33 najlepsze EP-ki wg Screenagers.pl

Część pierwsza: A-Di

Obrazek pozycja A.R. Kane – Up Home! (Rough Trade, 1988)

A.R. Kane – Up Home! (Rough Trade, 1988)

Obierając za punkt wyjściowy przyczółki zdobyte przez Cocteau Twins czy The Jesus & Mary Chain, A.R. Kane poszerzyli dream-popowe tradycje o nowe stylistyczne wątki, stając się w efekcie ogniwem łączącym wspomniane formacje z post-rockowymi zespołami w stylu Bark Psychosis. Najciekawsze momenty obrazującej ten proces EP-ki „Up Home!” to „Baby Milk Snatcher”, w którym dochodzi do zamkniętej w formacie piosenkowym fuzji dwóch sfiksowanych na punkcie studyjnej manipulacji gatunków – shoegaze’u i dubu, oraz wprawiające w błogostan „Up”, w którym eteryczne wokalizy utopione są w snujących się powolnie falach gitarowych przesterów. Rozszerzające interpretacje dream-popu są dziś zjawiskiem powszechnym, ale większość z nich autorom „Up Home!” może jedynie czyścić buty. (mm)

Obrazek pozycja Air France – No Way Down (Sincerely Yours, 2008)

Air France – No Way Down (Sincerely Yours, 2008)

Świeżutka, bardzo młoda jak na to zestawienie EP-ka, nie jest może epokowa (choć to dopiero się okaże), ale na pewno w kontekście Screenagers znacząca – da się to udowodnić w kilku prostych stwierdzeniach. Po pierwsze, znakomitej większości albumów z 33-ki nie recenzowaliśmy w chwili ich wydania, a tu – proszę bardzo. Po drugie, „No Way Down” jest swego rodzaju dokumentacją muzycznej mody na Szwecję, której z wielką przyjemnością ulegamy, zasłuchując się w Studio, Tough Alliance, The Knife etc. etc. i wyczekując kolejnego popowego mistrza z tego rejonu. Po trzecie, EP-ka niedostępna na polskim rynku, a robiąca jednak sporo zamieszania wśród zainteresowanych słuchaczy jest znakiem czasu – internet, myspace, blogi, no a gdzieś pośrodku przecież jesteśmy my i nasz serwis. Sam album to taka mikroskopijna wersja ukochanego The Avalanches, za krótka żeby znużyć, a przemijająca niesamowicie szybko. Zwiewna popowa elektronika, która nie popełnia na szczęście częstego grzechu easy-listeningowych kolaży, stających się łatwymi do zignorowania. Najłatwiej – choć brzmi to bardzo pretensjonalnie – określić materiał, cytując teksty nań zawarte, nie ma ich zresztą wiele. A więc: Sorta like a dream/ No, better? (kjb)

Obrazek pozycja Archers Of Loaf – Vs. The Greatest Of All Time (Alias, 1994)

Archers Of Loaf – Vs. The Greatest Of All Time (Alias, 1994)

AAAUUUDIOOOWHOOOREEE!!! Jeśli zapamiętaliście z „Vs The Greatest Of All Time” tylko jeden moment, na 99% było to właśnie pierwsze ryknięcie Erica Bachmanna z otwierającego EP-kę wymiatacza. Zadanie sfollow-upowania debiutanckiego klasyku „Icky Mettle” zespół wykonał na piątkę. Dosłownie. Na „Vs” znajduje się pięć kapitalnych numerów, eksponujących często post-hardcore’owe ciągoty najbardziej drapieżnej z pierwszoligowych kapel indie-rocka lat dziewięćdziesiątych. Lecz nie tylko – „Freezing Point” to po prostu prześliczna piosenka, idąca w ślady „Web In Front”, zaś w końcowej balladzie „All Hail The Black Market” Archers rzucają wyzwanie Built To Spill i Pavement, jednocześnie nie brzmiąc jak żadne z nich. A potem wracamy do początku, odczekujemy półtorej minuty i... AAAUUUDIOOOWHOOOREEE!!! (ka)

