Podsumowanie dekady

Top 100 singli - miejsca 51 – 100

Obrazek pozycja 100. The Shins – New Slang

100. The Shins – New Slang

[2001; Sub Pop]

Żebyśmy się dobrze zrozumieli: o tym, że „New Slang” to jedna z najurokliwszych piosenek minionego dziesięciolecia, wzbogacona tekstem, którego nie da się rozpatrywać inaczej niż w kategorii arcydzieła, wie każde dziecko. Przekornie więc, lepiej trochę namieszać i rozgraniczyć formalne cechy tego utworu od jego kulturowego statusu. A tu fakty są bezlitosne. „New Slang” jest prawdopodobnie najbardziej wyeksploatowanym medialnie niezależnym kawałkiem minionej dekady. Któż dziesięć lat temu mógł przypuszczać, że ta napisana przez dwudziestoletniego szczawika apatyczna sypialniana balladka atakować będzie konsumentów popkultury w przerwie między hamburgerem a kolejnym odcinkiem „Rodziny Soprano” czy „Scrubs”. Pozostaje wreszcie pewien znany doskonale film. Słucham ostatnio stanowczo zbyt wiele Real Estate, bo zamiast ze słodkim uśmiechem Natalie Portman, nazwa Garden State kojarzy mi się w pierwszej kolejności z plażowymi impresjami tej kapeli. I choć naprawdę chciałbym uwierzyć, że potencjał „New Slang” jest na tyle duży, by zmieniać ludzkie życia, kazać mi teraz wszystko rzucić i natchnąć do wędrówki autostopem przez galaktykę, to jak na razie wystarcza go tylko i aż na ostatnią dziesiątkę naszego podsumowania. (Bartosz Iwański)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 99. Milky – Just The Way You Are

99. Milky – Just The Way You Are

[2002; Motivo]

Zdradzę Wam tajemnicę, dlaczego Milky jest tak nisko. Otóż w redakcji w osobie redaktora naczelnego działa nienawistny, dogmatyczny fan klub The Go-Betweens, nie mogący znieść, że z ich ukochanego „Streets Of Your Town” zrobiono tak idealny utwór. Owa komórka specjalnie pomijała głosy oddane na Milky i jedynie naciski zagranicznych obserwatorów sprawiły, że piosenka znalazła się gdzieś pod sam koniec stawki. Krzykniecie: dość tych bzdur, powiedz lepiej czemu Milky nie nagrali drugiego utworu choć w trzech ósmych tak dobrego? Nie wiem. Po prawdzie, z perspektywy czasu nawet ich płyta „za 5 złotych w Media Markcie” wydaje się być najwyżej mielonym z mizerią. Tym bardziej „Just The Way You Are” brzmi po prostu perfekcyjnie i gdyby nie machlojki przy zielonym stoliku, znalazłoby się w pierwszej dziesiątce! (Jakub Radkowski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 98. The Russian Futurists – Let’s Get Ready To Crumble

98. The Russian Futurists – Let’s Get Ready To Crumble

[2003; Upper Fish]

Kiedyś intelektualnie rozbuchana młodzież rozmawiała o trockizmie, teraz o rockismie. Haha. A na poważnie: Matthew Adam Hart, artysta, który z powodzeniem mógłby wygrać ranking na Najmniej Wpływowego Muzyka Dekady, napisał kawałek, który najlepiej definiuje muzykę pop w całym minionym dziesięcioleciu. Funkcjonując na obrzeżach rynku, przyniósł bezpretensjonalną odpowiedź na najważniejsze pytanie: po co ludzie tworzą muzykę. I wierzcie mi: odpowiedź jest ciekawsza i bardziej wyczerpująca niż niejeden esej podsumowujący dekadę. So come on / Let’s lose control / We'll sell our souls to rock and roll. Włączcie „Let’s Get Ready To Crumble” i wróćcie do nas za trzy minuty. (Jakub Radkowski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 97. Jay-Z – Girls, Girls, Girls

97. Jay-Z – Girls, Girls, Girls

[2001; Def Jam]

Przestrzeganie konwenansów to nie jest coś, co Jay-Z lubi najbardziej, ale chyba przemknęło mu przez myśl, że motyw seksualnych podbojów to jedna z najbardziej zdartych klisz w hip-hopowym dyskursie. Carter nigdy nie był jakimś wielkim innowatorem i na „Girls, Girls, Girls” też niby zbyt wiele nowego nie wnosi – ot, przegląd scen z pożycia, jako pretekst do prężenia klaty i ogólnych rozważań nad roszczeniową postawą byłych partnerek. Tyle, że równie istotne są tu niuanse, które zupełnie zmieniają wymowę utworu. Dostojny, soulowy podkład Just Blaze’a przywodzi na myśl „To All The Girls” Beastie Boys i ich klasyczną już inwokację-pean z „Paul’s Boutique”, a tytułową mantrę deklamuje z uwielbieniem śmietanka towarzyska nowojorskich raperów (Q-Tip, Slick Rick i Biz Markie). Tym samym rozkoszna afirmacja zastępuje szowinizm, a Jay-Z, wikłając się w pozorną sprzeczność, wygrywa na dwóch frontach – jako oddany wielbiciel i nieugięty pogromca. (Łukasz Błaszczyk)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 96. Kanye West – We Don’t Care

96. Kanye West – We Don’t Care

[2004; Roc-A-Fella]

Nie przypominam sobie drugiej tak udanej piosenki z motywem śpiewających dzieci. Kanye jest tu u szczytu formy, jest jakaś wiosna w tym kawałku, radość, lekkość i dilowanie narkotykami. „We Don’t Care” sprawdza się tak samo dobrze jako osobny singiel, jak i jako ważna część długiej historii opowiadanej na debiucie Westa, „The College Dropout”. Chodzi o to, że są jakieś przeciwności, że ludzie się śmieją, nie wierzą w to, że możesz odnieść sukces. I można o tym nawinąć tysiące agresywnych skitów, ale wszystkie one się chowają wobec takiego jednego, zupełnie nieagresywnego. Czasami wszyscy mamy ochotę zrobić dokładnie tak, jak każe Kanye West: Throw your hands up in the sky and say: we don’t care what people say. Rzadko się to udaje, ale nie ma się co martwić, bo i Kanye przychodzi to z trudnością, np. kiedy Beyonce przegrywa, a Obama się z niego śmieje. Twoja stara pozwala skończyć Kanyemu Westowi, czy jakoś tak. (Kamil J. Bałuk)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 95. Sally Shapiro – I’ll Be By Your Side

95. Sally Shapiro – I’ll Be By Your Side

[2006; Diskokaine]

Pozornie zwyczajna piosenka, a tak naprawdę niebezpieczny, paradoksalny utwór, który wywołuje u słuchacza szereg sprzecznych reakcji – chęć tańczenia i zadumy, pragnienie intensywnego przeżywania „tu i teraz” oraz tęsknotę do nieokreślonego „tam”. Smakuje to wszystko jak doprawiony ekstraktem z czarnej żółci najmodniejszy imprezowy drink, po którego spożyciu zostajemy wprowadzeni w stan błogiego nienasycenia. Na przestrzeni mijających w błyskawicznym tempie siedmiu minut Sally Shapiro rozbija w proch schematy italo disco, by na ich gruzach zbudować coś, czego bezskutecznie poszukiwała armia mainstreamowych producentów – nowy, popowy, przekonujący sposób mówienia o miłości i samotności. Dokonuje tego z lekkością i wdziękiem, tak jakby od niechcenia, nie wychodząc z domu, nie grając ani jednego koncertu. Takiej „królowej disco” nikt się nie spodziewał. (Piotr Szwed)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 94. M.I.A. – Jimmy

94. M.I.A. – Jimmy

[2007; Interscope]

„Jimmy” zawsze był traktowany trochę w kategoriach przyjaznej ciekawostki. Każdy fan „Kala” bawi się przy tej piosence doskonale, ale mało kto chciałby, aby M.I.A. w przyszłości nagrała całą płytę właśnie w takich klimatach. Wyjątkiem jest tu chyba moja skromna osoba, bo nie ma co ukrywać – M.I.A. w sympatycznie kiczowatej estetyce Bollywoodu czuje się wprost wyśmienicie i z pewnością mogłaby śpiewać wespół z Shah Rukh Khanem w jakiejś epickiej produkcji. Rzecz jasna istnieje pewne niebezpieczeństwo, że pochodząca ze Sri Lanki Brytyjka mogłaby sobie nie dać rady z tego względu, że „Jimmy” to właściwie cover piosenki z filmu „Disco Dancer” w wykonaniu Parvati Khan, ale czyż nie warto byłoby zaryzykować? Posłuchajcie tylko jak M.I.A. świetnie przerobiła ten kawałek w pulsujący klubowy wymiatacz, zachowując przy tym jego naiwnie melodramatyczną naturę. (Krzysiek Kwiatkowski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 93. Roisin Murphy – If We’re In Love

