Relacja z Glastonbury Festival 2008

Dzień pierwszy, 27.06.2008

Relacja z Glastonbury Festival 2008 - Dzień pierwszy, 27.06.2008 1

Tegoroczny festiwal otworzyła najnowsza ulubienica brytyjskiej publiczności, gwiazda ery MySpace – Kate Nash. Zaczęła z rozmachem, jednak trudno było nie odnieść wrażenia, że cała bogata otoczka jej występu miała za zadanie zamaskować jej wokalne niedostatki. Ale przynajmniej było na co popatrzeć: na scenie tańczyła spora drużyna szkieletów, w najbardziej dynamicznych momentach wszyscy muzycy łapali za perkusyjne pałeczki i uderzali nimi w co się da, a sama młoda – i ewidentnie trochę speszona całą sytuacją – gwiazda śpiewała ukryta w gigantycznej morskiej muszli. Ten występ na Pyramid Stage – najważniejszej scenie festiwalu – to zdecydowanie nie było nic wielkiego, aczkolwiek na preludium całego festiwalu nadawało się znakomicie.

Nie oglądałem go jednak zbyt długo, bo pobiegłem na Other Stage, żeby zobaczyć choć kilka minut występu Amerykanów z Be Your Own Pet Tymczasem okazało się, że wypadli z programu, wiec załapałem się na dwa ostatnie utwory Skandynawów z nowej, obiecującej kapeli Ida Maria. Wokalistka grupy przechodziła samą siebie, miotając się po scenie i wrzeszcząc, że woli, gdy ona i jej towarzysz są nago. Chwila przerwy i na tej samej scenie zamontowała montuje się nowa nadzieja brytyjskiego rocka, The Rascals. Niestety koncert udowodnił to, co wiadomo było już po przesłuchaniu debiutanckiej płyty tej grupy – wspólne występy wokalisty z Alexem Turnerem w składzie projektu Last Shadow Puppets pozostają jego najważniejszym osiągnięciem, bo z własną kapelą już tylko kopiuje dokonania innych, bez specjalnej energii i pomysłowości.

Szkoda czasu, wróciłem wiec pod Pyramid Stage, gdzie odbywało się właśnie prawdziwe otwarcie festiwalu – koncert zespołu The Subways. Muzycy wrócili po trzech latach z nową płytą i już dziś wiadomo, że znów będą wielcy: publiczność kocha ich proste, przebojowe utwory, sceniczną energię i bezpretensjonalne zachowanie. Wokalista grupy unosił się na tej miłości podczas koncertu bardzo wysoko: natychmiast nawiązał kontakt z widzami i szalał na scenie, budząc głośny aplauz. Teraz dopiero można było uznać festiwal za rozpoczęty.

Pobiegłem więc do wielkiego namiotu, gdzie ulokowana została scena Johna Peela. Właśnie zaczął się tam koncert grupy Glasvegas, typowanej na wschodzącą gwiazdę indie. I typowanej całkiem słusznie – zespół wypadł znakomicie, nawet jeśli jego mroczna muzyka kompletnie nie pasuje do wczesnopopołudniowej pory, o której grali. Wygląda na to, że bolesna luka po Jesus And Mary Chain została właśnie bardzo skutecznie wypełniona.

Wracam pod Other Stage, żeby zobaczyć kilka minut występu Vampire Weekend – nowojorczycy zabrzmieli bardzo dobrze i zdawali się świetnie rozumieć z brytyjską publicznością. Obiecałem sobie posłuchać trochę więcej ich piosenek jutro i pobiegłem z powrotem do namiotu, gdzie właśnie kończył swój występ Hadouken! Zaprezentowali się raczej słabo – dużo było hałasu, mało dobrych pomysłów, a spora dawka energii zdawała się uciekać w gwizdek. Żeby udowodnić swoja renomę następców Prodigy, muzycy zagrali nawet cover tej grupy, co wydało się dość żałosne.

Kolejny wykonawca na tej scenie to Lightspeed Champion – Dev Hynes i jego na poły akustyczne ballady – na koncercie brzmiące dużo ostrzej niż na płycie – przyciągają uwagę, ale na zbyt krótko, by cały występ mógł mnie poruszyć. Dobre wrażenie zrobił za to koncert Young Knives – zespołu trochę chyba niedocenionego poza ojczyzną, a w Anglii – sądząc po bardzo gorącej reakcji publiczności – coraz bardziej popularnego.

