Madness

Zdjęcie Madness

Kompendium, w mordę, wiedzy.

0. Londyński zespół. Siedmiosobowy. Osiem płyt, jeśli nie liczyć koncertówki i składaków.

1. Współtwórca (jeden z dwóch głównych, obok Specials) nurtu tzw. British ska na przełomie lat 70. i 80.

2. Odpowiedzialny za „One Step Beyond”, to ten instrumental ze śmiesznym krzyczanym wstępem Hey you! Don’t watch that! Watch this! oraz „Our House”, to ten ostatnio zmacerowany w reklamie kawy.

3. Główna inspiracja zespołów spod znaku ska, w tym most notably ska revival, krótkotrwałej amerykańskiej mody ze środka lat 90. (No Doubt etc.)

4. Coś tam z nich słychać i u brytyjskich bandów – powiedzmy Supergrass, Dogs Die in Hot Cars, Kaiser Chiefs.

5. Zespół zbyt mało poważny, żeby brać go pod uwagę. (cytat autentyczny)

A co ty wiesz o Madness, SYNU?

Widzicie, ja świetnie zdaję sobie sprawę, że zaliczanie siebie samego do jakoby wąskiej grupy fanów zespołu ........... to lans poniżej pasa. Niestety, w przypadku Madness, zespołu należącego do moich faworytów absolutnych i chyba już dozgonnych, wydaje się to być w bieżącym czasie i miejscu usprawiedliwione. Jestem w mniejszości i jestem z tego dumny. Jestem wtajemniczony i świetny. Jestem entuzjastą zespołu, któremu większość (w domyśle – filistrów) udziela dymisji lub darzy go obojętnością. Że niezasłużenie, i że spróbuję udowodnić dlaczego niezasłużenie – to już się pewnie domyślacie.

Prawda – stanowczo nie była to, sorry, nie jest to formacja ponura. Madness unikali jak ognia nadmiernej powagi, ale przeginali rzadko (a to zdarzało się i Fab Four choćby). I postawiony przed wyborem: jeden zespół mądrze przymrużający do mnie oko, czy dwadzieścia serio i głęboko przekonanych o dziejowości misji swych słów i dźwięków, długo się nie będę zastanawiać. Zwłaszcza że miałbym tu do czynienia z dźwiękowym stołem szwedzkim zbyt rozległym, by go ignorować. Madness był bowiem zespołem grającym ska na dwóch pierwszych płytach (druga opanowana jest przez ów styl najwyżej w połowie), potem podryfował z wdziękiem w stronę wysokiej klasy mainstreamu, czerpiąc raczej z dorobku Beatles, Roxy Music, Kinks i motownowskiego soulu, niż z okolic Kingston. I właśnie to przytomne odbicie od posuwania szybkich temp akcentowanych na parzyste ósemki sprawiło, że nie pozostali grupą niszową i znaną dziś tylko pośród kilku rudeboys (przypadek Bad Manners). Przy tym uniknęli degeneracji (przypadek UB40) i zachowali klasę rozwiązując się w odpowiednim momencie, tj. kiedy ich songwriting rozpoczynał drogę do kibla. (Wrócili wiele lat później mając ponownie w zanadrzu kozak piosenki, dojdziemy do tego.) O właśnie.

Songwriting. Przeważającą część dorobku wariatów z północnego Londynu stanowią megazgrabne trzyminutówki, wypełnione po brzegi zaskakującymi zmianami akordów, zostającymi melodiami, lekkimi i bardzo niegłupimi – o stanie intelektu gości dodatkowo i dodatnio świadczą wywiady, skołujcie sobie – tekstami oraz niebanalnymi, lecz zawsze tanecznymi rozwiązaniami rytmicznymi (sekcja rytmiczna Madness niemal od pierwszego wspólnego wejścia do studia stanowiła, że zaoperuję kliszą, jeden organizm). Fascynujące, że jakość materiału udawało się utrzymać mimo ekstremalnie demokratycznego podejścia do zaiksów – w Madness komponowali wszyscy. Nawet bębniarz, doceniamy odwagę, bo wiemy jak zwykle się kończy pisanie w wykonaniu pałkera, vide rodzima Miłość Nastolatków. Jeśli zatem zwrot „prawdziwy zespół” nie jest frazą z dupy, to w omawianym przypadku pasuje jak w niewielu innych. Skład prawdziwego zespołu wprawdzie raz się zmienił, ale gdy pianista Mike Barson wyszedł i pojechał zamieszkać w Amsterdamie, nikt go nie zastąpił – zamiast tego na albumie „Mad Not Mad” zagrali sesyjni, po czym nastąpił rozpad i rozkład. Jak wam się to podoba, bo mi bardzo.

