CMJ Music Marathon 2011

Dzień czwarty – piątek, 21 października

Ten dzień nie mógł zacząć się inaczej – to jeden z kultywowanych od kilku lat CMJ-owych zwyczajów: w piątek i sobotę w którymś z dużych klubów na Brooklynie słynny blog Brooklyn Vegan przygotowuje dwa showcase’y ze składem wykonawców tak mocnym, że obecność na nich jest po prostu obowiązkowa. A więc gdy tylko udaje mi się wstać z łóżka, biegnę do Public Assembly, gdzie odbywa się to wydarzenie.

Po drodze coś mnie tknęło, żeby zajrzeć do mieszczącego się tuż obok klubu Spike Hill. I to był bardzo dobry pomysł – udało mi się tam zobaczyć końcówkę koncertu grupy Royal Teeth, która robiła znakomite wrażenie. Muzyka tej sporej damsko-męskiej formacji to dość radosny indie rock z lekkimi, choć wyraźnie słyszalnymi wpływami folkowymi. Na żywo robił znakomite wrażenie – ze sceny wprost biło świeżością i entuzjazmem, a wokalista grupy, biegając po scenie z pałeczkami perkusyjnymi w rękach i bębniąc na czym się tylko dało, zarażał wszystkich na sali swoją radością. Wyglądało na to, że to będzie znakomity wstęp do kolejnych kilkunastu godzin słuchania muzyki.

Pierwszym wykonawcą, którego występ udało mi się zobaczyć w Public Assembly była grupa Young Magic – szybko okazało się, że jej nazwa jest nader adekwatna – na scenie rzeczywiście królowała młodość, a w głośnikach – swego rodzaju dźwiękowa magia. Muzyka grupy miała w sobie sporo mroku i niesamowitości, choć pozostawała jednocześnie dość lekka czy może nawet trochę przebojowa. W sali obok rozpoczął się tymczasem występ kwartetu Silver Swans. Niektórych jego członków z wyglądu nijak nie dałoby się posądzić o muzyczną aktywność: specjalista od elektroniki wyglądał raczej jak ekspert kredytowy z jakiegoś dotkniętego kryzysem banku, skośnooka wokalistka zaś jak przedszkolanka. Ale oczywiście to były tylko pozory – muzycy zaprezentowali dźwięki, których raczej nie usłyszy się w banku, ani w przedszkolu – była to raczej łagodna, lekko taneczna, dość nastrojowa elektronika, w której pojawiały się bardzo ładne melodie, zakłócane czasem niestety dość prymitywnie brzmiącymi dźwiękami automatu perkusyjnego.

Kiedy tylko skończył się ten występ, w drugiej sali na scenie gotowi byli do akcji muzycy, którzy na co dzień grają w sali położonej tuż obok Public Assembly, muzycy, którzy jak mało kto zawdzięczają festiwalowy CMJ swoją dzisiejszą pozycję. Bo to przecież właśnie brawurowe występy na tej imprezie otworzyły zespołowi A Place To Bury Strangers drogę na sceny klubów i festiwali w całych Stanach i Europie. Ich powrót na kameralny popołudniowy show case był miłym gestem w stronę jego organizatorów. I choć można się było spodziewać, że zespół pokaże klasę, chyba nikt nie podejrzewał tego, co wydarzyło się na tym koncercie. To było prawdziwe szaleństwo, dźwiękowe tsunami i trzęsienie ziemi w jednym. Muzycy zachowywali się, jakby nie wierzyli, że do wszystkich już dotarło, że ich grupa jest najgłośniejszym zespołem świata, jakby chcieli przekonać wszystkich obecnych. Wiec grali najgłośniej, jak to tylko było możliwe, grali na dodatek bardzo widowiskowo – przodował w tym oczywiście sam lider grupy, Oliver Ackermann, który przez cały koncert szalał po scenie ze swoją gitarą, a na koniec, zaskakując wszystkich, łącznie chyba z kolegami z zespołu, przeniósł dwa z licznych pieców, do których podłączona była jego gitara, z tyłu sceny na sam jej brzeg, a sam zeskoczył między widzów i dokończył utwór miotając się wśród nich.

W obliczu tego, co wydarzyło się na jednej scenie, to co działo się na drugiej musiało wypaść blado. Ale muzycy duetu Xeno & Oaklander i tak poradzili sobie nieźle – co prawda byli na scenie dość stateczni, ale ich bardzo motoryczna taneczna elektronika na szczęście dość dobrze obroniła się sama. Dwa kolejne zespoły, które zagrały na obu scenach praktycznie w tym samym czasie to Chelsea Wolfe i Hospitality. Ten pierwszy okazał się co najmniej frapujący: trzech ubranych na czarno muzyków grało muzykę, która swobodnie przechodziła od porażającego hałasu przez zimnofalowy mrok do niemal całkowitego wyciszenia. Najważniejszym elementem twórczości zespołu są jednak bardzo oryginalne linie wokalne, wykonywane przez ubraną w bardzo gotyckim stylu liderkę grupy – jej mocny, czysty głos dodawał tej muzyce jeszcze więcej mroku i niesamowitości. Drugi z tych zespołów wypadł na tym tle dość zwyczajnie, żeby nie powiedzieć wręcz – pospolicie. Trochę szkoda, bo zagrany na dwie gitary, oparty na niezłych melodiach indie rock w wykonaniu tej damsko-męskiej czwórki sam w sobie z pewnością zasługiwał na uwagę.