Pobiegłem pod Pyramid Stage, żeby zobaczyć choć fragment koncertu grupy The Gossip. A właściwie – nie oszukujmy się – Beth Ditto, bo to ona przecież przyciąga najwięcej uwagi. I rzeczywiście – gwiazda potwierdziła wszystkie plotki i opinie na swój temat: miała mnóstwo energii, wypluwała z siebie radykalne hasła i głośno bekała, nawet nie próbując przepraszać. Cały czas wyśmiewała się też z Jaya-Z, który miał wystąpić na tej samej scenie następnego dnia. Zrobiła także ukłon w stronę nieobecnych na festiwalu muzyków z zespołu The Long Blondes, śpiewając a cappella „Giddy Stratospheres” – największy chyba przebój grupy z Sheffield, która miała wystąpić na Glastonbury, ale musiała odwołać swój koncert z powodu choroby jednego z członków zespołu.

Ale trzeba było już biec pod John Peel Stage, bo tam właśnie zaczynała swój występ grupa The Ting Tings, jeden z najbardziej oczekiwanych tu tego dnia zespołów, typowany na wielką gwiazdę brytyjskiej sceny indie. Tym koncertem duet potwierdził wszystkie pokładane w nim nadzieje – na żywo okazuje się równie przebojowy i oryginalny, co na debiutanckiej płycie, a demoniczna wokalistko-gitarzystka, Katie White, wyrasta w bardzo szybkim tempie na jedną z najbardziej barwnych postaci brytyjskiego indie.

Ale dość zachwytów, bo na innej scenie zainstalowali się właśnie muzycy grupy, którą po absolutnie genialnym nowojorskim koncercie sprzed kilku miesięcy koniecznie chciałem znów zobaczyć na żywo. Chodzi o zespół Foals, który na żywo sprawdza się o wiele lepiej niż na niezbyt niestety udanej debiutanckiej płycie. I rzeczywiście – okazało się, że przed publicznością Foals to prawdziwa potęga: muzycy szaleli do morderczych rytmów swych kolejnych kompozycji, porywając tym widzów już od pierwszych taktów.

W drodze powrotnej na Pyramid Stage zajrzałem jeszcze na chwilę do obu, znajdujących się tuż obok siebie, namiotów, w których serwowano muzykę taneczną. Moment był szczególnie trafiony, bo w obu grały ciekawe zespoły. Najpierw Infadels – zdążyłem na świetny moment, jeden z tych utworów, w których zespół pokazuje się ze swej nieco poważniejszej i dojrzalszej strony. Ale zaraz potem zaczęło się dziecinne granie do tańca, przeskoczyłem więc na drugą stronę jednego z najważniejszych traktów, przecinających teren festiwalu, by w drugim namiocie zerknąć na kilka minut występu nowojorczyków z Hercules And Love Affair. Nie przyjechał z nimi oczywiście Antony Hegarty, co akurat było wiadomo już z założenia. Zaprezentowali się za to w mocnym, wieloosobowym składzie, z dwiema wokalistkami i żywą sekcją dętą, generując bardzo stylową, dojrzałą, dzisiejszą wersję klasycznego, wyrafinowanego disco.

W ramach odpoczynku od tanecznych rytmów na największej festiwalowej scenie popatrzyłem na fragment występu zespołu Editors. Mam szczęście do tej formacji – miałem okazję oglądać ją na żywo już wiele razy, a jej członkom zawsze udawało się mnie zachwycić. Nie inaczej było i tym razem – monumentalne kompozycje z drugiej płyty zabrzmiały znakomicie, a wokalista zespołu, Tom Smith, niemal magnetyzował publiczność. Z rozbawieniem dostrzegłem jeszcze kątem oka, że gitarzysta zespołu Chris Urbanowicz zmienił nieco styl ubierania i wygląda dziś jak, wypisz wymaluj, Carlos Dengler z Interpolu kilka lat temu. Zaraz musiałem już jednak biec pod scenę Johna Peela, żeby zobaczyć chociaż sam początek występu nowojorczyków z MGMT – ostatnio chyba jednej z najbardziej chwalonych młodych grup z tego miasta. I rzeczywiście, jest ich za co chwalić – już pierwsze takty porywają publiczność do tańca. Niestety, to co działo się przy największych przebojach zespołu muszę sobie już tylko wyobrazić. Nie usłyszałem ich ani w piątek, ani w sobotę, gdy zespół występował powtórnie. To był jeden z największych dylematów tego dnia: wybór miedzy dwoma smakowitymi zespołami z Nowego Jorku.