Obrazek pozycja Autechre – Garbage (Warp, 1995)

Autechre – Garbage (Warp, 1995)

W przypadku samego już Warp Records można pokusić się o zestawienie najlepszych EP-ek, jakie wydał ten label. Zespoły nagrywające dla tej znakomitej i jednej z najbardziej kluczowych wytwórni w rozwoju muzyki elektronicznej zawsze przykładały dużą wagę do albumów długogrających, ale prawie na równi traktowały krótsze wydawnictwa. Po dłuższym zastanowieniu można dojść do wniosku, że Boards Of Canada mogliby znaleźć się w takim rankingu ze swoim „In A Beautiful Place Out In The Country”, od Squarepushera wyciągnęlibyśmy „Port Rhombus”, a nazwa Aphex Twin pojawiłaby się w kontekście „Come To Daddy”. W przypadku naszego zestawienia, obejmującego szersze spektrum muzyczne, padło jednak na Autechre. „Garbage” to nie tylko idealny początek na zaznajomienie się z twórczością Seana Bootha i Roba Browna. To także małe arcydzieło, które godzi zarówno tych, którzy postrzegają pierwszy etap w twórczości manchesterskiego duetu jako wstęp czy po prostu wprawkę przed prawdziwymi eksperymentami, jak i grono osób, które w sferze muzyki elektronicznej woli raczej statyczne, ambientowe pejzaże niż cyfrowe zniekształcenia. Niniejsza EP-ka łączy prawie wszystkie elementy, które pojawiają się w twórczości Ae. To idealna rozgrzewka przed wielką płytą, jaką jest „Tri Repetae” (która zresztą ukazała się zaledwie kilka miesięcy później). I nawet jeśli otwierający „Garbagemx36” specjalnie Was do siebie nie przekona, to „Vletrmx21” pozwoli na cofnięcie się do bardziej przystępnych „Amber” i „Incunabuli”. Dzięki tej EP-ce wszystkie drzwi do fascynującej twórczości jednego z najważniejszych duetów w muzyce elektronicznej stoją otworem. W którą stronę pójdziecie, jaką ścieżkę wybierzecie – zależy tylko od Was. (pw)

Obrazek pozycja Basic Channel – Radiance (Basic Channel, 1994)

Basic Channel – Radiance (Basic Channel, 1994)

Niemal każda z wydanych na przestrzeni lat 1993-1995 EP-ek Basic Channel zasługuje na miejsce w tym zestawieniu. Katalog berlińskiego labelu to jeden z fundamentów minimal techno i bijące aż do dziś źródło inspiracji zarówno dla licznej kohorty duplikujących ich brzmienie epigonów, jak i artystów w rodzaju Panda Bear czy Junior Boys. Na tle całej serii „Radiance” jest wydawnictwem najbardziej wyciszonym, rezygnującym momentami z radykalizmu metronomicznej pulsacji obecnej chociażby w epatującym zgrzytliwą, acidową brutalnością „Enforcement” czy hipnotyzującym głębokim techno-pulsem „Inversion”. „Radiance I” pulsuje analogowym loopem otoczonym wielokanałową siatką trzasków i pogłosów, promieniując kontemplacyjną psychodelią pozbawioną bitów. „Radiance II” charakterystyczny dla duetu Von Oswald-Ernestus matowy minimalizm przenosi w środowisko podwodne, zanurzając się w pełni w oleistych teksturach pod ciężarem zrewerbowanych basów. W „Radiance III” subtelny dron uzbrajany jest w zmanipulowane efektem echa analogowe muśnięcia syntezatorów podbite delikatną czteroczwórkową pulsacją. Wydawnictwa Basic Channel to pomniki współczesnego techno. Trwalsze niż ze spiżu. (mm)