93. Roisin Murphy – If We’re In Love

[2005; Echo]

Pisząc z Błaszczykiem do Podsumowania dekady o popie, postanowiliśmy wykluczyć Roisin Murphy z kręgu artystów ściśle mainstreamowych. To posunięcie wymaga wyjaśnienia. W mainstreamowym popie – tak myślę – muzyka, nawet ta najlepsza, nagrywana jest z intencją zarabiania pieniędzy. Jeśli natomiast jakaś intencja przyświecała Herbertowi i Murphy, gdy nagrywali „If We’re In Love”, było nią piękno. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej, lecz jeśli jednak – oznacza to, że Boga nie ma, miłość jest brudna, umrzemy jako niewolnicy korporacji, a w muzyce zwycięży Bonkers. (Paweł Sajewicz)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 92. Band Of Horses – Funeral

92. Band Of Horses – Funeral

[2006; Sub Pop]

Gdyby chcieć wskazać najbardziej charakterystyczny utwór ubiegłej dekady, który reprezentuje wydawałoby się już wymarłą kategorię rockowych hymnów, wybór musi paść właśnie na „The Funeral”. Podniosłość w wykonaniu byłych członków Carissa’s Wierd nie ociera się w tej piosence o patos. To depresyjna opowieść o depresji z łojącymi gdzie trzeba gitarami ubrana w niedrażniącą i możliwą do zaakceptowania pompatyczność. Szkoda, że grupa do tej pory jest postrzegana jedynie przez pryzmat tego utworu, a jej dwa albumy nie zostały właściwie docenione (szczególnie bardziej spójny „Cease To Begin” nie został potraktowany z należytą estymą). W kwestii zawartości debiutanckiego krążka podtrzymuję zdanie z recenzji sprzed czterech lat: „The Funeral” zmiata. Nie było w ostatnich dziesięciu latach utworu bardziej spełniającego definicję stadionowego hymnu, który pechowo nie doczekał się wykonania przed ponad co najmniej stutysięczną publiką. (Witek Wierzchowski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 91. Gang Gang Dance – House Jam

91. Gang Gang Dance – House Jam

[2008; The Social Registry]

Koledzy i koleżanki z redakcji będą raczej zdania, że Gang Gang Dance to przede wszystkim zespół albumowy. Opis „House Jam” trafił jednak pod moje pióro, więc przy okazji podsumowania mogę się z powyższym stwierdzeniem trochę nie zgodzić. O ile rzeczywiście z „God’s Money” trudno wykroić jakiś jeden, reprezentatywny utwór, o tyle na „Saint Dymphna” to właśnie „House Jam” zdradza ciągoty do bycia najbardziej chwytliwym momentem. Muszę tutaj dodać, że daleki jestem od wystawiania laurki ostatniej jak na razie płycie Gang Gang Dance, ale ten akurat utwór, to coś, co zapada w pamięć już przy pierwszym przesłuchaniu. Jednocześnie mam wrażenie, że zespół stosuje nieco tanie chwyty i ucieka od muzycznego konkretu. Trudno, czasami warto dać się nabrać. W przypadku „House Jam” wokal hipnotyzuje, rytmika sprzyja podrygiwaniu, a przewodni motyw uderza nieoczywistą prostotą. To nagranie to najlepsza wizytówka Gang Gang Dance, jaką możecie sobie wyobrazić. (Piotr Wojdat)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 90. The Streets – Weak Become Heroes

90. The Streets – Weak Become Heroes

[2002; 679]

Simon Reynolds otwiera „Energy Flash” rozliczeniem – w tym osobistym – z narkotyczną podbudową rave’u, otwarcie konkludując All music sounds better on E. Podobnie romantyczne, a przede wszystkim życzliwie (w przeciwieństwie do takiego Pulp z parodystycznym opisem zjawiska na „Sorted For E’s And Wizz”), choć nieco naiwne (Imagine the world’s leaders on pills) świadectwo ruchowi wystawia Mike Skinner we frapującym „Weak Become Heroes”, acz nie o stawianie pomników tu się rozchodzi, a intrygującą przypowieść o dojrzewaniu. Wszak wyjściowe rozpamiętywanie młodzieńczych eskapad szybko ustępuję refleksji na temat bezsilności wobec upływającego czasu i doskwierającego poczucia stania w miejscu (dosadnie zwerbalizowanym w „Let’s Push Things Forward”), a nie dający się nie lubić Skinner nie pokrzykuje The weekend has landed!, gustując raczej we wnikliwej obserwacji wieńczonej krzepiącym przesłaniem z tytułu utworu. (Maciej Lisiecki)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 89. LCD Soundsystem – Losing My Edge

89. LCD Soundsystem – Losing My Edge

[2002; DFA]

James Murphy jest niewątpliwie jednym z najważniejszych rzeczników lat dwutysięcznych. I co ciekawe, Murphy został nim nie mimowolnie i przypadkowo, lecz na ambasadora, teoretyka i ikonicznego trendsettera dekady mianował się z samozwańczą premedytacją. Gdy w 2002 roku wychodził debiutancki singiel LCD Soundsystem, dla znakomitej większości amatorów muzyki w Polsce – czy szerzej, w krajach spoza głównego muzycznego uniwersum – muzyczny i kulturowy kontekst tej siedmiocalówki był czytelny zaledwie fragmentarycznie. Dziś wizja radosnej gromady małolatów na zawołanie sypiącej litanią zespołów i pop-haseł, snuta przez Jamesa Murphy’ego, definiuje system funkcjonowania „kast” melomanów w niemalże każdym zakątku globu. Obsesja know-how, którą lider LCD bezlitośnie, ale i z sympatią punktuje w tekście „Losing My Edge”, z czasem zmieniła się w samoistną właściwość współczesnego odbiorcy kultury. Doprowadzona na skraj przerysowania objawiła się w wyszydzanej postaci nowomilenijnego „hipstera”, w wyniku naturalnej ewolucji – zaowocowała wysypem niezliczonych internetowych portali muzycznych, blogów, kapel, didżejów, radiowców, organizatorów koncertów, świadomych i kreatywnych słuchaczy. Innymi słowy, stworzyła pokolenie, które nie tyle odpowiedziało wyzwaniu rzuconemu przez szerokopasmową rzeczywistość, co stanowiło o jej obliczu. I wiecie co, „właściwie to całkiem mili ludzie”. (Marta Słomka)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 88. Badly Drawn Boy – Once Around The Block

88. Badly Drawn Boy – Once Around The Block

[2000; XL]

Podobno najlepsze piosenki powstają w dziesięć minut, ale trochę nie chce się wierzyć, żeby tak było w tym przypadku. Gdy wsłuchać się w misterną pajęczynę zależności między motywami, instrumentami, harmoniami i ich wspólnym ujęciem rytmicznym, można pomyśleć, że Damon Gough wykuwał ten brylancik w pocie czoła długimi miesiącami, niczym Steely Dan albo Brian Wilson. Jak było naprawdę – nieważne. Liczy się, że postawił kropkę w idealnym momencie i tym samym jedna z najbardziej intymnych kompozycji dekady pozostała tylko ozdobiona, a nie upstrzona. Uciekam od tematu, bo po prostu nie potrafię pisać o tych czterech minutach. Owszem, zachwyca w „Once Around The Block” struktura rytmiczna, oscylująca wokół podziału walczyka, lecz przemieszczająca się z gracją bossanovy. Wspaniałe jest wykorzystanie wibrafonu. Wzrusza tekst I want to repair your desire / And call it a gift / That I stole from just wanting to live. Bla bla bla. Sensem wypowiedzi jest ostatecznie tylko to, że taka piosenka trafia się kilka razy w życiu. (Kuba Ambrożewski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 87. Max Tundra – Which Song

87. Max Tundra – Which Song

[2008; Domino]

