CMJ Music Marathon 2011

Dzień pierwszy – wtorek, 18 października

Pierwsze spotkania z tegoroczną edycją festiwalu okazały się co najmniej zaskakujące. Wykonawcą, na występ którego trafiłem w ramach popołudniowego showcase’u w klubie Pianos na Lower East Side, był bowiem duet dwóch białych raperów występujących jako Lil’ Iffy. Na tle dyskotekowych rytmów z lat 80-tych wykonywali żartobliwe teksty – nie było to jednak coś, co zatrzymało mnie na dłużej w tym miejscu. Postanowiłem raczej sprawdzić, co dzieje się w innych okolicznych klubach. Jako, że festiwal dopiero się zaczynał, nie działo się jeszcze zbyt wiele – w piwnicy klubu Cake Shop można było usłyszeć żarty innego rodzaju: występowało tam spore grono komików, przedstawicieli sztuki w Polsce praktycznie nieobecnej, w Stanach natomiast bardzo popularnej.

Kiedy wróciłem do Pianos na piętrze zaczynało właśnie grać trio The Beets – zaprezentowało bardzo proste granie w którym elementy surf-popu łączyły się z klasycznym garażowym rockiem z lat sześćdziesiątych. A grająca na stojąco perkusistka – filigranowa Azjatka o wyglądzie dwunastolatki, która wymknęła się na koncert z lekcji wf-u, robiła tak wdzięczne miny, że prawie nie dawało się zauważyć, że co chwila gubi rytm. Kilka minut później na dole rozpoczęła koncert grupa The Forms – dwóch artystów, którzy za pomocą gitary i elektroniki tworzyli dość dynamiczną, ale mało porywającą muzykę, gdzieś na granicy tanecznego, klubowego grania i psychodelicznego eksperymentu. Dwa kroki dalej, w klubie The Living Room, w ramach prezentacji zespołów związanych z wytwórnią Paper Garden, występowała grupa Tall Ships – zdecydowanie najciekawsza z tych, które udało mi się tego popołudnia zobaczyć na Lower East Side. Trzech młodych Brytyjczyków zaprezentowało wciągające, intrygujące i lekko nostalgiczne piosenki z ładnymi melodiami. I tylko na koniec nieco zaskoczyli, grając dynamiczny utwór wyraźnie inspirowany wczesną twórczością grupy Foals.

W Pianos na piętrze instalowali się tymczasem muzycy, którzy wyglądali wypisz wymaluj jak szkolny zespół sprzed pięćdziesięciu lat: białe koszule, muszki, kapelusiki, a nawet odpowiednio przycięte wąsy. To formacja Locksley, która zaprezentowała kilka minut muzyki bardzo adekwatnej do swojego image'u: tradycyjny rock z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, z ładnymi harmoniami i klasycznie brzmiącymi melodiami. „Właśnie wróciliśmy z długiej trasy – mówił między utworami wokalista grupy – graliśmy te piosenki tyle razy, że mam wrażenie, że to już nawet w zasadzie nie są te piosenki, tylko ich duchy”.

Wychodząc z klubu zatrzymałem się jeszcze na chwile na dole, gdzie grał zespół We Barbarians. I w zasadzie miałem tam zajść tylko na chwilę, ale okazało się, że ta grupa jest na tyle ciekawa, że zatrzymała mnie na dużo dłużej. Trzech muzyków zagrało przebojowy i porywający indie rock w lekko podniosłym klimacie – coś, co Kings Of Leon (to nieprzypadkowe porównanie – wokalista grupy wyraźnie inspiruje się sposobem śpiewania Caleba Followilla) próbowało zrobić na ostatniej płycie, ale nie do końca się to udało. Nie była to może najoryginalniejszą muzyka świata, ale zważywszy na energię, entuzjazm i naturalną charyzmę tych muzyków, można im w ciemno wróżyć karierę, wykraczającą poza popołudniowe koncerty w małych klubach.

Kiedy tylko We Barbarians skończyli grać, okazało się, że był już najwyższy czas, żeby przenieść się do Greenvich Village – tam bowiem zaczynał się właśnie stały – i zawsze bardzo ciekawy – element pierwszego dnia festiwalu: showcase nowozelandzki.

Jako pierwszy zaprezentował się zespół Princess Chelsea. Grupa, w której składzie dominowały grające na najróżniejszych, nawet dość nietypowych (cymbałki, theremin czy rura-zabawka) instrumentach, dziewczęta gdzie jak gdzie, ale w Nowym Jorku po prostu musiała się spodobać: takie lekko oniryczne granie na pograniczu freak folku i dziecięcych kołysanek od dawna ma tu przecież dużą i wierną publiczność. Po chwili ma scenie pojawił się projekt o dużo mniejszym, całkowicie męskim składzie i równie oryginalnej muzyce. To Andrew Koeghan i towarzyszący mu perkusista, którzy zaprezentowali muzykę z pogranicza balladowego singer songwritingu i indie rocka. Koeghan grał na gitarze, choć czasem odkładał ją i brał do ręki skrzypce, co nadawało jego kompozycjom bardzo eleganckiego wymiaru. Jako trzeci zaprezentował się artysta występujący pod pseudonimem Pilachunes, który zagrał muzykę, w której taneczna elektronika łączyła się z niemal balladowymi liniami wokalnymi.