Co mi się jeszcze podoba. Ile składów się tego dorobiło? Mówię o specyficznym własnym brzmieniu, wyróżniającym z tłumu. Madness mieli takie zawsze, oparte na minimalnie zdetunowanym, dzwonkowatym pianie Mike’a Barsona, rzężącym saksofonie Lee Thompsona oraz smacznie oszczędnej gitarze Chrisa Foremana. I na beznamiętnym głosie Grahama McPhersona, niedoszłego piłkarza, chuligana w meloniku, prezentującego zero emocji podczas zapodawania prymek. Żadnych ornamentów, wibrat, wyjących alikwot mających znamionować jakże nieokiełznane emocje. Żadnych aktorsko interpretacyjnych przelotów, żadnej wokalistyki wyższej. Ale – żadnych boków. Nie jesteśmy na meczu.

Krótko mówiąc, co i tak jest faktem, a z faktami się nie dyskutuje rzekł profesor: Madness, skład nieraz niesłusznie kwalifikowany do muzycznych kabaretów, to kawał historii muzyki popularnej, do dziś aktualny i świeży, a jako taki darzony w swojej ojczyźnie – i w pewnych kręgach poza – wielką estymą. Co mając na względzie przejdźmy do poszczególnych słupów na drodze do tu i teraz.

Zdjęcie One Step Beyond

Jeśli posłuchać tej płyty po uprzednim zasięgnięciu opinii przysłowiowego człowieka z ulicy, to się można zdrowo rozczarować. W mniemaniu na przykład speców z allmusic to jest absolutny klasyk i najlepsza płyta Madness. Coa? Prawda, tu są przynajmniej cztery wielkie przeboje (w tym jeden uberprzebój – ej słuchajcie, sam DJ Premier samplował „One Step Beyond”). Tylko że dwa z nich i pokaźna część reszty albumu strasznie się zestarzały. To jest, sorry, granie z epoki kamienia łupanego, przeładowane kretyńskimi durowymi progresjami, wątpliwej jakości pomysłami typu zagrajmy Jezioro Łabędzie po jamajsku i dość prymitywnymi aranżami (posłuchajcie, jak bas ogrywa funty w „Night Boat to Cairo” – pryma tercja kwinta tercja, przedszkole dla upośledzonych, no). Gdyby to jeszcze było usprawiedliwione czuciem stylistyki – ale nie jest, te najbardziej charakterystyczne dla ska podziały chłopcom wychodzą mocno średnio, gdy porównać choćby do Specials. I jeśli cokolwiek leczy lekkie jak Oktoberfest groove’y, to tylko wyczuwalna radość grania (oryginalny zwrot, no ale serio mówię).

Atmosfera świadczy więc o dobrej zabawie. Niemniej, prawie trzydzieści lat później ta atmosfera się w miarę osłuchanemu odbiorcy (mam oczywiście na myśli siebie) ni cholery nie chce udzielić, za dużo jest ewidentnych archaizmów i nadmiernie niszowych patentów. Jeśli więc jest to klasyk, to mogę sobie wyobrazić, że najprędzej dla tych, którzy pieczołowicie kolekcjonują do dziś składanki United Colors of Ska z wybrykami m.in. kolumbijskich czy serbskich kapel należących do nurtu (i skinhedi skankuju, zajebiście!). Oraz może dla odbiorców w określonym wieku, na fali osobistej nostalgii.

