The Cure (1989-2008)

Zdjęcie The Cure (1989-2008)
Zdjęcie Disintegration

Nie ukrywam, że tej płycie, uznawanej powszechnie za najlepsze dokonanie The Cure, zawdzięczam bardzo wiele. O tym można jednak pokrótce przeczytać w innym miejscu, tutaj skupię się na samych faktach i dźwiękach. Krążek, który Robert Smith sprezentował sobie na trzydzieste urodziny, kontynuował motyw dobrze znanych z „Faith” i „Pornography” prób okiełznania własnych demonów. Nic zatem dziwnego, że mamy tutaj wymienione bardzo konkretne fobie i obawy: przed pająkami („Lullaby”), przed niewykorzystanymi szansami („Pictures of You”), przed rozczarowaniem („Last Dance”)... Dość powiedzieć, że nawet ślubny prezent dla Mary Poole w postaci „Lovesong” (to zresztą jedyna stricte piosenkowa forma obecna na tej płycie) brzmi bardziej jak pożegnanie ukochanej, niż jak typowe wyznanie miłości.

Inną niezwykle istotną kwestią, która trapiła Smitha i The Cure podczas prac nad następcą „Kiss Me Kiss Me Kiss Me”, był zaawansowany alkoholizm Lola Tolhursta, niegdysiejszego perkusisty, a później klawiszowca grupy. Nastroje obecne w zespole miały niewątpliwie przełożenie na ostateczne brzmienie albumu: atmosfera rozgoryczenia, złości i niesformułowanych żali jest wyczuwalna na całej płycie. Czy Tolhurst miał jakiś większy wkład w kształt „Disintegration”? Sam zainteresowany wspominał w wywiadach, że pamięta niektóre przyniesione przez siebie pomysły, a we wkładce jest on opisany jako odpowiedzialny za inne instrumenty, jednak tajemnica poliszynela mówi, że Lol na sesjach nagraniowych... po prostu był.

Dawno temu stwierdziłem, że shoegaze zawdzięcza The Cure co najmniej tyle, co The Jesus and Mary Chain – wówczas dowodem na tę tezę było dla mnie nawet nie „Open” z „Wish”, czy remiksy „Vapour Trail” Ride, których dokonał Smith, ale przede wszystkim dziewięć i pół minuty powolnego nurkowania „The Same Deep Water as You”. Powracając do „Dezintegracji” ze świadomością dobrych słów, jakie na wysokości „Wish” lider The Cure kierował do Curve, Lush czy Ride właśnie, trudno nie zauważyć znaczenia wielowarstwowości kompozycji zgromadzonych na ósmym krążku grupy: plamy klawiszy, silnie obecne w każdym utworze, jednak wychodzące na pierwszy plan szczególnie w „Plainsong” i „Closedown”, mocno zaakcentowany bas (najjaśniejszym przykładem jest, oczywiście, „Fascination Street”) oraz obficie używane pogłosy, chorusy i flangery, a także efekt odwróconej taśmy („Prayers For Rain”) są preludium do ściany dźwięku, którą już za dwa lata zaatakuje słuchaczy Kevin Shields na „Loveless”.

Kwintesencją „Disintegration”, centralnym punktem albumu, fabularną osią, wokół której krąży całość, jest oczywiście kompozycja tytułowa. Podobno Smith nagrywał wokale do tego utworu co najmniej dziesięć razy, zanim uznał efekt za zadowalający: za każdym razem, gdy wybrzmiewa fragment so it's all come back round to breaking apart again / breaking apart like I'm made up of glass again, ja i dreszcze na moich plecach jesteśmy w stanie w to uwierzyć.

Dwie ostatnie kompozycje od zawsze przysparzały mi wiele problemów – od pierwszego zetknięcia z tą płytą jestem zdania, że to „Dezintegracja” powinna kończyć „Dezintegrację” – ale smutno-rozczarowany „Homesick” to kompozycja, która doskonale pokazuje ostateczny brak nadziei, tak dobrze wyczuwalny na całym albumie, że musiał się znaleźć na końcu. Snuje się on, nie mogąc dla siebie znaleźć miejsca i nie wiedząc już, jak się poruszać i co ze sobą zrobić. Podobnie zastanawiająca jest dla mnie decyzja o umieszczeniu „Untitled” jako koniec strony B (sam widziałbym go w okolicach „Last Dance”), jednak przez swoją swoistą jasność względem reszty płyty trudno byłoby umiejscowić gdzieś wcześniej. Dźwiękowo „Untitled” jawi się jako jakiś promyk lepszego jutra, ale tekst opowiada o czymś zupełnie innym: o bezsensownej walce oraz niezapełnionej pustce. Właśnie taką płytą jest „Disintegration”: przeraźliwie smutną tekstowo, ale przez to przepiękną brzmieniowo. (Marcin Małecki)