Nie ogarniam fenomenu Maxa Tundry – kolo pojawia się na koncertach The Car Is On Fire, u Macia Morettiego sadzi „dwójkę” w środku imprezy, ma przysłowiowy metr dwadzieścia i krótkie palce, a pomyka na klawiszach (i nie tylko!), jak Yngwie Malmsteen na gitarze. No i mnogością pomysłów bije na głowę sporą większość współczesnych kompozytorów. Tak, tak, Max Tundra to klasyka, której będziemy uczyć nasze dzieci. Lekcja pierwsza. Temat: „Which Song” jako portret ponowoczesnego amanta in England, in France and Germany. (Maciej Lisiecki)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 86. Junior Boys – In The Morning

86. Junior Boys – In The Morning

[2006; Domino]

„In The Morning” to bodaj najbardziej rozpoznawalny numer kanadyjskiego duetu. Jasne, też uwielbiam i ciągle potrafię delektować się pięknym „Teach Me How To Fight”, świetne bawię się przy „Double Shadow”, chętnie zapominam się przy „Like A Child”, ale to właśnie singiel z „So This Is Goodbye” zaprezentowałabym każdemu, kto nie ma bladego pojęcia o Junior Boys, a chciałabym, żeby choć przez chwilę się zainteresował. Dlaczego ten kawałek? Panowie w jednym z wywiadów powiedzieli, że oprócz różnych artystów stricte muzycznych inspirują ich także filmy, książki, programy telewizyjne, miasta, przyroda, podróże, architektura, reklamy, pojedyncze dźwięki i przedmioty i tak dalej. Ten wspaniały eklektyzm i błyskotliwy, na wskroś współczesny humanizm w „In The Morning” słychać najfajniej, najwyraźniej, najlepiej ze wszystkich przecież w dużej mierze wyśmienitych, nie tylko singlowych numerów Junior Boys. (Kasia Wolanin)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 85. The Von Bondies – C’mon, C’mon

85. The Von Bondies – C’mon, C’mon

[2004; Sire]

Gdyby wszystkie „zespoły jednej piosenki” były zespołami takich piosenek, to być może zgodziłbym się ze skrajnie durną tezą o śmierci albumów i triumfie singla. Los tego dziełka był jednak okrutny – pamiętają ją prawdopodobnie tylko ci, którzy śledzili początki boomu, którego z racji braku lepszego terminu nazywamy new rock revolution. Nie kojarzę jakieś wielkiej rehabilitacji tego wielkiego kawałka, największego, obok „Bandages” i „Take Me Out”, jakie przyniosły te wszystkie rewiwale. To poważne podsumowanie, więc nie napiszę, co zrobiłyby wszystkie późniejsze gwiazdki, gdyby spróbowały nagrać coś tak absolutnie żywiołowego. I jakoś tak wyszedł smutny opis, a nie powinien. Cóż, things were good, when we were young. (Artur Kiela)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 84. Hot Hot Heat – Bandages

84. Hot Hot Heat – Bandages

[2002; B-Unique]

Dawno temu nazwaliśmy tę piosenkę potencjalnym przebojem. „Bandages” nie jest z gatunku tych utworów, które po długim leżakowaniu tracą swoje walory smakowe. Przeciwnie – po ośmiu latach kompozycja nabrała mocy. Pozostała na wskroś energetyczna i dalej nie polecamy jej osobom wstydzącym się podrygiwać w środkach komunikacji miejskiej. Winne są klawisze i gitary, ale to był po prostu dobry rocznik. (Witek Wierzchowski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 83. Dirty Projectors – Stillness Is The Move

83. Dirty Projectors – Stillness Is The Move

[2009; Domino]

Pomysł, by mainstreamowe r’n’b przełożyć na język muzycznej alternatywy, niósł obietnicę dzieła wybitnego. Obietnicę, moim zdaniem niespełnioną. Gdy Marta Słomka, autorka bardzo pochlebnej recenzji „Bitte Orca”, skonstatowała żartobliwie (via Twitter), że Dirty Projectors nie wymyślili na szczęście algorytmu emocji, dotknęła przy okazji sedna problemu. Koncept Longstretha zawiódł bowiem właśnie dlatego, że oddziaływał wyłącznie na intelekt, gdyż ładunku emocjonalnego, który z punktu widzenia fana r’n’b jest przecież najważniejszy, po prostu nie można było odtworzyć w warunkach laboratoryjnych. No prawie. Ten jeden raz, na „Stillness Is The Move”, Longstrethowi się udało. Okej, formalnie ociera się to wręcz o math-rock (metrum i frippowska gitara), lecz melodia, której nośnikiem jest nadekspresyjny wokal, porusza te same struny, co materiał badawczy „Bitte Orca”. Zresztą cover „Stillness Is The Move”, który zarejestrowała Solange Knowles, należy odczytywać jak atest. (Łukasz Błaszczyk)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 82. The Avalanches – Frontier Psychiatrist

82. The Avalanches – Frontier Psychiatrist

[2000; Modular]

Klip do „Frontier Psychiatrist” zawsze odczytywałem jako meta-komentarz The Avalanches do całego „Since I Left You”. Ich metoda twórcza, czyli katorżniczy proces selekcji i montażu kilku tysięcy sampli, została tu zilustrowana w sposób skrajnie wyidealizowany i romantyczny (w przeciwieństwie do dosłownego „Midnight In A Perfect World” Shadowa, chociażby). Tym samym sampler i Cool Edit przegrywa z gadającą papugą i kowbojem, a koncept, który legł u podstaw „Since I Left You” zostaje sprowadzony do jego podstawowej wartości – czystej frajdy, jaką daje przepisywanie popkultury. Jasne, debiut The Avalanches to jeden z największych mindfucków dekady, jednak to właśnie przyjemność, jakiej dostarcza na emocjonalnym i estetycznym poziomie, zadecydowała o jego istotności w kontekście rozwoju muzyki popularnej ubiegłej dekady. Ostatecznie od leksykonu muzyki popularnej XX wieku należało wymagać, że będzie w równej mierze bawić, co uczyć. (Łukasz Błaszczyk)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 81. Phoenix – 1901

81. Phoenix – 1901

[2009; V2]

Phoenix to taki nasz zespół pokoleniowy. W podstawówce tę rolę pełniła pewnie Metallica – przytulanki przy „Nothing Else Matters”, te sprawy. Kiedy jedną nogą wdepnęliśmy w dorosłość, a drugą wciąż pozostawaliśmy w młodzieńczym odrętwieniu, nostalgię młodzieńczych rozkmin zastąpiła niewinna zabawa przy „Too Young”, zaduma „If I Ever Feel Better” czy rozmach „Napoleon Says”. To nasze pokolenie w końcu zupełnie dorosło, obie nogi stawiając poza granicami beztroski. Pozostały nam wspomnienia, szelmowskie uśmiechy na twarzach i piosenki Phoenix w odtwarzaczach. Ostatnia z wielkich, „1901”, wydaje mi się radosnym epilogiem, ścieżką dźwiękową end titles młodości. Kiedy za kilka lat zupełnie pochłoną nas korporacje, codzienność i PIT-y, zostanie nam ten jeden zawór bezpieczeństwa: okazja, by w akcie roześmianego entuzjazmu wyrzucić ręce w górę, zdjąć marynarki i roztańczyć przestrzeń dookoła. Słowem: Phoenix, the fresh maker! (Paweł Sajewicz)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 80. Nelly Furtado – Maneater

80. Nelly Furtado – Maneater

[2006; Geffen]

Na starcie Nelly Furtado zdołała bez większego trudu wyrobić sobie reputację milutkiej girl-next-door w kraju (USA), w którym samo brzmienie jej nazwiska nasuwało skojarzenia z meksykańskimi lolitkami. Jasne, Furtado pozwalała sobie czasem na więcej, siejąc zgorszenie wśród zahukanych gospodyń domowych („Turn Off The Light”), ale to był ten sam stopień szkodliwości społecznej, co „18 Til I Die” jej rodaka, Bryana Adamsa. Toteż metamorfoza, jaką przeszła Nelly, zmieniając się pod okiem Timbalanda w kobiecą seks-maszynę, musiała być szokiem dla fanów. Dla niej samej zresztą też, bo stopień kompatybilności pomiędzy odważnymi deklaracjami Nelly (I want to see you all on your knees, knees / You either want to be with me, or be me) i jej skrajnie aseksualną ekspresją na planie klipu do „Maneater” był zerowy. Furtado może i nie czuła się szczególnie komfortowo jako promiscuous girl u boku napalonego Timby, tyle że bez niego nigdy nie wdarłaby się do mainstreamowego panteonu. Zresztą zawsze mogła trafić na Neptunes i wtedy dopiero przekonałaby się, na czym polega seksizm. (Łukasz Błaszczyk)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 79. The Go! Team – Ladyflash