Obrazek pozycja Belle & Sebastian – Dog On Wheels (Jeepster, 1997)

Belle & Sebastian – Dog On Wheels (Jeepster, 1997)

„Dog On Wheels” z krwistą, hiszpańską melodią trąbki, kilka kartek z pamiętnika „The State I Am In”, shadowsowski motyw przewodni „String Bean Jean”, „Belle & Sebastian” z cytowaniem ziomków z Josef K. Tak, cztery bez żadnej przesady urocze i mądre zarazem piosenki złożyły się na pierwszą EP-kę Belle & Sebastian, wydaną wiosną 1997. Mało który zespół w ciągu ostatniej dekady tak bardzo przejmował się tym formatem. Stuart Murdoch lwią część swoich muzycznych uczuć ulokował jednak w wykonawcach lubujących się w tego rodzaju wydawnictwach – od wczesnego Felt, przez Cocteau Twins, po Field Mice. Czemu akurat „Dog On Wheels”? Wszak to dopiero kolejna EP-ka przyniosła ich bodaj najlepsze nagranie, brawurowy duet Murdocha i Moniki Queen „Lazy Lane Painter Jane”, a wskazanie słabego punktu w długoletniej paradzie czwórek szkockiej grupy nie jest możliwe. Może chodzi o ten pierwszy, nieśmiały raz z „Dog On Wheels”. O to, że ten będący motorem napędowym Belle & Sebastian, zagubiony Szkocik posiadł niezwykłą umiejętność kreślenia w ludzki, niewymuszony sposób charakterów i sytuacji, które przyprawiają o emocjonalne deja vu. O coś stającego Stuartowi w gardle w alternatywnej wersji „The State I Am In”, co sprawia, że i ja mam kłopot z przełykaniem. (ka)

Obrazek pozycja The Beta Band – Champion Versions (Regal, 1997)

The Beta Band – Champion Versions (Regal, 1997)

„Champion Versions” jest w gruncie rzeczy świadectwem procesów twórczych innego zespołu ludzi niż ten, który przez przytłaczająco większą część historii czaił się za szyldem The Beta Band. Nie ma Greentree, jest Duffield, ale tu przede wszystkim chodzi o Andersona. Jest to bowiem jedyny moment, w którym Mason dzielił z kimś władzę nad drużyną, bo co do roli, jaką odgrywała reszta, nie można mieć złudzeń. W każdym razie, choć pozostałe 2/3 „The Three EPs” to dowód, że ewolucja brzmieniowa, której punktem wyjścia była pierwsza EP-ka, przebiegała leniwie i harmonijnie, „Champion Versions” pozostaje unikalnym produktem nie tylko w kontekście kariery zespołu, ale i w skali ogólnej. Co my tu mamy? Cztery piosenki i cztery różne wizje robienia muzyki. Po pierwsze, największy hit The Beta Band, czyli „Dry The Rain”, bohaterka uroczej anegdotki z „High Fidelity”. Tani bit, wieśniackie gitarki, smutno-wesoły tekst i banalna melodia, a na koniec szanty. 10/10. Jakieś pseudo-bluesowe, leniwe coś tam pod numerem drugim, które brzmi jakby napisali to od niechcenia w pięć minut, pomiędzy dojeniem krowy a grą w bierki. „B + A" to taki math-rock dla ograniczonych umysłowo, czyli oparta na repetycji, przeniesiona na grunt muzyczny, próba napisania eseju przy pomocy pierwszych dwóch literek alfabetu, plus doklejona na siłę dzika miazga, od 3:05 na zegarze. Kończy się to wszystko tak, że ja momentalnie widzę wszystkie te arkadyjskie promyczki słońca i dostrzegam nieodgadnioną dobroć ogólną w ludziach, których bym o to nie podejrzewał. Anemiczne bongosy, mantra, skrecze, gitarki, tani beatboxing, pianino, kosmos, Bóg, honor, ojczyzna. Tak – czy jako samoistny byt, czy jako część składowa kompilacji „The Three EPs” – „Champion Versions” zajmuje pierwsze miejsce w ultrasolidnej dyskografii tego zespołu. Ja się naprawdę nie dziwię, że Oasis i Radiohead też chcieli nagrać coś takiego. Gdybym potrafił dawać ludziom radość poprzez muzykę, to chciałbym, żeby była taka, jak na tej tu skromnej EP-ce. (łb)