Obietnica, że dżentelmeni – dobrze, wtedy jeszcze szczyle – z Madness zaraz mocno namieszają, jest, bo skąd się ten, ciut zawyżony wprawdzie, status legendy wziął niby. Już drugi w kolejności „My Girl” masakruje wstępem (co za akordy, słodki Jezu), a potem bardzo elegancko rwaną melodią, przemyślanym aranżem (współpraca piano/gitara) i nienachalnie połamanym beatem. „The Prince” katuje wprawdzie najbardziej zjechaną progresję wszechczasów, ale z polotem wystarczającym, by nie rzucało się to w uszy. W środku albumu trafiamy na gwałtowne rozszerzenie formuły – „In the Middle of the Night” startuje gitarą akustyczną, a w zdecydowanie molowym refrenie basista rozjeżdża się z miarowo punktującą półnuty resztą zupełnie w stylu The Police, czyli wyższa szkoła jazdy. Następny na liście „Bed & Breakfast Man”, choć osłabiony przez zerowe w brzmieniu i frazowaniu organy, podrywa z lekko funkowym sznytem. Nader udaną triadę ścieżek od ósmej do dziesiątej kończy „Razor Blade Alley”, ciut musicalowo jazzujący, zaśpiewany dla odmiany przez saksofonistę. A potem to już full stop.

Ocena: 9

Absolutely

1980

Zdjęcie Absolutely

Pierwsze takty i jestem wessany, przyjaciele. To jest jeszcze, prawda, skoczne granie rodem z Two-Tone, ale po drodze gdzieś wsiąkła lotność furmanki. „Baggy Trousers” JEDZIE. Aż miło. Po części dzięki rozbudowanemu instrumentarium (ksylofon, harmonijka), po części dzięki wyginaniu raz po raz granic tonacji (zejście na kwintę zmniejszoną na koniec każdego kółka), ale przede wszystkim dzięki precyzyjnemu zgraniu – to nie ten sam zespół. Dyscyplina. Po niecałych trzech minutach „Baggy Trousers” wiadomo już, że nie bój się zmiany na lepsze; zagadką pozostaje, jak głęboko i o ile?

Również trzyminutowe „Embarrassment” wyjaśnia wszystko. Schemat rytmiczny numeru (metrum 12/8), krótkie dźgnięcia dęciaków, pomysłowe rozwiązania harmoniczne, kapitalna melodia długo prosząca się o rozwiązanie i jakiś cholera ledwo dostrzegalny smutek w głosie McPhersona, który zostanie mu już na zawsze; skończyły się jajca dla jajec, refleksyjnie się robi, nie no, jesteśmy w rejonach nie ruszanych do tej pory, również jakościowo. Zamykające numer you’re an embarrassment!... zostawia z tym jedynym, wyczekiwanym, zajebistym poczuciem obcowania z piosenkowym fenomenem, a głęboka penetracja tekstu jeszcze w nim utwierdza. Czeka nas wreszcie trzeci strzał w bullseye. „E.R.N.I.E.” to kolejne dwie minuty bujającego, niewyświechtanego metrum, bezbłędnej i bogatej aranżacji (co gra w lewym kanale – klawikord?), i melodii zakręcającej tyle razy na coraz ciekawszych akordach, że łeb boli. I tak już będzie do końca.