79. The Go! Team – Ladyflash

[2004; Memphis Industries]

Najbardziej nadużywanym słowem tego podsumowania mianuję termin „postmodernizm”. Ostentacyjnie nie chcę wiedzieć, co to oznacza w wypadku muzyki niezależnej. Ale jeśli The Avalanches to „postmodernistyczna żonglerka stylów”, to The Go! Team będąc swego rodzaju powtórzeniem „Since I Left You” nie ma aspiracji do bycia postczymkolwiek czegokolwiek. The Go! Team to zabawa, zabawa i jeszcze raz zabawa. Partie niby-smyczkowe charakterystyczne dla całej dekady, bogata, „sypka” perkusja kojarząca się już z bardziej konkretnymi ramami czasowymi (czas przed połową dekady, Manitoba, Four Tet, rzecz groteskowo nazwana gdzieś „ciepłotroniką”). I fakt, że nie wiadomo już co jest samplem, a co żywym instrumentem. Pal sześć to wszystko – słuchając „Ladyflash” dzisiaj, trudno oprzeć się wrażeniu, że Szwedzi musieli kochać tę piosenkę. Pracę domową z The Go! Team odrobili kilka lat później, dodając od siebie kilka elementów, które... też nie były ich. (Artur Kiela)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 78. Out Hud – Hair Dude, You’re Stepping On My Mystique

78. Out Hud – Hair Dude, You’re Stepping On My Mystique

[2002; Kranky]

Nagrania Out Hud trudno uznać za klasyczne trzyminutowe single (nie jesteśmy w stanie tego ukryć!), stąd może Was dziwić ich obecność akurat w tym zestawieniu. Ich walory i mocne strony wykraczają jednak daleko poza pojęcie singlowości. W ten sposób, nieco na przekór, postanowiliśmy to docenić. Dobrym powodem może być fakt, że kompozycje Amerykanów znakomicie miksują się na imprezach z innymi pulsującymi taneczną sekcją rytmiczną kawałkami. Chcecie ESG? Nie ma sprawy, ale najpierw posłuchajcie Out Hud – odpowie Wam didżej na wasze prośby i utyskiwania. Czy znajdzie się tutaj miejsce na jakiś LCD Soundsystem? Spoko, już zaraz z „Hair Dude” przejdziemy w „Get Innocuous!” – zupełnie na luzie rzuci Wasz ulubiony kolektyw, którego MySpace’a ustawiliście jako stronę startową w swojej przeglądarce internetowej. Może wygrzebiemy teraz A Certain Ratio i „Do The Du”? – zapyta kolega, z którym akurat tego wieczora dzielisz konsoletę. Takie i inne sytuacje mogą się zdarzać. Ale jeśli dodam do tego, że możecie sobie z tego nagrania co nieco zapętlić, zmodyfikować i wbudować w swój wieczorny set, to jestem pewien, że „Hair Dude” skończy dużo wyżej w Waszym prywatnym rankingu. (Piotr Wojdat)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 77. Kylie Minogue – Wow

77. Kylie Minogue – Wow

[2007; Parlophone]

Utwór, który sam się komentuje. Wow. Wow-wow-wow-wow! Drugi singiel z „X” – płyty, na której Australijka polubiła się m.in. z Gregiem Kurstinem, mózgiem The Bird & The Bee – to naturalny następca wspaniałego „Love At First Sight”, zamieniający french-touchowe podcięcie przeboju z „Fever” na funky-popową przeplatankę skaczącego basu i zaraźliwych klawiszy (zapętlonego intro można by słuchać w nieskończoność). Taką Kylie lubię najbardziej – roześmianą optymistkę, zakochaną flirciarę, roztańczoną gwiazdę parkietu. Każda nuta, partia, zaśpiew „Wow” lśni pełnym blaskiem, w czym niemożliwa do przecenienia zasługa Kurstina. Gdy liczba zabiegów na każdym dosłownie motywie jest trudna do oszacowania, a mimo wszystko efekt końcowy pozostaje naturalny, to właśnie nazywamy dobrą produkcją. Lecz „Wow” nie zabrzmiałoby właściwie w ustach Lily Allen czy innej Little Boots. Kylie zawłaszcza je swoją bezpretensjonalnością, urokiem, seksapilem. Music sounds better with her. (Kuba Ambrożewski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 76. Feist – One Evening

76. Feist – One Evening

[2004; Polydor]

Dowód wyższości cywilizacji Zachodu nad naszą chlubną, polską tradycją? Proszę bardzo: w amerykańskiej „Ulicy Sezamkowej” maluchy uczy się liczyć do czterech na przykładzie piosenki Feist („1, 2, 3, 4” gdyby ktoś się zastanawiał). I nie chodzi tu, moi kochani, o lekcję matmy, ale STYLU. Przypuszczam, że gdyby polskim dzieciakom zamiast przyśpiewek Misia i Margolci zaproponować uber-coolowy dorobek Kanadyjki, to za dwadzieścia lat doczekalibyśmy się w końcu porządnego społeczeństwa. Ci którzy w pieluchach słuchają „1, 2, 3, 4”, gdy podrosną sięgną po „One Evening”, a tam, od pierwszych sekund – nonszalanckiego obrotu dżentelmena w czarnych lakierkach – wiadomo, że będzie dobrze. Bo czy był w ostatnich dziesięciu latach utwór bardziej bezpretensjonalny, lekki i uwodzicielski? Szlachetny i seksowny? Mądry i dobry? Nie pytajcie mnie, co takiego ma w sobie Feist; zastanówcie się raczej ilu piosenkarkom udało się nakłonić Bucka 65 (czarne lakierki) do tańca synchronicznego. (Paweł Sajewicz)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 75. Animal Collective – Grass

75. Animal Collective – Grass

[2005; Fat Cat]

„Takie rzeczy były już na Spirit”, jęczeli malkontenci. „Brzmienie dzieciaku, brzmienie, no i ta nieobecna na debiucie obłędna radocha”, odpowiadali im zachwyceni „Grass” nowi, podejrzani dla ultrasów wielbiciele Zwierzęcego Kolektywu, których nagle zrobiło się ciut więcej. Był 2005 rok i najważniejszy zespół ostatnich lat opuszczał właśnie ciasną poczekalnię dla freak-folkowych, eksperymentalnych ciekawostek, potężnym kopniakiem otwierając sobie drzwi do popowego VIP-roomu. Powitał jednak zgromadzone tam, skonfundowane towarzystwo szesnastokrotnym dzikim okrzykiem (tak na marginesie, czy przypadkiem nie jest to „darcie się” dekady?) i zrobiło się jasne, że mimo spektakularnego awansu Panda i Avey nie zamierzają się dostosowywać do ogólnie panujących trendów, tylko przyszli tu dyktować warunki. (Piotr Szwed)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 74. Radiohead – There There

74. Radiohead – There There

[2003; Parlophone]

Z każdym utworem z „Hail To The Thief” wiążą się dwie historie, bo każdy z nich posiada dwa tytuły: pierwszy – oficjalny oraz drugi – w nawiasach. Oczywiście to alternatywna tytulacja rozbudzała wyobraźnię krytyków, której łącznie z nazwą całego krążka przypisywano polityczne, anty-bushowskie konotacje, czemu zaprzeczał sam Yorke. Samo „There There” natomiast i jego równoległy tytuł, „The Boney King Of Nowhere”, mają już całkiem jasne znaczenie. Akurat w tym momencie powołanie się na fascynację kreskówką, którą lider Radiohead ogląda wraz z synem, nie jest specjalnie jakąś odkrywczą informacją. Ale nad czym tu się rozwodzić, skoro klasyczna singlowość Radiohead skończyła się praktycznie na „The Bends”. Potem, mimo że ciągle jakieś utwory grupy wydawane były w formie „małych wydawnictw”, zawsze ich siła wiązała się chyba w dużej mierze z przynależnością do większej, genialnej części. Nie inaczej jest z „There There”, choć akurat ta kompozycja ma asa w rękawie pod postacią świetnego teledysku. (Kasia Wolanin)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 73. Björk – Pagan Poetry

73. Björk – Pagan Poetry

[2001; One Little Indian]