Obrazek pozycja The Buzzcocks – Spiral Scratch (New Hormones, 1977)

The Buzzcocks – Spiral Scratch (New Hormones, 1977)

Howard Devoto dobrze wiedział, co się święci, gdy razem z The Buzzcocks nagrywał „Spiral Scratch”, a potem odszedł z zespołu w przeddzień wydania EP-ki. Punk miał się skończyć, zanim jeszcze na dobre się zaczął. Łatwo przyszło, łatwo poszło, zbyt szybko się przyjęło – You see there’s nothing behind me / I’m already a has-been / My future ain’t what it was – w ten sposób „Boredom” komentuje degenerację gatunku, który na zawsze miał zmienić oblicze muzyki. Nagrana w 1976, a wydana własnym sumptem w 1977 roku EP-ka z jednej strony wpisuje się w punkową rewolucję; z drugiej jednak zwiastuje jej upadek (oraz początek post-punku), a Devoto stwierdzając, że nie zamierza udawać, że jest głupi, obnaża brak większych wartości płynących z punkowej twórczości, poprzez nietypowe dla ruchu zawarcie w „Breakdown” odwołań do literatury i filozofii (Dostojewskiego i egzystencjalistów). Reedycja z 1979 roku wydana już pod skrzydłami United Artists sprzedawała się jak świeże bułeczki, przede wszystkim dlatego, że sprawdził się pesymistycznie nastawiony do punku scenariusz z „Boredom”, przez co ludzie zobaczyli w „Spiral Scrach” swoisty kamień milowy. The Buzzcocks byli pierwszym brytyjskim zespołem, który pokazał, że jeśli się tylko chce, każdy może wydać płytę bez pomocy wytwórni (zaczątki DIY), oraz że ruch oparty na ignorancji nie jest w stanie się rozwijać. (kmw)

Obrazek pozycja Cocteau Twins – Sunburst & Snowblind (4AD, 1983)

Cocteau Twins – Sunburst & Snowblind (4AD, 1983)

Większość EP-ek, które wchodzą do historii, charakteryzuje esencjonalność. Nie inaczej jest z „Sunburst & Snowblind”, które w ciągu niespełna piętnastu minut prezentuje wszystko to, co Brytyjczycy mieli do zaoferowania w początkowym okresie swojej działalności. Dla osób, które nie będąc fanami Cocteau Twins, lubią posłuchać ich od czasu do czasu, druga EP-ka jest wydawnictwem idealnym. „Sunburst & Snowblind” zostało wydane tuż przed drugim, przełomowym dla grupy albumem „Head Over Heels” i od niej w zasadzie zaczął się triumfalny pochód dream-popu, o którego znaczeniu i żywotności chyba nie trzeba wiele pisać. Na przykładzie wczesnych dokonań Cocteau Twins widać też jak na dłoni, że ten podgatunek więcej ma wspólnego z post-punkiem, niż mogłoby się wydawać, a cały ten „gotyk”, to tylko sposób na jego zabarwienie. Najważniejsza jest jednak chyba najbardziej banalna ze wszystkich kwestii: piosenkowość tych czterech kawałków oczaruje każdego i zanim zdąży znudzić, zaczyna się do nowa. I właśnie – ta fuzja, złapana w idealnym momencie i to jeszcze w wersji skondensowanej jest tym, od czego każdy nieznający ich dyskografii powinien zacząć. Ale takich osób przecież nie ma, prawda? Wszyscy znają Twinsów dzięki rodzicom, wiadomo. (ak)