Na koniec organizatorzy zostawili prawdziwie smakowity deser w postaci występu J Mascisa. I znów, tak jak poprzedniego wieczoru w Mercury Lounge, stary wyga pokazał wielką klasę. Jego zawrotne, niekończące solówki i tym razem zabrzmiały znakomicie, a jego niby niepewny i lekko drżący głos doskonale pasował do lirycznych ballad z jego znakomitej solowej płyty.

Kiedy Mascis skończył był już najwyższy czas, żeby po kilku godzinach wrócić do Spike Hill, gdzie swój kolejny koncert w ramach CMJ, a trzeci już tego dnia, koncert rozpoczynała formacja We Are Augustines. I nawet jeśli muzycy na początku występu wyglądali na ciut zmęczonych, z minuty na minutę zaczęli się coraz bardziej rozkręcać. I kiedy realizator dał im sygnał, że mają czas na tylko jedną piosenkę, kręcili głowami ze zdziwienia i rozczarowania: „przecież my się dopiero rozkręcamy, moglibyśmy grać jeszcze przez godzinę” – krzyknął roześmiany Bill McCarthy, gitarzysta i wokalista grupy. Ale festiwalowe zasady są święte, wiec muzycy zaprezentowali jeszcze tylko utwór swego poprzedniego projektu, grupy Pela i posłusznie zeszli ze sceny przy ogłuszającym aplauzie publiczności.

To był już najwyższy czas, żeby przemieścić się do klubu Music Hall Of Willismsburg, miejscu, gdzie odbywał się kolejny show case firmowany przez bloga Brooklyn Vegan. Tym razem związani z nim autorzy programu postawili na muzykę nieco spokojniejszą niż w przypadku koncertu popołudniowego. Kalifornijskie trio Active Child zaproponowało prawie trzy kwadranse swojej olśniewającej, lirycznej muzyki. Główne miejsce na scenie zajmowała harfa, na której wokalista grupy grał w niektórych piosenkach. Muzycy byli przez cały koncert bardzo skupieni i spokojni, ale przecież niczego innego nie można było się spodziewać w przypadku tej niemal medytacyjnej muzyki. Mimo to koncert wciągał w niemal magnetyczny sposób. Podobnie było kilka minut później, kiedy na scenie stanęli muzycy damsko-męskiego składu grupy Braids. „Wczoraj zaatakowała mnie jakaś paskudna grypa i ledwie żyję” – tłumaczyła się wokalistka grupy. Ale było to raczej niepotrzebne – widać było, że daje z siebie wszystko i że to znakomicie działa – mimo, że muzyka grupy jest przecież raczej spokojna i wyciszona, na koncercie zabrzmiała bardzo dynamicznie, a od skupionych na swoich instrumentach, ale jednocześnie pełnych energii muzyków nie można było oczu oderwać.

Wieczór w klubie zamykał występ zupełnie inny pod względem muzycznym od poprzednich koncertów – na scenie stanęła formacja Weekend. I od razu zrobiło się ostrzej, mocniej, a przede wszystkim – głośniej. Muzycy zaprezentowali trzy kwadranse bardzo ciężkiego shoegaze’owego grania, zaaranżowanego w dość nietypowy sposób: co prawda w składzie grupy jest tylko jedna gitara, za to śpiewający basista gra ma swym instrumencie w bardzo podobny sposób, jak na gitarze, na dodatek używa mnóstwa najróżniejszych efektów gitarowych. Trudno wiec było raczej odnieść wrażenie, że w brzmieniu grupy czegokolwiek brakuje. Muzycy podali swój repertuar w niemal przygniatający sposób: nie dość, że wszystkie potencjometry odkręcone były do oporu, ma dodatek muzycy nie robili żadnych przerw między utworami – krótkie momenty, kiedy gitarzyści musieli nastroić swoje instrumenty, wypełniało bicie nie zatrzymującej się ani na moment perkusji. I jeszcze jeden drobiazg, który znakomicie pomógł wprowadzić podczas tego koncertu odpowiedni nastrój – muzycy poprosili o zgaszenie wszystkich świateł, grali więc w niemal całkowitej ciemności, rozświetlonej tylko trzema czerwonymi żarówkami. Efekt doprawdy robił wrażenie.

I jeszcze jeden powrót do Spike Hill, tym razem za sprawą rzadkiego na tym festiwalu europejskiego akcentu – występu grupy Casiokids. Skandynawowie, jakby trochę na przekór swemu północnemu pochodzeniu, zaprezentowali muzykę z iście południowym temperamentem – radosne i beztroskie taneczne granie z duża ilością żywych, karaibskich rytmów. Nie dość, że w składzie grupy jest perkusista i grający na bongosach i całej baterii najróżniejszych perkusjonaliów, na dodatek właściwie każdy z członków zespołu, kiedy nie miał akurat czegoś do zagrania na swym zasadniczym instrumencie chwytał za tamburyno czy cokolwiek innego, za pomocą czego dawało się generować rytm. Ta bardzo imprezowa muzyka w piątek wieczorem była jak najbardziej na miejscu i znakomicie zakończyła koncertową cześć przedostatniego dnia festiwalu.

Przemek Gulda (2 stycznia 2012)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także