Nie bez małych dołów. „On the Beat Pete” nie jest dramatem, ale nie ma specjalnego sensu, ot slapstick, rzucanie się tortami, z szybkostrzelnym wokalem i porządnym (chórki w tle) refrenem. Równające do najniższych rejonów debiutu boogie „Solid Gone” bezlitośnie traktujemy skipem (ale to dopiero track 7 – połowa płyty!). W mostku niezłego skądinąd „Take It or Leave It” mamy zgraną, nieatrakcyjną melodyjkę-cytat z klasyki, zupełnie na plaster. Fakt, że outro kawałka z oszczędnym fortepianem w wysokim rejestrze poważnie wynagradza. No i instrumentalny „Return of the Los Palmas 7” nie sięga poziomu wyznaczonego choćby przez bezpośrednio go poprzedzający „You Said” – ten jest kolejnym kalejdoskopem z porywającymi motywami, przerzucanymi inteligentnie, wdzięcznie i może wręcz nieco zbyt energicznie (tempo na wyjściu jest szybsze niż na starcie). Pozamiatane – i w ten deseń „Absolutely” powinno się kończyć, a nie rozmywać w barowym pianinku wspomnianego closera, który to najbardziej przypadł do gustu zasłuchanym w Radio Two, a wychowanym na Liberace emerytom.

Ocena: 9

Seven

1981

Zdjęcie Seven

Poszerzenie spektrum zainteresowań o tradycyjny (fatalne słowo) brytyjski pop, przy jednoczesnym zachowaniu szczeniackiej bezczelności na tej płycie osiąga szczytowanie. Skracając, lepszego zestawu Madness już nie zaprezentowali. Brak tu wprawdzie utworów mogących wbić się do top five ulubionych kawałków wszechczasów przeciętnego odbiorcy. Jako całość „Seven” jest cholernie równe, cały czas wysoko dzierżące flagę ze znakiem Q, nie zawiera jednak supersieknięć na miarę „Embarrassment” z poprzedniego albumu, choć wiele razy jest o kłak od tego. Trudno jednak traktować to jak zarzut, skoro szansa wzięcia losowo dwóch kawałków z omawianego albumu i stwierdzenia O, ZNOWU (cokolwiek byśmy mieli na myśli) jest równa zero przecinek jeden. Jak to policzyłem. Producenci Langer i Winstanley podczas sesji w Compass Point ewidentnie usiedli na zespole, zmuszając go do wyjątkowej dbałości o detal i wykorzystania pełnego spektrum dostępnych środków. A nazwijcie ten wielostronny rozstrzał objawem braku spójności albo koncentracji, to pójdziemy na solo. Bo nie będziecie mieli racji – te tracki sporo łączy.

Nazwałbym bowiem górnolotnie „Seven” ówczesną Anglią w pigułce. Można to odnieść i do pozostałych płyt Madness, i do zjawiska Madness w ogóle, jednak nigdy na taką skalę jak tu. Każde słowo, każdy interwał – to Londyn i Manchester, to trawniki przy semi-detached houses, to BBC, to Fawlty Towers, piętrusy, rzutki w pubie, trzy miliony bezrobotnych, Tom Brown w szkole. Łapiecie? Innymi słowy, te piosenki, te kapitalne piosenki z sucho a gęsto prezentowanymi hiciarskimi melodiami i piętrową fakturą gwarantującą niespodzianki przy X z kolei przesłuchaniu, tworzą jakość wykraczającą poza pojęcie albumu jako kolekcji dobrych jointów. Są jednocześnie konkretnie umiejscowione i czasowo-geograficznie uniwersalne. Ile jest warta muzyka nie mówiąca słuchaczowi nic o jego życiu, że spytam za klasykiem? Niewiele, więc prawem inwersji „Seven” warte jest każdych pieniędzy. A ponieważ robi się pretensjonalnie, przejdźmy do wyliczenia highlightów.