Tymczasem po drugiej stronie ulicy, w klubie Kenny’s Castaways miał miejsce niemal polski akcent – występ wykonawcy, który choć pochodzi z Niemiec, ostatnio coraz częściej grywa i przebywa w Polsce. Touchy Mob wypadł bardzo dobrze, a jego elektroniczno-akustyczna muzyka w Stanach musi się podobać bardziej niż w prawdziwej czy przybranej ojczyźnie.

Przyszedł czas na skok za rzekę – tego wieczoru najciekawsze rzeczy działy się bowiem w klubach na Brooklynie. Na rozgrzewkę – Peasant, artysta, który zaczynał od bardzo skromnych, akustycznych ballad, które wykonywał sam. Dziś gra z trzyosobowym zespołem, dzięki czemu jego kompozycje nabrały bardziej pełnego wymiaru. Muzyk wyraźnie nabrał pewności siebie – podczas swych polskich koncertów niemal się nie odzywał, tego wieczoru brylował zaś między utworami żarcikami i anegdotami. Jego nowa muzyka wyraźnie skręciła zaś ze ścieżki country w kierunku dużo bardziej bluesowym i rockowym.

Kilka ulic dalej w klubie Glasslands rozpoczynał się showcase popularnego serwisu Stereogum, wymieniany jako jeden z highlightów pierwszego festiwalowego wieczoru. Zaczynali Kanadyjczycy z grupy Hellorado – czterech bardzo wesołych chłopców, którzy zaprezentowali równie wesoła muzykę, w której zwykły rock mieszał się z rockiem alternatywnym, a wszystko podlane było sosem parodii wszystkich najbardziej żenujących rockowych patentów: od solówek do zmuszania publiczności do śpiewania z wokalistą refrenów. Jako następni na scenie pojawili się Amerykanie z grupy Cuckoo Chaos. Już od pierwszych taktów było jasne, skąd czerpią inspiracje: afrobeatowe rytmy, ładne melodie, lekkość i spory potencjał przebojowy – skojarzenie mogło być tylko jedno Vampire Weekend. Nie porwała mnie za bardzo ta muzyka, postanowiłem więc zrobić wypad z Glasslands do dwóch klubów, leżących niedaleko, żeby obejrzeć dwa zespoły wyraźnie czerpiące z punk rocka. W Music Hall Of Williamsburg grała formacja Cerebral Ballzy, prezentująca punk rock w bardzo uproszczonej, niemal wulgarnej postaci. Szybko okazało się, że będzie to jeden z najbardziej widowiskowych koncertów tego wieczoru. Zespół już na pierwszy rzut oka robi wrażenie: czarna sekcja rytmiczna, dwóch białych gitarzystów z iście heavymetalowymi fryzurami i clue programu: charyzmatyczny wokalista: czarny chudzielec ze sporym afro na głowie, który podczas tego koncertu zdawał się być w stu miejscach naraz. Wykrzykiwał swoje partie, nawoływał publiczność do zabawy, co i rusz zaskakiwał ze sceny, żeby pogować wraz z widzami, wdrapywał się na kolumny – nie tracił energii ani na chwilę. W połączeniu z ekstremalnie szybkimi utworami tworzyło to znakomity podkład pod pogowanie, któremu publiczność oddawała się zapamiętale przez cały koncert.

Chwilę później, w mieszczącym się całkiem dosłownie za ścianą klubie Public Assembly rozpoczął się występ grupy Cloud Nothings. To był punk zupełnie innego gatunku: owszem, dynamiczny, owszem głośny, ale o wiele bardziej wykoncypowany. Muzycy co i rusz płynnie przechodzili od szybkich, przebojowych fragmentów do improwizacji opartych na sprzężeniach i jazgocie rozkręconych gitar, potrafili też od czasu do czasu wpleść do swojego występu bardzo liryczny, iście nowofalowy fragment. To był bardzo dobry koncert, choć po tym, co chwilę wcześniej pokazali muzycy grupy Cerebral Ballzy robił wrażenie bardzo statycznego. Ale jeśli porównać z kolei ten występ do tego, co ci sami muzycy proponowali na początku tego sezonu festiwalowego, to jest to niebo a ziemia. Dziś Cloud Nothings to bardzo mocna, pewna swego i znakomicie zgrana – w pełni gotowa na podbijanie muzycznego świata.

W Music Hall przyszedł natomiast czas na muzyczne wspomnienia: na scenie stanęło trzech pięćdziesięciolatków z długimi prawie do kolan dreadami – grupa Death. Wbrew zwiastującej jakaś muzyczną masakrę nazwie, ci – powracający po latach na scenę – muzycy, zaprezentowali zadziwiająca mieszankę klasycznego rocka, soulu i funku z takimi zaskakującymi elementami jak np. iście jazzowe solówki na perkusji.

Po drugiej stronie ulicy w klubie Cameo Gallery stanął tymczasem na scenie ostatni zespół wieczoru, grupa Adventure. Ten dość malowniczo wyglądający duet: nerd w okularach i punkowiec w różowej koszulce, z okazałym irokezem na głowie, zaprezentował dość radosną, choć średnio nowatorską elektronikę z wyrazistymi, tanecznymi rytmami.

Przemek Gulda (2 stycznia 2012)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: fg
[2 stycznia 2012]
tą epickośc sobie darujcie.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także