Ocena: 8

Wish

1992

Zdjęcie Wish

Wkładka o The Cure, jaka ukazała się w historycznie trzecim „Tylko Rocku”, z listopada 1991 roku, kończy się na tamten moment – zdaniem autorów – bardzo niefortunnie. Litania zarzutów kierowanych w stronę ostatniego w ówczesnej dyskografii „Disintegration” zdaje się nie mieć końca: Robert rzekomo zajada się więc w najlepsze własnym ogonem, emocjonalnie zatrzymuje się na etapie nastolatka i perfidnie schlebia gustom młodzieży. Głęboki osobisty dramat z „Pornography” zastępuje tylko melancholia. No i ten dźwięk, zdominowany elektronicznym brzmieniem syntezatorów. – Nie kocham tego instrumentu – pisze Krzysztof Celiński. – Od czasu gdy pojawił się na scenie, wypaczył dużo dobrej muzyki i tym samym spowodował stępienie naszej wrażliwości słuchowej. Każdy może wszystko na nim zagrać, a ta łatwość powoli zabija muzykę. Słowem: tragedia.

Moje dostępne na podorędziu archiwa nie pozwalają wprawdzie na kontynuację researchu, ale ciąg dalszy, w postaci wydanego kilka miesięcy później albumu „Wish” powinien okazać się dla tych malkontentów choć po części szczęśliwy. Przynajmniej dla pana Krzysztofa, w świetle powyższego cytatu, albowiem płytę wyraźnie zdominowały brzmienia gitarowe. Następstwo delikatnych przesunięć w składzie? Zapewne, ale niewykluczone że swoje zrobił tu też swoisty boom fali shoegaze’u. „Wish” zwykło się wszak uznawać za najjawniej zapatrzony w ten podgatunek album grupy, specyficzny moment, w którym prekursorzy dają się zainspirować wtórnie (w tym przypadku: no diss), w sprytny sposób zyskując tym samym na odświeżeniu formuły. Shoegazowe tropy słychać zatem przede wszystkim w przestrzennym brzmieniu momentów cięższych, najmroczniejszych („Open”, „From the Edge of the Deep Green Sea”, „Cut”, „End”). Inna bajka to dużo „jaśniejsze” single: jadące na neworderowym patencie „High” (zwracam uwagę szczególnie na to przejęcie roli głównego riffu przez bas), perfekcyjny gitarowy przebój pop w postaci „Friday I’m in Love” (skojarzenia z „Just Like Heaven” jak najbardziej na miejscu), w końcu „A Letter to Elise”, wyjęte jakby wprost z „Disintegration”. Model konstrukcyjny utworów znany z poprzedniej płyty wraca tutaj zresztą dużo częściej. Powoli obudowujące się kolejnymi warstwami instrumentów ballady po raz kolejny wygrywają tutaj swoimi pomysłowymi partiami. Najbardziej „ponuracka” (a zarazem najpiękniejsza) odsłona albumu („Apart”, „Trust”, „To Wish Impossible Things”) to zestaw wspaniale zaaranżowanych snujów pełnych zapamiętywalnych motywów, które to nieśpiesznie – jakoby wbrew tytułowi poprzednika – integrują się przy świadkach w przejmujące swoim dramatyzmem kompozycje.

Utyskujący na brak świeżości redaktorzy „Tylko Rocka” nie mogli być więc do końca usatysfakcjonowani. „Wish” składa się wszak na cały program wycieczek po znanych, bo odwiedzanych już wcześniej przez Smitha i spółkę terytoriach. Spowite mrokiem klimaty depresyjne, sentymentalne pejzaże, kilka pogodniejszych strzałów – wszystko znamy. Ale też lubimy, szczególnie w wydaniu tak solidnym, jak na tym albumie. Nieprzypadkowo uważanym powszechnie za ostatni z klasycznych w dyskografii The Cure. (Jędrzej Szymanowski)