„Missing You” wciąga od razu modulacjami tak na przestrzeni zwrotki, jak i urwanego po niecałych pięciu taktach refrenu. „Mrs. Hutchinson” to muzyczny ekwiwalent skeczu wspomnianego wyżej Monty Pythona, tego gdzie matka mi umarła, to może ją zjedzmy. Ten sam typ humoru biorącego na warsztat najbardziej ponure kwestie życia codziennego. Dodajcie porywający timing podbijany przez akcenty dętych i tomów (w ogóle bohaterem dnia jest bębniarz Danny Woodgate). „Tomorrow’s Dream” zbudowano na harmoniach, na których nie buduje się piosenek popowych – prędzej tematy w bebopie. Tu nie tylko jest to usprawiedliwione, ale w dodatku niewymuszone. „Grey Day”, depresja po całości: the rain is falling on my face, I wish I could sink without a trace. Fałszywie rzężąca gitara, częste zejścia po chromatycznej, nieco żałobny sound, a mimo to cały czas wiadomo że po tym deszczu, wybaczcie, wyjdzie słońce. W końcu ewokujące odwrotny klimat, pogodne rób rege pod siebie „Day on the Town”, sielanka z genialnym mostkiem (jak może pasować prosta progresja, gdy przerwana CZYMŚ TAKIM w odpowiednim momencie!), zakłócona zmianą ostatniej linijki z summer in London na riots in London. Jeszcze kilkanaście sekund zabawy delayem i „Seven” odpływa. Idealne.

Anty-highlight może być jeden – kreskówka z Bennym Ropuchą w roli głównej, ukryta pod dziesiątką. Bekający do mikrofonu Carl Smyth, o co chodzi? Choć numer zgrabny, w sumie nie psuje nastroju. No, przynajmniej nie bardzo.

Zdjęcie The Rise & Fall

Zapowiada się to znakomicie, można węszyć logiczny rozwój zespołu w kierunku muzyki prawie całkiem mainstreamowej przy zachowaniu jakości i cech charakterystycznych. Instrumentarium poszerzone o sekcję smyczków, sekcję rur, perkusjonalia, piłę i wodotrysk. Jest. Obecność singla „Our House”, niezależnie od tego jak bardzo się już nam przejadł. Jest. Znakomita okładka, gdzie każdy z chłopaków wciela się w jeden z utworów z płyty (fakt, że bez wyjaśnienia nikt nie wyłapie dowcipu). Wyobrażamy sobie – oto wyewoluowali kolejni mistrzowie inteligentnego popu. Ale wciskamy play i szybko coś przestaje pasować. Widać brak pomysłów maskowany deszczem często podejrzanie dziwnych podziałów oraz ścianą starannie zaaranżowanego i zarejestrowanego dźwięku. Ciężka praca się wylewa z tego krążka, a przecież nie o to chodzi, żebym ja się męczył słuchając jak artysta się męczył. Zły znak, widać mieliznę.

Przy czym do połowy nie jest to jeszcze takie oczywiste. Lightowe semi-dziadostwo „Tomorrow’s Just Another Day” jest zrównoważone zacnym, refleksyjnym, ryzykownym (ale bez przesady) tytułowym openerem. Rany zadane przez marszowy po bawarsku „Primrose Hill” ukoi poprzedzający go powalający, tupiąco klaszczący „Blue Skinned Beast”, okraszony stadionowym refrenem. Jedynie tu komplikowanie, tendencja charakterystyczna dla „Rise & Fall”, dało pożądany efekt – akcent na czwartą i ósmą ósemkę w takcie, zmiana tonacji z F-moll (przedrefren) na A-moll (refren) i stąd zjazd na Es-dur (zwrotka), to wszystko pracuje. Zanim zacznie nas przytapiać smętny i mętny „Sunday Morning” będziemy się cieszyć z chorej klaunady a la filmy Tima Burtona w „Mr Speaker Gets the Word”. Następnie, jak nadmieniłem, zarżnięty, lecz obiektywnie wspaniały „Our House” i nudnawy, wtórny, nawet jeśli płynnie żonglujący zależnościami harmonia/melodia „Tiptoes”. Zaiste, naprzemienny rise and fall.