Zanim Björk ewidentnie przegięła z poszukiwaniem na „Medulli” coraz to dziwniejszych środków ekspresji i powróciła „Voltą” na listy przebojów, „Pagan Poetry” – utwór z chyba najbardziej nieoczywiście erotycznym teledyskiem ostatnich lat – towarzyszył nam jako wspomnienie świetnego „Vespertine”. Niepokojąca partia klawiszy i boski głos Islandki intonujący równie niespokojne słowa, nadal przyprawiają o dreszcze. W latach 2000–2009 Björk nie nagrała lepszego singla od „Pogańskiej poezji”. Tego numeru nie przebijają ani olimpijskie udziwnienia, ani afrykańskie tam-tamy, ani dedykacja dla Wolnego Tybetu. To esencja albumu z roku 2001, „sok z brzozy” – bez analogii z najbardziej odjazdowym, płynnym polskim produktem spożywczym dziesięciolecia. (Witek Wierzchowski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 72. At The Drive-In – One Armed Scissor

72. At The Drive-In – One Armed Scissor

[2000; Grand Royal]

Słuchając po latach „One Armed Scissor” łapię się za głowę widząc najnowsze dokonania megalomanów z The Mars Volta. Czy w zaledwie kilka lat można porzucić pozytywną bezpretensjonalność na rzecz sztucznego patosu? Oczywiście, At The Drive-In w żadnym wypadku nie było nawet w minimalnym stopniu projektem przełomowym czy też przesadnie ekscytującym, ale przed rozpadem zdołali nagrać dzieło, które nie zostanie raczej zapomniane. „Relationship Of Command” było wylęgarnią emo-przebojów z tym właśnie singlem na czele. Jest w tym utworze jakiś niecodzienny „nerw” oraz frapująca, poruszająca energia. Gdyby ta piosenka byłaby ciałem stałym, nie mogłaby utrzymać się w miejscu nawet przez jedną sekundę i pędziła gdzieś przed siebie, nie zważając na jakiekolwiek znaki. Jednak nawet pomijając hardcore’ową ikrę, zostaniemy po prostu z kapitalną melodią, od której długo się nie uwolnimy. Moc. (Krzysiek Kwiatkowski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 71. Of Montreal – The Party’s Crashing Us

71. Of Montreal – The Party’s Crashing Us

[2005; Polyvinyl]

Świat należy do Barnesa. Facet nagrał w tej dekadzie taką ilość genialnych piosenek, że mógłby zrobić z tego czteropłytowe the best of. Jego zespół stworzył wzorcowy, spójny wizerunek – marzenie każdego poważnego artysty. I wreszcie – Of Montreal bezpardonowo sięgnęli po najcudowniejszy miks, jaki oferuje nam popkultura: słodka, taneczna psychodelia. Rzecz najprostsza ze wszystkich, ale wymagająca absolutnego geniuszu. Barnes wycisnął z gatunku wszystko, a „The Party’s Crashing Us” to tylko jeden z kilkudziesięciu na to dowodów. Ulokowany pomiędzy Of Montreal gitarowym, a jego bardziej elektroniczną odsłoną, wciąż jest w pełni przebojowy, czyli taki, jakiego kochamy najbardziej. (Artur Kiela)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 70. Sufjan Stevens – Casimir Pulaski Day

70. Sufjan Stevens – Casimir Pulaski Day

[2005; Asthmatic Kitty]

Małe miłości, proste szczęścia, wielkie nadzieje, bolesne rozstania. W naszych domach, z rodzinami, przyjaciółmi, przy kominku, w porze lunchu i wieczorem. Zapomnienie o radości bez powodu i zapomnienie o żalu dla tego, co na żal zasługuje. Statystycznie rzecz biorąc, coraz rzadziej płaczemy po naszych zmarłych / Nie umiem wytłumaczyć świata, ale mogę ci go zatańczyć / W pokoju, gdy pocałowałaś mój kark, a ja niemal dotknąłem twojej bluzki; pamiętam, że zastanawiałem się, co oznacza Casimir Pulaski Day w tytule. The song is not specifically about the celebration but about a personal event that took place on Casimir Pulaski Day as indicated by the lyric (…). Golden rod and the 4-H stone / The things I brought you / When I found out you had cancer of the bone. Mały dramat tej piosenki jest wielkim dramatem naszego życia. (Paweł Sajewicz)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 69. Daft Punk – Harder, Better, Faster, Stronger

69. Daft Punk – Harder, Better, Faster, Stronger

[2001; Virgin]

Wydane w 2001 roku „Discovery” traktuję jako jeden wielki singiel. Wszelkie podziały na poszczególne utwory są jak punkty w „Whose Line Is It Anyway?” – nie mają znaczenia. Mimo tego „Harder, Better, Faster, Stronger” w subtelny sposób wyróżnia się z tej piekielnie przebojowej machiny. Zapewne gdyby Daft Punk nagrali coś takiego w latach pięćdziesiątych, świat oszalałby (dosłownie) i uznał ten kawałek za coś w rodzaju hymnu zbuntowanych robotów rodem z najbardziej obciachowych komiksów science-fiction. Na szczęście (?) premiera odbyła się kilkadziesiąt lat później, więc zastanawialiśmy się jedynie jak taki z pozoru prosty – żeby nie powiedzieć: prostacki – numer był w stanie podbić parkiety całego świata. Cóż, to rzeczywiście interesująca zagadka, ale trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć, że Daft Punk na „Discovery” było niemalże bezbłędne. Duet Francuzów, czego się nie dotknął, zamieniał w złoto i podobnie było z „Harder, Better, Faster, Stronger”, które być może teraz nie porywa już aż tak jak wtedy, lecz nadal przyciąga i nie puszcza. (Krzysiek Kwiatkowski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 68. The Whitest Boy Alive – Golden Cage (Fred Falke Remix)

68. The Whitest Boy Alive – Golden Cage (Fred Falke Remix)

[2008; Modular]

Zapomniałem dawno, że to remiks utworu z debiutanckiej płyty The Whitest Boy Alive. Zapomniałem, że to być może najdoskonalszy remiks dekady. Zapomniałem, że to w ogóle remiks. „Golden Cage” w wersji Falke’a emanuje pięknem, subtelnością, dobrem. Bardziej romantyczna niż wszystkie biszkoptowe ballady Bright Eyes owinięte ciasno folią Bon Iver i bardziej taneczna niż cała pierwsza piątka HypeMachine przemnożona przez siebie nawzajem, ta ośmiominutowa oda do miłości, pieśń kochanków zagubionych w kosmosie, sprawi, że popłaczecie się ze szczęścia. Girls and boys, we’re floating in space. (Kuba Ambrożewski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 67. The Go! Team – Bottle Rocket

67. The Go! Team – Bottle Rocket

[2004; Memphis Industries]

Pewnie macie już wysypkę w związku z częstym przywoływaniem The Avalanches przez autorów Podsumowania, ale i tym razem musicie to ścierpieć. The Go! Team ze swoim „Bottle Rocket” to nic innego, jak instrumentalny odpowiednik żonglerki samplami w wykonaniu australijskich didżejów. Brzmienie dęciaków, harmonijki ustnej oraz elektroniczne modyfikacje składają się na błogą, gorącą kąpiel w samym środku zimy. Wychylamy kieliszek musującego wina, którego słodki posmak nabiera szorstkości, ze względu na mocne, garażowe uderzenia perkusji. Wszystko to sprawia wrażenie idealnie posklejanych dźwiękowych klisz, które spajają niby-rapowane sentencje w duchu lat 90. Szczególnie dobrze komponuje się to ze zbudowanym na tej samej zasadzie bałaganiarskim teledyskiem. Duże nagromadzenie muzycznych bodźców i energia, stawiają ich z daleka od takich Negativland, którzy z plunderphonics stworzyli sztukę wysoką i pokrętną. The Go! Team to żelaźni kandydaci na naszą listę dekady. Oto i są! (Piotr Wojdat)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 66. King Biscuit Time – I Walk The Earth

66. King Biscuit Time – I Walk The Earth

[2000; Regal]

Ian Brown na schemacie tej piosenki zbudował trzy czwarte swojej kariery solowej (trip/hip-hopowy bit, smęcący i znudzony wokal, refren zapętlający się w nieskończoność), ale jakimś cudem to nie on, a Steven Mason jest w podsumowaniu dekady. „I Walk The Earth” rozwija się na przekór instrukcjom z popowego podręcznika – dwie ostatnie minuty kontemplują monotonię melodii refrenu, za to track zyskuje kolejne ścieżki perkusjonaliów, tworzące coraz bardziej skomplikowaną, pełną niuansów polirytmię. Gdyby lekko zjarany Beck nasłuchał się „Remain In Light”, wyszłoby mu coś w podobie tego. Na koniec zabawna, osobista anegdota. Swego czasu (rok 2000) wygrałem album (a dokładnie EP-kę „No Style”) z tym utworem w konkursie u Pawła Jóźwickiego w Trójce, odpowiadając na pytanie o nazwisko człowieka stojącego za projektem (frontman The Beta Band, „jak ktoś nie wie”). Jak przypomniano mi kilka lat później, popularny Józek powiedział wówczas na antenie coś w stylu: „Płyty wygrywają Kuba i Borys. No, panowie! Szacunek, że znaliście odpowiedź”. (Kuba Ambrożewski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 65. Familjen – Det Snurrar I Min Skalle