Drugim był We Are Scientists, który, swoją drogą, bardzo mnie rozczarował podczas ubiegłorocznego festiwalu Siren. Jednak postanowiłem dać im drugą szansę. Okazał się to być dobry pomysł i słuszny wybór. Muzycy wypadli bowiem wspaniale. Nie tylko kompozycje z drugiej płyty, które zdołały mi się już nieco bardziej osłuchać niż wówczas, wypadły imponująco, ale muzycy zadziwiali jednocześnie genialną umiejętnością nawiązania kontaktu z publicznością oraz znakomitym poczuciem humoru. Ich żarty i świetna, przebojowa muzyka, przyciągnęły moją uwagę tak bardzo, że zostałem pod Other Stage aż do końca tego znakomitego koncertu. Potem jeszcze tylko chwila dla bardzo nieciekawego występu zespołu The Enemy i już trzeba było biec na najbardziej oddaloną festiwalową scenę – Park Stage. Właśnie tam miał się odbyć secret show jednej z największych gwiazd brytyjskiej sceny rockowej. Do końca nie było wiadomo, czy kursujące wcześniej po festiwalowym terenie plotki się potwierdzą, ale kiedy technicy wnieśli na scenę skrzynki z instrumentami, na których widniała nazwa zespołu, nie było już najmniejszych wątpliwości – to Franz Ferdinand. Wchodząc na scenę muzycy przywitali się kpiarskim okrzykiem: „niespodzianka!” i rozpoczęli swój krótki, ale bardzo dynamiczny występ. Przy takich przebojach jak „Matinee” czy „Take Me Out” publiczność bawiła się znakomicie.

Ale dość tego, trzeba było biec pod Pyramid Stage, gdzie właśnie zainstalował najważniejszy zespół tego wieczoru – Amerykanie z Kings Of Leon. Niestety, nie mogą tego występu zaliczyć do najbardziej udanych, nie było w nim zbyt wiele energii i emocji. Nie zostałem więc tam zbyt długo, wpadając na sekundę pod Other Stage, żeby przekonać się, że muzycy grupy Panic! At The Disco o wiele lepiej zdają się czuć w swych starszych, emo-rockowych kompozycjach niż w najnowszych, beatlesowskich piosenkach. Ale tak naprawdę zmierzałem zupełnie gdzie indziej – na rozpoczęty kilka minut wcześniej koncert The Cribs, kończący ten dzień na scenie Johna Peela. Był to znakomity pomysł, ponieważ występ okazał się jednym z najgorętszych, a może nawet najbardziej emocjonującym elementem bogatego programu tego dnia. Trzech chłopaków śpiewających z prawdziwą desperacją w oczach swoje punkowe piosenki o depresji mieszkania w prowincjonalnym miasteczku naprawdę robiło wrażenie. Jak zawsze. Ilekroć udało mi się ich zobaczyć na scenie, zawsze szokowali energią i żywiołowością. Tym razem nie było inaczej – w poszczególnych piosenkach było tyle pasji, że można by ją było podzielić między co najmniej kilka innych, występujących tego dnia, zespołów. Nie zabrakło też momentów w zupełnie nieplanowany sposób zabawnych – choćby tego, gdy panowie próbowali pod koniec koncertu rozrzucić po scenie instrumenty i resztę sprzętu, ale czujni techniczni, natychmiast ustawiali je z powrotem na miejscu. Muzycy dali więc spokój i zagrali ostatni utwór – niezwykle przejmującą wersję porywającego utworu „Be Safe” z głosem Lee Ranaldo z Sonic Youth, wyemitowanym z taśmy.

I to byłoby znakomite zakończenie pierwszego dnia na festiwalu, gdyby coś nie podkusiło mnie, żeby jeszcze raz wspiąć się na wzgórze, gdzie mieściła się Park Stage, by zobaczyć solowy występ Pete’a Doherty’ego. Nie spodziewałem się co prawda, że będzie inaczej, ale jednak skala żenady zaskoczyła mnie dość poważnie. Muzyk, który właśnie wyszedł z więzienia, zupełnie bez klasy odcinał kupony od swej legendy, grając akustyczne wersje utworów własnych i tych, które wszyscy znają z repertuaru The Libertines. To było smutne widowisko, wolałem więc raczej zapamiętać ten wieczór przede wszystkim dzięki rewelacyjnemu występowi braci Jarmanów.

Przemek Gulda (21 lipca 2008)

Relacja z Glastonbury Festival 2008:

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także