Certain Trigger

Gdybym miał wskazać brytyjską płytę, która w tym roku zrobiła na mnie największe wrażenie, bez wahania postawiłbym na "A Certain Trigger". Maximo Park zdążyli wykorzystać chylącą się prawdopodobnie ku końcowi koniunkturę na garażowego rocka i nagrali płytę odwołującą się do bogatego dziedzictwa muzycznego poprzednich epok, a jednak brzmiącą bardzo świeżo i nowocześnie. Zespołowi z pewnością pomógł fakt, że w tym roku nie było już na Wyspach zbyt wielu spektakularnych debiutów, zeszłoroczne gwiazdy padły ofiarą syndromu drugiej płyty, a weterani po raz kolejny nie spełnili pokładanych w nich nadziei. Ale sukcesu debiutantów z Newcastle nie można tłumaczyć tylko słabszą dyspozycją brytyjskiej sceny muzycznej. Debiut Maximo Park jeszcze przez wiele lat będzie w stanie dostarczyć swoim fanom arsenał argumentów do obrony przed krytyką. Głównie dlatego, że każdy utwór na płycie jest małym arcydziełem kultury popularnej, niemal każdy mógłby z powodzeniem pełnić rolę przeboju promującego ten materiał. W czasach masowej produkcji muzyki i kultury MTV, nastawionej na jednorazowe promowanie singli i szybkie zbieranie owoców chwilowej popularności, równy i bardzo wysoki poziom "A Certain Trigger" to bezdyskusyjnie ogromna zaleta tego albumu. (pn)

Obrazek pozycja 17. The National - Alligator

17. The National - Alligator

Bycie adult bez kawiarnianego przynudzania jest w coraz wyższej cenie, bo poza The National niewielu młodych te niszę zagospodarowuje. Rzemieślnicza konsekwencja nowojorczyków w trzaskaniu jednej trafionej piosenki za drugą jest dziś niespotykana, chociaż żadnej z kompozycji nie można uznać za wybitną (takie rzeczy to tylko u Sufjana). Matt Berninger nie dysponuje taką charyzmą jak żaden z jego domniemanych wzorów (Cave, Kozelek, Waits), ale w roli mężczyzny po przejściach wypada nad wyraz przekonująco. Dodatkowo, posiada zdolnych kolegów, którzy pomimo stosunkowo krótkiego stażu są dawno dojrzałym, wartościowym składem. Zastanawia tylko z jakich przyczyn rodzima krytyka i publiczność zapaliły w tym roku zielone światło dla wtórnych Editors czy Departure, a zignorowały zespół tak umiejętnie łączący depresyjność z erotyzmem i posiadający własną, szczerą twarz. Szkoda, ale pewnie klasę "Alligator" jeszcze wielu doceni za kilka lat. Tak to już jest z tymi najlepszymi gatunkami win. (ka)

Obrazek pozycja 16. Franz Ferdinand - You Could Have It So Much Better

16. Franz Ferdinand - You Could Have It So Much Better

Nie uda im się, nie dadzą rady, nie udźwigną presji, nagrają przeciętny drugi album, można było powiedzieć na długo zanim Franz Ferdinand zaczęli myśleć o następcy ikonicznego debiutu. I co? Zamaszyste wejście w siódmej sekundzie "The Fallen" odciska na ustach zdziwione a jednak! Fantastyczna czwórka z Glasgow potwierdza, że nikt tak nie rozumie dansingowych potrzeb płci pięknej jak oni, urastając do rangi najlepszego potańcówkowego zespołu po tej stronie Atlantyku. Nie oznacza to bynajmniej stuprocentowego sukcesu formacji. Sceptycy powiedzą, że próba nagrania płyty wszechstronnej rozcieńczyła taneczną zawartość krążka, stylistyczny szpagat zamaskował niewykonanie zdecydowanego kroku naprzód, a autoplagiat na poziomie drugiego albumu nie wróży najlepiej na przyszłość. Łatwo znaleźć mankamenty "You Could Have It So Much Better With Franz Ferdinand", ale po co. Brakuje następcy "Take Me Out", ale co z tego. Here we are at the transmission party / I love your friends, they're all so arty. Bania u Kaprana do rana. (tt)