Obrazek pozycja The Decemberists – The Tain (Acuarela, 2004)

The Decemberists – The Tain (Acuarela, 2004)

Starsi czytelnicy pamiętają (zawsze chciałem tak zacząć tekst), że EP-ka tego dosyć interesującego i wyróżniającego się stylistyką zespołu dostała od nas przysłowiową dychę. I ciężko się do tej oceny odnieść – z jednej strony nie jest to aż taka czołówka, z drugiej trzeba przyznać Witkowi Wierzchowskiemu, że niełatwo byłoby cokolwiek na tym epickim (nomen omen) krążku zmienić. W drodze fascynacji tą płytą zaopatrzyłem się nawet w archiwalny numer „Literatury Na Świecie” rozkładający celtycki poemat na części pierwsze. Oczywiście nigdy go nie przeczytałem, więc mogę tylko spekulować na temat treści. Pięć części, pięć piosenek czy bardziej utworów, to prawdziwa gra na emocjach, wciągająca słuchacza w liryczny świat historii. Najważniejsze momenty to z pewnością część czwarta, w której niewysłowienie słodki głos wdowy nuci nam przepiękną balladę-bajkę oraz początkowa fraza części piątej. Darling dear, what have you done? / Your hands and face are smeared with bloooood! – dziwi się z przejęciem i trwogą w głosie Meloy, którego można nie lubić i uważać za pretensjonalnego tandeciarza, ale w tym celowo patetycznym świecie pasuje jak nikt inny. Dajcie się ponieść tej bajce, ci ludzie nie są z tej epoki. (kjb)

Obrazek pozycja Disco Inferno – Summer’s Last Sound (Cheree, 1992)

Disco Inferno – Summer’s Last Sound (Cheree, 1992)

EP-kowy rozdział kariery Disco Inferno to połowa historii tego wizjonerskiego bandu, o którym pamięta dziś kilku zapaleńców na krzyż. Być może jakimś cudem należycie do nich. Skatowaliście „D.I. Go Pop” i nie znajdujecie słów na to, jak *antymuzyka* może sprawiać tyle przyjemności. Słyszeliście przystępniejsze „Technicolour” i zdziwiła Was obojętność Angoli na takie melodie jak „I’m Still In Love”. OK. Ale tak naprawdę nie znacie najlepiej skrywanej dumy Essex, dopóki nie posłuchacie EP-ek. Szokiem jest wyłaniający się z chaosu poziom innowacyjności każdej z tych pięciu płytek, gdzie D.I. znaleźli miejsce na brutalny noise’owo-shoegazingowy kolaż „D.I. Go Pop”, idealny neworderowski pop „The Last Dance”, mistrzowski sampling „It’s A Kid’s World” lub klejenie bitu z odgłosów pstrykającego aparatu w przepięknym „Second Language”. Disco Inferno dekonstruowali czy, mówiąc po ludzku, psuli ładne piosenki w najgenialniejszy ze sposobów; nigdy wcześniej też melorecytacje nie brzmiały tak melodyjnie jak zimny, brytolski wokal Iana Crausego (coś jakby Mike Skinner wymyślał post-rock). Strach pomyśleć, że kiedy nagrywali „Summer’s Last Sound” i „Love Stepping Out”, średnia wieku w zespołu ledwie dobijała do dwudziestki. Trudno też uwierzyć, że to właśnie tu usłyszymy owoce pierwszych zmagań Crausego z samplerem. Na ich przełomowego extended-playera składają się raptem dwie kompozycje o sumie dwunastu minut: eteryczne, przepraszam, ale naprawdę eteryczne, ulotne, niebiańskie ilustracje końcowoletniej zadumy. Ale unikatowa umiejętność kreowania zażyczonego nastroju to tylko jeden z długiej listy ich atutów, która wyje: where is the love for Disco Inferno?! (ka)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także