65. Familjen – Det Snurrar I Min Skalle

[2007; Adrian/Hybris]

Nie wiem, czy wszyscy czaicie, jak fenomenalnie adekwatne są słowa w tej piosence. Pierwsze wersy lecą tak: „Ja / Rozpaliłem płomień dla Ciebie / A teraz płonie cały las”. Bo to przecież piosenka o miłości jest, przynajmniej moim zdaniem. Tego uczucia rozkoszy, kiedy powoli rozkręca się bit w pierwszych kilkunastu sekundach tego numeru, dane mi było doświadczyć już jakieś setki razy. To nie wina Familjen, że dziesiątki DJ-ów poznały się na zajebistości tej pieśni, a setki klubowiczów nie potrafią nie pląsać tyłeczkami do fraz recytowanych przez Johanna Karlssona. „Det Snurrar I Min Skalle” to jest to miejsce, w którym techno spotyka indie-rocka, pop i wszystko inne, w szaleństwie syntezatorów i przy znakomitości teledysku rodem ze szpitala psychiatrycznego. To miejsce jest chyba gdzieś na dnie serca i starczy płomień, żeby zapłonął caaały las. (Kamil J. Bałuk)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 64. Sophie Ellis-Bextor – Murder On The Dancefloor

64. Sophie Ellis-Bextor – Murder On The Dancefloor

[2001; Polydor]

Sophie Ellis-Bextor ma w swoim dorobku kilka ciekawszych piosenek, jednak to właśnie „Murder On The Dancefloor” stało się największym przebojem tej urodziwej Brytyjki i chyba nie ma co się dziwić. To utwór idealnie skrojony na potrzeby radia (o czym mogliśmy się przekonać kilka lat temu, kiedy singiel emitowano co kilka minut) z rewelacyjnym, powtarzanym w nieskończoność refrenem. To musiał być dance-popowy hit lata, a także zimy, jesieni oraz wiosny. Na dodatek posiadał bardzo dobry, charakterystyczny teledysk, w którym nasza bohaterka starała się (tak, to dobre słowo) tańczyć w jakimś lokalnym konkursie, przy okazji pozbywając się konkurencji w sposób daleki od fair-play. Sztuka tańca Sophie nigdy za bardzo się nie udawała, ale sami powiedzcie – czy pierwsze miejsce nie należało się jej choćby za to, w jaki sposób wymawiała słówko „murder”? (Krzysiek Kwiatkowski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 63. MGMT – Kids

63. MGMT – Kids

[2008; Columbia]

Byłem przekonany, że próbę czasu wytrzyma właśnie ten singiel MGMT. Zarówno „Time To Pretend”, jak i „Electric Feel” mocno wpisywały się w modną ówcześnie, taneczną stylistykę. Ten fakt niejako zaszufladkował te udane przecież utwory i w naszym zestawieniu nowojorczyków reprezentują „Dzieciaki”. Wszystko tutaj rozbija się o syntezatorowo-pozytywkową melodię i chociaż grupa w żadnym stopniu nie rezygnuje z parkietowych walorów swojej piosenki, to za kilka lat myśląc o MGMT, będziemy myśleć o przebojowych dźwiękach „Kids”, które mutowały w niejeden dzwonek polifoniczny. Przy okazji warto też wspomnieć o dwóch wideoklipach do tego utworu, przedłużających żywotność singla. Ten „potworny” bije jednak na głowę ten „pantomimiczny”. (Witek Wierzchowski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 62. Toktok vs. Soffy O. – Day Of Mine (Ludicrous Idiots)

62. Toktok vs. Soffy O. – Day Of Mine (Ludicrous Idiots)

[2002; Toktok]

Z góry przepraszam za tani sentymentalizm, ALE JA PAMIĘTAM pierwszy koncert (Majka Jeżowska), kasetę (soundtrack do serialu „Twin Peaks”), cedeka (jakiś Chris Rea), sobotnie (a może i niedzielne?) poranki przy „30 ton – lista, lista, lista przebojów” i długie godziny po szkole spędzone z przyjaciółmi: Polonia 1, Cartoon Network, MTV. Pamiętam też ten klip – platynowa blondyna (nie ładna, a intrygująca) i dwójka zwyczajnych koleżków w serii salingerowskich wręcz, niby banalnych, ale wysmakowanych (buszowanie w polu maków) i na swój sposób niepokojących (zakłócenie idylli słonecznej plaży) scen z czadowym autkiem w tle. Toktok do spółki z Sofką zdefiniowali dla mnie zajebistość – wierność sobie (So, what you mean / Should I be ashamed of being me?), niepokorność (antyspołeczne wybryki trójki bohaterów), łobuzerski luz z klasą (kanciasty taniec Soffy, pozorny chłód jej towarzyszy). No i sam song – popieprzone electro rozpięte między acidowym wykopem, a niewyszukaną młócką (każdy kto twierdzi, że wiocha, taniocha, dres, bredzi od rzeczy), pchane do przodu mocarnie kroczącym (dummmm-dum-dum-dum-dum-dummmm-dum-dum) basem, uskrzydlane pompatycznymi dęciakami. Serio, chce żeby mi to zagrano na pogrzebie! (Maciej Lisiecki)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 61. The Walkmen – The Rat

61. The Walkmen – The Rat

[2004; Record Collection]

The Walkmen są jednym z najlepszych gitarowych zespołów dekady. Serio. Świetny debiut, charakterna druga płyta, fajne „A Hundred Miles Off”, znakomity album ostatni. A gdzieś z tych wszystkich krążków w całościowym obrazie The Walkmen wyłania się kilka genialnych, piosenkowych wymiataczy. Pamiętam występ zespołu w programie Davida Lettermana i ów niewinny komentarz do „The Rat”, na jaki pozwolił sobie gospodarz talk-show, tak doskonale punktujący ten znakomity numer. Pochodzący z „Bows + Arrows” utwór powala rześkością niczym mocna kawa niemrawego poranka, energetyczny napój po ciężkim dniu. W naszym zestawie znajdziecie niewiele takich niesamowitych, stricte rockowych kawałków jak „The Rat”, w minionym dziesięcioleciu znajdziecie niewiele tak równych, solidnych i dobrych gitarowych zespołów. (Kasia Wolanin)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 60. Yeah Yeah Yeahs – Maps

60. Yeah Yeah Yeahs – Maps

[2003; Interscope]

Jak ta piosenka do Karen O. wybitnie nie pasuje. Z pozoru. Charakterna wokalistka Yeah Yeah Yeahs to nie jest kobieta, które nie wyglądałaby komicznie, śpiewając łzawe balladki. Zważywszy, że nieśmiertelny image naszej prawie-rodaczki do najgrzeczniejszych nigdy nie należał. Co ja tu się będę na ten temat rozpisywać, sprawdźcie sobie sami. Aż tu nagle – „Maps”. Kiedy oni wpadli na pomysł tej piosenki? Utwór, którego nie można porównać do niczego z „Fever To Tell”, nie posiadający żadnego punktu odniesienia w ówczesnej twórczości Nowojorczyków. I jeszcze ten teledysk – Karen z wyrazem twarzy, jakby chwilę przed wyjściem do kilkunastoosobowej publiki zmasakrowała siekierą swojego kochanka w przypływie niczym nieuzasadnionego napadu zazdrości i w trakcie piosenki stopniowo zdawała sobie sprawę, co tak naprawdę chwilę wcześniej zrobiła. Emocjonalny majstersztyk, którego czar nigdy nie pryska. (Kasia Wolanin)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 59. The Car Is On Fire – Can’t Cook (Who Cares?)