PS. Żeby wzmocnić happy end, z kronikarskiego obowiązku dodajmy jeszcze, że czas zrobił swoje i ostatecznie Wieśki przeprosiły się z Robertem. W powtórce wkładki, przygotowanej na potrzeby odrodzonego po latach „Teraz Rocka”, ocena „Disintegration” wzrosła z trzech do maksymalnych pięciu gwiazdek, zaś „Wish” (ciekawostka: ulubiona płyta W. Weissa z dorobku Kjurów), otrzymała notę czterogwiazdkową. (js)

Zdjęcie Wild Mood Swings

W jednym z wywiadów Robert Smith stwierdził, że „Wild Mood Swings” to jeden z jego ulubionych krążków The Cure. Wysyłam mu wirtualną piątkę. Jedną z moich ulubionych cech tego typu przeglądów jest gra z utartymi, dawno ustalonymi, wręcz dogmatycznymi twierdzeniami – do jednych z nich można zaliczyć pogląd, iż ów album to najsłabszy bądź jeden z najsłabszych albumów brytyjskiej kapeli. Krytycy mieli co prawda mieszane uczucia – narzekali na kiepską produkcję (momentami – owszem) i zbyt duży rozstrzał stylistyczny (toż to zaleta!) – jednak to fani, chciałoby się rzecz tradycyjnie, wznieśli zawartość krążka do miana obrazy (uczuć religijnych), atakując go od strony zbytniej rozwlekłości, stylistycznego rozstrzału (choć przecież już wcześniej mieliśmy do czynienia z albumami-kolekcjami „The Top” czy „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me”), czy zbytniego silenia się na popowość. W efekcie uczynili „Wild Mood Swings” najsłabiej sprzedającym się krążkiem w dyskografii The Cure, co jest tym bardziej dojmujące, gdy weźmiemy pod uwagę, iż jego poprzednik – „Wish” – święcił na triumfy na listach sprzedaży.

Okoliczności powstawania albumu również nie rokowały najlepiej: skład opuścili Porl Thompson i Boris Williams – odpowiednio gitarzysta i perkusista zespołu – zaś Simon Gallup w wyniku problemów zdrowotnych musiał udać się na rekonwalescencję. Z trzonu zespołu ostali się zatem Smith i klawiszowiec Perry Bamonte; panowie postanowili sobie jednak pofolgować i zamienili sesję nagraniową w niczym nieskrępowaną wycieczkę po świecie muzyki popularnej. „Wild Mood Swings” w efekcie tryska pomysłowością, a autorzy jawią się nam muzycznymi erudytami, zgrabnie lawirując pomiędzy gatunkami, tworząc wybuchowy koktajl brzmień. Otwierający album „Want” brzmi jeszcze jak dalsza eksploracja patentów obecnych na „Wish”, choć jest wzbogacony o wszędobylskie na płycie smyki i rzadko pojawiające się w repertuarze kapeli pasażyki organów. Drugi indeks to już brawurowa podróż do krainy neo-psychodelii z ofensywną perkusją i wwiercającym się w głowę riffem, a to dopiero sam początek.

Później dochodzi do pochodu albumowych singli. Salsowy, uderzający frywolną atmosferą i zabawiający kuriozalnym frazowaniem Smitha „The 13th” manifestuje ogromny dystans do własnego wizerunku – w momencie wydania numer ten niezwykle szokował i bardzo głęboko zranił uczucia twardogłowej fanbazy. Następny utwór w kolejce to The Cure w wydaniu sophisti-pop: „Strange Attraction” to melodyjny kawałek z dzwonkowymi inkrustacjami, i typowo eightisowym reverbem na werblu. Największe wrażenie robi na mnie jednak – wyjęty niczym ze sztambucha The Boo Radleys – promienny „Mint Car”, mieniący się całą paletą emocji, bezpretensjonalny letniaczek, godny miana jednego z największych przebojów zespołu. Dalej wcale nie jest gorzej: „Jupiter Crush” antycypujący całe uniwersum indie rocka, na czele z brzmieniem „Moon & Antarctica” Modest Mouse (produkcja!) czy harmonicznie powalającą balladowością Sunny Day Real Estate na „How It Feels To Be Something On”.