Obrazek pozycja 15. Oasis - Don't Believe The Truth

15. Oasis - Don't Believe The Truth

Premierom nowych płyt Oasis nie poświęca się dziś tyle uwagi co w poprzedniej dekadzie, a obecność rodzeństwa Gallagherów na okładkach muzycznych brukowców jest co najwyżej sporadyczna. Nowe pokolenie słuchaczy wymaga nowego pokolenia idoli, a Liam i Noel to dziś dojrzali faceci. Chyba właśnie dlatego, zamiast stać się karykaturą samych siebie z początku działalności (vide dzisiejszy Coldplay), Oasis od lat wydaje coraz bardziej świadome albumy. "Standing On The Shoulder Of Giants" umiejętnie spuszczał powietrze z "Be Here Now", a "Heathen Chemistry" można było określić powrotem do rockandrollowych korzeni. Na "Don't Believe The Truth" zespół ostatecznie przesiada się z kilkudziesięciotysięcznych stadionów do kilkutysięcznych obiektów, serwując płytę najmniej przebojową z dotychczasowych, lecz jednocześnie najbardziej wymagającą i intrygującą. Choć songwriting Noela Gallaghera od dawna można traktować w kategoriach instytucji, dopiero brak klasycznych oasisowych hymnów pozwala docenić mistrza w trochę innej tonacji. Szkoda tylko, że jakość "Don't Believe The Truth", jak i każdej innej płyty formacji, nie zostanie szerzej doceniona w Polsce. No cóż, Oasis to od jakiegoś czasu muzyczny Rolls-Royce, a my zawsze woleliśmy lawety zza oceanu. (tt)

Obrazek pozycja 14. Eels - Blinking Lights And Other Revelations

14. Eels - Blinking Lights And Other Revelations

Powiedzmy sobie szczerze, w dobie empetrójek odtwarzanych z telefonów komórkowych i plastikowych pudełeczek rozmiarów zapalniczki "Bic", albumy trwające półtorej godziny są odrobinę passe. W końcu historia muzyki rozrywkowej zatoczyła koło i znowu jesteśmy w latach 60., kiedy królowały single i inne krótkie formy wydawnicze. Co z tego, skoro Mr E, tajemniczy dżentelmen szarpany traumatycznymi wspomnieniami z dzieciństwa, nie chce być ani trendy, ani jazzy. On po prostu jest sobą. Długie lata dłubał pan E przy tym albumie, nie zapominając wszakże o fanach i dając im w międzyczasie kolejne, nieprzystające do siebie elementy układanki w postaci różniących się od siebie nastrojami płyt. Efekt powinien zadowolić każdego fana "Beautiful Freak" oraz "Electro-Shock Blues". "Blinking Lights..." to zdecydowanie najbardziej "eelsowa" płyta od czasów wspomnianych wyżej arcydzieł. Fatalistyczne spojrzenie na świat i życie przełożyło się na ponad trzydzieści utworów, z których część to depresyjne, snujące się powolnie songi, część zaś to krótkie impresje, których odbiór i interpretacja zależy już tylko od słuchacza. Choć słyszymy w ciągu tej półtorej godziny również piosenki żywiołowe, powiedzmy nawet z pewną ostrożnością, optymistyczne, to jednak całość nie pozostawia złudzeń. Guru już nigdy się nie zmieni. Już zawsze śpiewać będzie o ranach zadawanych przez słowa, o odrzuceniu, o samotnym wielokrotnym umieraniu wewnątrz własnej głowy. Za to go kochamy, choć jego już ta miłość nie uleczy. (mf)

Obrazek pozycja 13. Black Rebel Motorcycle Club - Howl

13. Black Rebel Motorcycle Club - Howl

Podziwiam Black Rebel Motocycle Club. Przede wszystkim dlatego, że jako jedna z nielicznych kapel stwierdzili, że w gitarowej stylistyce nic nowego nie da się już odkryć (szkoda, że chłopaki znajdują się w taj kwestii w wyraźnej mniejszości). I o dziwo znaleźli swoją nową drogę w brzmieniu z pogranicza amerykańskiego bluesa, country i muzyki gospel. Zastąpienie w rubryce "influences" plejady brytyjskich zespołów na wykonawców pokroju Dylana czy Springsteena było strzałem w dziesiątkę. "Howl" w pewien sposób zachwyca swoją świeżością, perfekcją w potraktowaniu tradycyjnej stylistyki i klimatem rodem z Dzikiego Zachodu. Nie odejmując nic poprzednim krążkom, chciałabym wierzyć, że BRMC w końcu stali się z zespołu od kawałków "Love Burns" czy "Spread Your Love" kapelą od "Howl" - pełnowartościowego, ambitnego albumu. Nie da się bowiem ukryć, że zespół wykonał swoją trzecią płytą krok do przodu, ale czy na pewno wszyscy fani dojrzeli do właśnie takiego Black Rebel Motocycle Club? My odpowiadamy pozytywnie na pytanie whatever happened to their rock'n roll?, a jakiej odpowiedzi Ty udzieliłeś? (kw)