59. The Car Is On Fire – Can’t Cook (Who Cares?)

[2006; EMI]

The Car Is On Fire w odsłonie na żywo pierwszy raz zobaczyłam bardzo późno, niemalże po całym zamieszaniu. W maju 2007 roku, cóż za timing. I nie mogę sobie wyobrazić dla tego zespołu bardziej nietrafionej scenerii niż Juwenalia na warszawskiej Agrykoli. Ten koncert był okropny: studencka gawiedź niecierpliwie czekająca na Homo Twist (skądinąd znakomity zespół, ale łapiecie kontekst) i Pidżamę Porno niespecjalnie nadawała się na publiczność kapeli, która pierwszy raz bodaj od debiutu Cool Kids Of Death (których z kolei nie lubię) tak błyskotliwie wprowadzała wątki współczesnej zachodniej muzyki do swojej autorskiej wypowiedzi. Pozytywna arogancja Carsów zmieniła się na tym występie w nieprzyjemną butę i zadzieranie nosa. Po czym dotarło do mnie, że ten gorzki rewers zuchwałości był u nich obecny zawsze na zasadzie musu: z jednej strony jako element obronny przed bolesnym wchodzeniem w nowy etap życia, z drugiej – jako pierwiastek szalenie inspirujący twórczo. Trzeba wiele bezczelnej determinacji i brawury, by na tej kulturalnej pustyni najpierw „sprzedać” muzykę niezależną w jej najbardziej rdzennej postaci, a potem w „Can’t Cook (Who Cares?)” inkorporować do swoich gitarowych korzeni element ze świata innej wrażliwości: wymuskanego french touchu, nowego disco bijącego z przebojów Spillera, Sophie Ellis-Bextor i Kylie Minogue. I w tej całej napastliwej buńczuczności przemycić całkiem sporo romantyzmu. (Marta Słomka)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 58. Hot Chip – Boy From School

58. Hot Chip – Boy From School

[2005; EMI]

W tym utworze podoba mi się wszystko! Począwszy do flegmatycznego ale wciąż niebezpiecznie tanecznego, jakby lekko bulgocącego bitu, poprzez niespieszną narrację przepełnioną smutkiem za utraconymi krotochwilami szczęścia (We tried, but we didn’t have long) i wyciskające łzy klawiszowe solo, na finalnym, piekielnie lirycznym w kontekście rozpamiętywania dawnej miłości, wycofywaniu kolejnych warstw kompozycji skończywszy – wieńczonej, jak sugeruje recenzent reaktywowanego na okoliczność podsumowania dekady Stylusa, odgłosem złamanego przed laty serca. Te kilka ostatnich taktów tego singla to czysta metafizyka, ciary na plecach i łezka w oku – Hot Chlip, ja was proszę. (Maciej Lisiecki)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 57. The Roots – The Seed (2.0)

57. The Roots – The Seed (2.0)

[2003; MCA]

Zawsze miałem wrażenie, że najsłynniejsza piosenka The Roots jest przeróbką najsłynniejszego (i pewnie najlepszego) one-hit-wonder lat 90. No bo zauważcie podobieństwo między „The Seed (2.0)” a „A Girl Like You” Edwyna Collinsa. Potężne bębny, przestrzenna produkcja, zapętlona linia basu i TE AKCENTY gitary. A na dokładkę obie są tak bardzo nieadekwatne: parkietowy killer The Roots to piosenka o zapłodnieniu; ex-lider Orange Juice swoim zblazowanym głosem wyśpiewał bodaj najbardziej wyuzdany przebój w historii MTV. A fakty są takie: „A Girl Like You” stanowiło tribute dla Iggy’ego Popa i samplowało bębny z piosenki Lena Barry’ego (1965 rok); „The Seed (2.0)” jest odświeżoną wersją utworu Cody’ego Chesnutta, który zresztą wziął udział w nagraniu „(2.0)”. Jak się nad tym zastanowić, można dojść do wniosku, że w każdym przeboju kryje się łamigłówka. (Paweł Sajewicz)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 56. Animal Collective – Peacebone

56. Animal Collective – Peacebone

[2007; Domino]

To był przełom. Nie „Who Could Win a Rabbit?”, nie „Grass”, ale też nie „My Girls”. To nie te piosenki pchnęły Animal Collective ku szerszej niż grono absolutnych pasjonatów publice. Pierwsze trzydzieści sekund „Peacebone” stało się okrętem flagowym nowego popu, który od tego momentu czeka, aby objawić się w mainstreamie. W teledysku do piosenki, zaskakująco zresztą profesjonalnym, Animal Collective postanowili odsłonić w sposób dosyć oczywisty całą swoją filozofię. Kiedy całkiem urodziwa, zakochana w odrażającym potworze dziewczyna zabiera partnera na przejażdżkę, ich Ferrari dociera w końcu do wesołego miasteczka. Wiemy, co symbolizuje dziewczyna, wiemy co symbolizuje potwór – cały czas słyszymy bowiem dwa podstawowe elementy muzyki zespołu. Pośród karuzel okazuje się jednak, że obleśny stworek w gruncie rzeczy jest całkiem sympatyczny, a nasza dziewczyna pokazuje, że... nie jest mu tak bardzo daleka. Niszczenie skrzynek pocztowych, obrzucanie domu papierem toaletowym... Trudno o bardziej oczywistą symbolikę. Tak wyraźny drogowskaz zespół zostawił nam tylko raz. Tym bardziej trzeba o nim pamiętać. (Artur Kiela)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 55. Jay-Z – Izzo (H.O.V.A.)

55. Jay-Z – Izzo (H.O.V.A.)

[2001; Roc-A-Fella]

Nie ma nic dziwnego w tym, że spośród całego gwiazdozbioru owianych mitem graczy „The Blueprint”, to właśnie EJCZ TU DE IZOŁ najlepiej zaapelowało do masowej publiki. W gąszczu oldschoolowych, soulowych sampli, które decydują o ciepłym, matowym brzmieniu tego przełomowego krążka, to przecież ten wyprodukowany przez Kanyego Westa brylancik odwołuje się do nagrania najmocniej klasycznego. „I Want You Back” – bo o legendarnym, przełomowym singlu The Jackson 5 tu mowa – to istna żyła złota dla producenta pop (hej, mówimy o jednym z najbardziej chwytliwych singli w całej historii hip-hopu), co udowodniły niespełna dekadę wcześniej szczeniaki z Kris Kross (jump! jump! i szerokie spodnie zakładane rozporkiem do tyłu, pamiętacie?). W takim towarzystwie artysta słabiej znany jako Shawn Carter jest po prostu niepowstrzymany. Jest bogiem, uświadom to sobie. (Kuba Ambrożewski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 54. Animal Collective – For Reverend Green

54. Animal Collective – For Reverend Green

[2007; Domino]

O czcigodnej zieleni napisano wiele, myślę, że jest to ulubiony temat większości składów hiphopowych z Polski („więcej imprez hiphopowych w Zielonej Górze!”) i Animale nie są specjalnie odkrywczy wchodząc w ten temat. A mówiąc poważnie, to jest to piosenka skrojona na miarę naszych czasów: jest egzystencjalne prawidło, sporo krzyków, chóry piejące do czegoś nieokreślonego i gęsta warstwa dźwiękowa, a wszystko to sprawia, że nasze mamy tej piosenki by na pewno nie polubiły. Jest jakaś niesamowicie przewrotna mądrość w tym, że głównym wynikiem na YouTube dla „For Reverend Green” jest czarna plansza, na której nie ma nic, albo – patrząc inaczej – jest wszystko. Może to zresztą jest rodzaj zieleni. (Kamil J. Bałuk)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 53. R. Kelly – Ignition (Remix)

53. R. Kelly – Ignition (Remix)

[2002; Jive]

Naturalnie R. Kelly może się kojarzyć z wieloma sprawami, najczęściej jednak kojarzy się z seksem. Wszak ten gość swoimi bezpruderyjnymi kawałkami przywrócił dziewictwo „Let’s Get It On” Marvina Gaye’a. A już na pewno ostatnią rzeczą, którą powiązalibyśmy z Kelsem, jest hasło meta-; chyba, że mamy na myśli coś w rodzaju metalibido (sic!). Tymczasem w 2003 roku R. Kelly wywinął numer niebywały: z jednej strony zarejestrował najbardziej popieprzony i zapętlony w odniesieniach popowy metasingiel wszech czasów, z drugiej natomiast – zakpił z całej konwencji metatekstualizmu. Otóż „Ignition (Remix)” jest równocześnie metasinglem o byciu metasinglem, remiksem, który jest pseudoremiksem, imprezowym singlem o pisaniu imprezowych singli, opowiadaniem m.in. rozerotyzowanej historii pary, która nagle w radiu słyszy... „Ignition (Remix)”. Jednakowoż cały ten absurdalnie fascynujący koncept maleje wobec jednej, najprostszej kwestii: to jest piosenka, która jest bezczelnie świadoma swojej nieskończonej niesamowitości. Płynność, perfekcja, sensualność i swoboda, z jakimi R. Kelly sunie po bicie – przepraszam, ale tak potrafią tylko najwięksi: Prince, Isaac Hayes, D’Angelo – wciągają bezwiednie w każdy detal tego przesyconego najczystszą rozkoszą i zabawowością tracka. Rozchodzi się tu bowiem przede wszystkim o namiętność, leniwość definiującej frazy „bounce, bounce, bounce, bounce” i namacalny wręcz feeling. Wspaniały moment, gdy na parkiecie ta skondensowana w trzech minutach graniczna zmysłowość sprawia, iż przez parę chwil czujesz się najseksowniejszą osobą na świecie. Naturalnie „Ignition (Remix)” może się kojarzyć z wieloma sprawami, mnie najczęściej jednak kojarzy się z ulubionym singlem dekady. (Marta Słomka)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 52. Johnny Cash – Hurt