Gdyby zastąpić kilka mniej udanych strzałów, takich jak mdła, fatalnie wyprodukowana ballada „This Is a Lie”, leniwe, ciągnące się, pozbawione dynamiki „Numb” czy zwyczajnie generyczne „Trap”, b-side’ami takimi jak intymny, delikatny „Ocean”, porywający, żwawy „Pink Dream” czy obecny na japońskiej edycji bonus track „It Used To Be Me”, otrzymalibyśmy wysokiej jakości pop czerpiący z wielu pozornie nieprzystających do siebie źródeł. Niemniej nawet i bez tego sprawiedliwie należy oddać, że pomimo okoliczności „Wild Mood Swings” to zbiór naprawdę solidnych, różnorodnych piosenek, niesłusznie zepchnięty przez fanowski elektorat w odmęty zapomnienia. (Patryk Weiss)

Zdjęcie Bloodflowers

Przy okazji pogawędki dotyczącej tego przeglądu, redaktor Małecki powiedział coś, co bardzo ładnie streszcza dla mnie fenomen popularnych Kjurów: najlepsze w nich jest to, że każdy może lubić inny zespół. Nie przestaje mnie dziwić, jak za pochodzącymi z muzycznych antypodów nagraniami może stać ten sam człowiek: gdzież posępnym, monotonnym nagraniom okresu 1980–1982 do słonecznych, radosnych, a czasem wręcz skocznych fragmentów, powiedzmy, „Wild Mood Swings”. I tak jak mamy w redakcji fanów okresu ciemnego, tak dla mnie, zdeklarowanego poptymisty, muzyczny peak stanowią te, często pomijane fragmenty dyskografii, jak „The Top”, „The Head on The Door” czy „Wild Mood Swings”. Niemniej, zgłaszając się do opisu „Bloodflowers” wywołałem wewnętrznego smutasa – i to tego najgorszej maści, bo sentymentalnego.

Jeżeli bowiem muzyka bywa wehikułem czasu, to w moim przypadku jednym ze skuteczniejszych paliwek tej lokomotywy jest właśnie ów album. Album-objawienie dla nastoletniego fana Myslovitz, Travis i łotewskiego one-hit wonder Brainstorm z piosenką „Maybe” (wiem, były jeszcze ze dwa znane numery). Po kryjomu zwędzona bratu kaseta towarzyszyła mi przez kilka późnych wieczorów z rzędu, stanowiąc soundtrack do młodzieńczego roztkliwiania się nad nieokiełznanym jeszcze światem uczuć. Spektrum emocji, które rozpościerał przede mną Smith – nie tylko swoim głosem, ale i muzyką – było w porównaniu do innych znanych mi artystów niczym autostrady (które obiecywano w telewizji) wobec wertepowych, lokalnych dróg (które znałem z autopsji). Zaprzyjaźniłem się z ową dojmującą melancholią, spleenem fin de siècle jeszcze na długo (później dowiedziałem się, że młodziutki Smith także czuł się staro i źle, co mnie dziś pociesza). Trzymałem w szufladzie ów skarb na okazję każdej dramatyczniejszej chwili w życiorysie. Projektowałem kolejne sytuacje, by móc jeszcze głębiej zanurzyć się w owej egzaltacji, by ostatecznie zrozumieć Roberta w całej tej emocjonalnej degrengoladzie.

Wiele lat minęło odkąd odpaliłem „Bloodflowers” od dechy do dechy i dziś z ręką na sercu muszę przyznać, że jest to cudna kolekcja piosenek. Abstrahując od emocjonalno-nostalgicznych poruszeń (chociaż na „There is no if...” wciąż lekkie ciarki), na tym krążku Robert z ekipą udowadniają, że byli w stanie jeszcze raz wymyślić siebie na nowo, nie tracąc jednak z oczu składników stanowiących o tożsamości zespołu. Co prawda daleko pada „Bloodflowers” od klasycznego brzmienia The Cure, znacznie bliżej zaś etapu ninetisowego – oscylującego już nie wokół brzmień post-punkowych, synth- czy janglepopowych, a nieco przeciągniętych delikatnie shoegaze’ujących suit („Out of This World”, „39”), których nie powstydziłoby się wczesne The Verve, Starflyer czy Swervedriver oraz dreampopowych ballad („Last Day of Summer”, „The Loudest Sound”). Skwapliwie pielęgnując to, co w takim anturażu stanowi o jakościowej przewadze – czyli potraktowanych z pietyzmem, chwytających za serce hooków. Wyjątek stanowić może tutaj wprost nawiązujący do klimatu przestrzennego brzmienia klasycznego „Disintegration” utwór tytułowy.