Obrazek pozycja 12. Bright Eyes - Digital Ash In A Digital Urn

12. Bright Eyes - Digital Ash In A Digital Urn

Skoki w bok nie zawsze się udają. Conor jest tego świadomy: "umorusane trawą dżinsy, rzeczy niedokończone i dziewczyna z klasy (...) - rujnujesz tych, których kochasz". Ryzyko niewybaczenia "zdrady" Oberst zabezpieczył wydaniem "I'm Wide Awake, It's Morning". "Cyfrowy Proch w Cyfrowej Urnie" to sus w nową przestrzeń, sięgnięcie po nowe środki artystycznego wyrazu. Być może nieświadoma próba zarażenia swoją twórczością wszystkich tych, którzy wobec wcześniejszych dokonań Amerykanina zajmowali pozycję podobną do tej, którą przyjmuje postać na okładce. Z pewnością ubranie utworów w strój syntezatorowy z elementami wyraźnej fascynacji komputerową obróbką perkusji przysporzyło Conorowi nowych fanów. Należy pogratulować pomysłu na prezentację albumu z innymi aranżacjami, ale nie tracącego ducha esencji artyzmu Bright Eyes. Tym bardziej, że "Digital Ash In A Digital Urn" nie jest płytą twórcy przypadkowo i prymitywnie wykorzystującego techniczne nowinki. Zaryzykuję twierdzenie, że właśnie dzięki wejściu w nowe muzyczne obszary jest to najbardziej przemyślane dzieło Obersta. Wspominając każdy album Conora nie sposób nie nadmienić o tekstach - bardzo osobistych w przekazie i bardzo osobistych w odbiorze. Niekiedy biegnące obok melodii, gdzie indziej doskonale z nią zgrane, jak w przytoczonym na początku fragmencie "Gold Mine Gutted" wzbogacają czysto muzyczne walory dzieła. Publikując dwa jakże odmienne albumy twórca postawił wielki znak zapytania na koniec zdania o pytanie dotyczące jego artystycznej przyszłości. Ja życzę Oberstowi dalszego, tak udanego podążania drogą eksperymentu. (ww)

Obrazek pozycja 11. dEUS - Pocket Revolution

11. dEUS - Pocket Revolution

Trzeba otwarcie przyznać, że belgijski zespół z pewnością należał do najbardziej niedocenianych grup lat 90. Tylko nieliczni zauważyli fenomen "Worst Case Scenario", gdzie pełen pasji gitarowy, niemal punkowy hałas współgrał z niebanalnymi harmoniami i zdrowo-rozsądkowym stylistycznym eksperymentatorstwem. Powstało coś wyjątkowego, bijącego na głowę wiele amerykańskich propozycji z kręgu gitarowego rocka. Nieokiełzany eklektyzm udzielił się dEUS na "In A Bar, Under The Sea", a na wysokości "The Ideal Crash" znowu pojawiły się zachwyty, porównywalne do tych, które miały miejsce przy okazji debiutanckiego albumu. Od 1999 roku słuch o dEUS jakby jednak zaginął i kiedy okazało się, że po sześciu latach otrzymamy czwarty krążek, to obok pozytywnego zaskoczenia pojawiły się i spore obawy. Czy tryumfujący artystycznie w poprzedniej dekadzie zespół odnajdzie się w nowej rzeczywistości? 19 września przekonaliśmy się, że bardzo wysoki poziom poprzednich płyt został utrzymany. Świadczą o tym nie tylko wyniki redakcyjnego plebiscytu, ale i opinie większości fanów. Tym razem, na "Pocket Revolution" złotym środkiem okazało się balansowanie między gitarowym łojeniem ("Bad Timing"), a wręcz wysublimowanym i pulsującym indie popem ("Real Sugar"). Różnorodność stylistyczna odeszła na drugi plan, ale tak jak dawniej kompozycje dEUS znowu zachwyciły swoim niebanalnym i szlachetnym brzmieniem. Jak widać zatem, powrót opłacił się i to z nawiązką. (pw)

Kuba Ambrożewski (ka), Kamil J. Bałuk (kb), Marceli Frączek (mf), Przemysław Nowak (pn), Jakub Radkowski (jr), Tomasz Tomporowski (tt), Witek Wierzchowski (ww), Piotr Wojdat (pw), Kasia Wolanin (kw) (30 stycznia 2006)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także