52. Johnny Cash – Hurt

[2003; American Recordings]

Niezręcznie pisze mi się o „Hurt”. Jakiś czas temu czytałem we śnie (sic!) perfekcyjny, nieznanego autorstwa tekst poświęcony tej epickiej reinterpretacji Reznorowskiego klasyka. Sen szybko uleciał, a ja zostałem ze swoimi trudnościami, czego konsekwencją jest fakt, że oglądana przez Was notka – jako czwarta lub piąta wersja pierwotnej myśli – niewiele ma wspólnego z tym, o czym chciałem na początku wspomnieć. Niezmienne pozostaje jedno: „Hurt” jest autentyczną spowiedzią. Zawieszony między bytem doczesnym a nieskończonością Cash sam stworzył dla siebie mistrzowskie epitafium. Narastająca, wiodąca ku finalnemu absolutowi, miarowa nawałnica fortepianowych akordów w połączeniu z sekwencją scen z przegenialnego teledysku to przecież jeden z nielicznych momentów minionej dekady, kiedy utarty zwrot o „wkradającej się metafizyce”, zamiast wywoływać drwiący uśmiech, autentycznie oddaje majestat chwili. A o tym, że to najwybitniejszy cover ostatniego dziesięciolecia – a kto wie, być może także całej historii muzyki popularnej – wspomnieć wypada jedynie z kronikarskiego obowiązku. (Bartosz Iwański)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 51. OutKast – B.O.B. (Bombs Over Baghdad)

51. OutKast – B.O.B. (Bombs Over Baghdad)

[2000; LaFace]

Może się to wydawać dziwne, ale dopiero tworząc tę notkę uświadomiłem sobie, że „Bombs Over Baghdad” pochodzi z 2000 roku, tzn. sprzed epoki 9/11. Rzadko kiedy zwracam uwagę na tekst, a już zwłaszcza w hip-hopie (paradoks? ale kto jest w stanie nadążyć za sensem strof wypluwanych przez Andre 3000 z prędkością karabinu maszynowego?) i „B.O.B.” padło ofiarą mojego obskurantyzmu. Niemniej jednak słucham dziś tego utworu, wyposażony wiedzę zaczerpniętą z everything-outkast.com – wiem, że piosenka rozlicza się z hipokryzją przemysłu muzycznego – i wciąż wolę myśleć, że to szaleńcze tempo, skandowany refren i chaotyczne podcięcia gitary są najlepszym muzycznym odwzorowaniem paranoi nowego milenium. Irracjonalne obawy związane z wejściem w trzecie tysiąclecie znalazły uzasadnienie w ataku na WTC i wojnie z terroryzmem, spełniając czarne prorctwo Samuela Huntingtona. Po 2003 przypadkowy tytuł piosenki OutKast nabrał zupełnie nowej wymowy, a historia uczyniła zeń posępny znak czasów. (Paweł Sajewicz)

Posłuchaj >>

Screenagers.pl (28 lutego 2010)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: krzysiek
[3 marca 2010]
@pszemcio
@przeintelektualizowany

Skłaniam się ku opinii, że "Medulla" to najlepszy album Bjork.
Nie wpisujcie miast ;)
Gość: ewk
[3 marca 2010]
kurcze, faktycznie:) wydało się, że czytałam na szybko
PS
[2 marca 2010]
@ewk

czytamy ze zrozumieniem. Przecież to napisałem ;)
Gość: ewk
[2 marca 2010]
@PS najważniejszy w tym klipie jest fakt, że ten dżentelmen to Buck 65
marta s
[1 marca 2010]
chociaż zaraz, doczytałam się, że te blisko 10 milionów kopii obejmuje wersje digitalne. Nie znam zatem danych na temat krążków.
marta s
[1 marca 2010]
a swoją drogą nie mam pojęcia, po co dziś komuś materialne single?! po co komuś poker face na cd?! wykluczając didżejów.
marta s
[1 marca 2010]
@ to być może zgodziłbym się ze skrajnie durną tezą o śmierci albumów i triumfie singla -> z opisu Von Bondies

Artur, ale przecież Twoja teza jest trudna do obronienia! "Śmierć albumu", wiadomo, metaforyczne określenie, ale faktem jest, że single (też w kategorii pojedyncze tracki kupowane na iTunes) nie miały się lepiej od wielu wielu lat. Już abstrahuje od takich oczywistości, jak zmiana nawyków słuchania z powodu mp3 (chociaż właściwie od tego należałoby wyjść, bo przecież to jest przyczyna), ale spójrz na liczby - "Poker Face" kupiło 9,8 miliona ludzi (singiel materialny i mp3). To jest dosyć niewiarygodna ilość, to są liczby sięgające złotej ery singla - lat 60. A jeśli chodzi o sferę symboliczną, no to kaman, bitwa Rage Against The Machine i X-Factor - takie coś nie mogło się przydarzyć w innym momencie w ostatnich latach.
PS
[1 marca 2010]
Kolega Ambrożewski chciał dobrze, ale podmienił zepsuty link Feist na taki, w świetle którego moja notka była bez sensu :) Poprawione raz jeszcze - dżentelmen w czarnych lakierkach powrócił.
Gość: e-smith
[1 marca 2010]
jestem singlem dekady ; (

zaczynam lamentowanie:
nisko daft punk, ale fajnie że ma to 69-tka i jednak teledysk gdzie laski się ruszaja z kartonami na głowie z napisami na ciele przebija ten z ręcami.
kuba a
[1 marca 2010]
Linki już poprawione, dzięki za czujność.

> a, i cieszy fakt, że Kubasa na featuringu - tęskniliśmy! <3

Ja też i również raduje mnie powrót tego KLASYKA.
Gość: K. Orektor
[1 marca 2010]
1. Link od Junior Boys śmiga do Radiohead There There.
2. Link do Feist wygasł.
(po poprawieniu można skasować ten komentarz)
Gość: night
[1 marca 2010]
graficznie rzeczywiście zajebiście i wreszcie "światowo", jak sobie przypomnę tę rumuńską grafikę z poprzedniego okresu działalności...
Gość: pet_sounds
[1 marca 2010]
do jutrzejszego dnia będę się łudził, że nieobecność reality check i frogotoise (schneider TM) jest niczym innym jak tylko zwiastunem królowania tych piosenek w samej czołówce podsumowania .
Gość: przeintelektualizowany
[1 marca 2010]
@pszemcio

zgadzam się, Medulla to jeden z najlepszych (jak nie najlepszy) albumów Bjork
Gość: pszemcio
[1 marca 2010]
>Zanim Björk ewidentnie przegięła z poszukiwaniem na &#8222;Medulli&#8221; coraz to dziwniejszych środków ekspresji i >powróciła &#8222;Voltą&#8221; na listy przebojów

nie ma chyba w tych tekstach drugiego stwierdzenia, z którym tak bardzo bym się nie zgadzał. Medulla, jako przejaw geniuszu (nie wiem na ile Bjork, a na ile współtwórców), to ścisłe top 10 dekady
Gość: Jan
[1 marca 2010]
Fajnie graficznie to to wygląda.
Gość: en
[1 marca 2010]
a, i cieszy fakt, że Kubasa na featuringu - tęskniliśmy! <3
Gość: en
[1 marca 2010]
wow, są i Murzyny, brawo.
za dużo Animali tho.
kuba a
[1 marca 2010]
Tak, już poprawione.
Gość: Szopy Potoki
[1 marca 2010]
..była i się zmieniła.
Gość: Szopy Potoki
[1 marca 2010]
Ciekawe, że kolejność "rosnąco", a nie "malejąco".

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także