Krytycy często zwykli wspominać o domknięciu ciemnej, depresyjnej trylogii („Pornography” – „Disintegration” – „Bloodflowers”). Moim zdaniem mieli oni jedynie połowiczną rację. Owszem, w warstwie lirycznej jest to album nad wyraz fatalistyczny, jednak kompozycje posiadają wysokie stężenie urody dostarczając równie wiele przyjemności. Oparte w większości na gitarze akustycznej i otulających melancholią, subtelnych progresjach akordów, stanowiących podkładkę pod najładniejsze od czasów „Disintegration” melodie: zarówno te wokalne Smitha, jak i rozciągane na długie minuty sekwencje gitar i syntezatorów. „Bloodflowers” pomyślane jako ostatni etap na drodze artystycznej Kjurów stanowiłoby przepiękne zamknięcie dyskografii brytyjskiego zespołu – niestety, Smith i spółka pewnie nie słyszeli „Niepokonanych” i stało się to, co następuje… (Patryk Weiss)

Ocena: 5

The Cure

2004

Zdjęcie The Cure

Do przedostatniej płyty z dorobku The Cure można podchodzić jak pies do jeża i trudno się temu dziwić. Już sama okładka, minimalistycznie brzydka, rysowana dziecięcą ręką, nie zapowiada niczego ciekawego.

W 2004 roku Smith z ekipą próbowali dogonić odjeżdżający im rynek muzyczny, przez co płyta muzycznie kojarzy się ze średnią gitarową alternatywą wczesnych lat dwutysięcznych. Nie jest to jednocześnie zjadanie własnego ogona, ponieważ nigdy nie słuchaliśmy The Cure grających w takim stylu. Oczywiście, zespół na „self-titled” rozmienia się na drobne, ale nadal robi to na swój sposób oryginalnie i poniekąd zaskakująco. Najlepszym dowodem na to jest „The Promise” – ponaddziesięciominutowa epicka, wbijająca w fotel suita, podczas której muzycy udowodniają swój techniczny kunszt. Chociażby dla tego kawałka warto przesłuchać dwunastą płytę The Cure.

Walka ze starością, próba przezwyciężenia czasu – to główne motywy, jakie Smith porusza w tekstach na „self-titled”, odnosząc się jednocześnie do swoich największych lirycznych dokonań. Czy to wystarcza, aby z czystym sercem polecić tę płytę? Niestety nie. Tylko najwięksi fani docenią wygasający blask The Cure, reszta powinna sprawdzić któryś z klasycznych albumów z lat osiemdziesiątych. (Tomasz Ciesiółka)

Ocena: 4

4:13 Dream

2008

Zdjęcie 4:13 Dream

Ostatni album The Cure to najgorsza płyta w ich dyskografii. Na tym mógłbym zakończyć ten tekst i iść spać. Kultura każe nam jednak sprawdzać dokonania wielkich zespołów nawet w ich najsłabszych momentach.

Na „4:13 Dream” znajdziemy zatem trzynaście przeciętnych i nijakich utworów. O ile jeszcze na poprzednim longpleju zespół potrafił przedstawić jakieś warte uwagi utwory, tak tutaj jesteśmy w stanie wyłapać jedynie pojedyncze momenty: pijaną gitarę prowadzącą w „Sirensong”, która przywodzi na myśl dorobek Cocteau Twins, czy też quasi-stadionowość refrenu „The Reasons Why”. Takie dobre chwile można policzyć na palcach obu rąk. Oprócz tego album z 2008 roku razi głównie swoją produkcją. Pamiętacie znaki rozpoznawcze The Cure: miażdżące partie basu Simona Gallupa, przeszywający wokal Roberta Smitha, ciężkie gitary? To dobrze, że pamiętacie, bo ich tu nie usłyszycie. „4:13 Dream” jest fatalnie wyprodukowane i płaskie, co oczywiście nie służy dobrze kompozycjom. Dawno nie słuchałem płyty tak bardzo nijakiej.

Jestem zdania (w którym zapewne nie jestem osamotniony), że The Cure powinno skończyć się na „Bloodflowers”. Ten album stanowiłby idealny koniec dla zespołu Roberta Smitha. Dwie ostatnie pozycje w ich dyskografii po prostu istnieją. „4:13 Dream” na dodatek jest wtórne i nudne, będąc pierwszym w historii zespołu rzeczywistym odcinaniem kuponów od dotychczasowej sławy.

Podobno w 2019 roku dostaniemy nowy album The Cure. Pytanie tylko, czy potrzebujemy nowych Kjurów? Ja z pewnością nie: mi wystarczy dyskografia z XX wieku, bo wtedy byli zespołem nie do zdarcia. (Tomasz Ciesiółka)

Tomasz Ciesiółka, Marcin Małecki, Jędrzej Szymanowski, Patryk Weiss (9 maja 2019)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także