Tyle, że dalej jest już jedynie fall. Chwilami nawet disaster. W „New Delhi” Madness nieudolnością wprowadzenia orientalnych smaczków mogą konkurować jedynie z bardzo nietrzeźwymi The Doors, a żałosna melodia napastująca od pierwszej linijki – z uwiądem fallusa w kluczowym momencie. Frajerstwo do wielościanu. Najgorszy numer, jaki kiedykolwiek nagrali. Nieco lepszy (przedrefren fajnie wykorzystuje syntezator – ewenement w muzyce Madness), co nie znaczy że dobry, „That Face” jest posiekany, przeakcentowany do niemożliwości i męczy. „Calling Cards” zwłaszcza w refrenie antycypuje co bardziej kretyńskie kawałki zespołu Primus – kiedyś może bym to uznał za zaletę. Most z melodyjką typu La Danse des Canards aka Kaczuszki (uwaga na tematy polityczne w tym miejscu naprawdę nie jest potrzebna, darujcie) wbija gwóźdź. „Are You Coming” z przekombinowanymi następstwami akordów i oczywistym szpiegowskim aranżem mógłby jeszcze pasować, gdyby nie bezradnie prosta, wykastrowana melodia. Ale głowa w dół, wszystko przed nami. Przesadnie teatralny, wodewilowy „Madness is All in the Mind”, bezczelnie kopiujący „Fever”, ssie aż do sforsowania mięśni policzkowych. Nawet zawodowo zrobione, tylko po co? (To byłby świetny wstęp do całej niniejszej recenzji.) A skoro pozostajemy w takim klimacie, bo to był już ostatni numer płyty, to kurtyna panowie, a nazajutrz mixed reviews, sztuka spada i czas wyciągnąć wnioski.

Zdjęcie Keep Moving

Wszystko, co nie wyszło na „Rise & Fall”, udało się na „Keep Moving”. Przepis pozostał – aranżacje gęste, że nie wetkniesz szpilki, instrumentacje ze spectorowo-późnobeatlesowskim rozmachem, refleksyjne teksty. Tyle że kucharz bardziej się postarał. Może to dłuższy okres pracy nad piosenkami sprawił, że nie trzeba było uwzględniać wypełniaczy, może dzięki drugiemu podejściu do terenu zespół nie potykał się o przeszkody, a może po prostu członkowie bandu wraz ze starzeniem się coraz lepiej czuli styl, co tu kryć, konserwatywny. Bo zauważcie, zrezygnowano z jednego – z męczącego udziwniania numerów (szczególnie w warstwie rytmicznej), co położyło poprzednią płytę. Postawiono tym razem na elegancki flow i to wystarczy. Ewidentnie miało być przebojowo – a nie głupkowato, przyjemnie – a nie usilnie, miała być po prostu rozrywka wysokiej klasy. Tak się stało. Wokale są jeszcze staranniej zrobione (liczne chórki – nie unisona, chórki), teksty jeszcze bardziej refleksyjne, ale zaproponowane melodie znacznie ciekawsze, a patenty wysublimowane, co sprawia, że przez „Keep Moving” przechodzi się nader przyjemnie.

Jeden z utworów, singiel zresztą, jest tego perfekcyjnym przykładem. Wyznacza poziom, do którego Madness w okresie post-„Seven” stale aspirowali, osiągając go rzadko. Zakładając, że ambicje mieli rzeczywiście olbrzymie, to może nawet jeden jedyny raz i właśnie tu. Bo „One Better Day” to według mnie blueprint piosenki doskonałej. Równocześnie uwzględniający wszystkie jej kanony i przekraczający je z nadwyżką. Weźmy konstrukcję. Zwykle utwór idzie: motyw, zwrotka, motyw, zwrotka, refren, most, motyw/zwrotka, refren ad infinitum. Cztery sekwencje i dobranoc. Tu jest tak: motyw, zwrotka, wyjście ze zwrotki, motyw, zwrotka, wyjście ze zwrotki, przed-przedrefren, przedrefren, refren, zwrotka, wyjście ze zwrotki, refren, solo, refren, most, refren. W sumie osiem całkiem odrębnych, płynnie złączonych i doskonałych sekwencji, z których trzy pojawiają się tylko raz. Całość upakowana w cztery minuty. Kreatywność.

Ponadto, grajkowie porzucają tu bez żalu wszystkie dotychczasowe przyzwyczajenia. Tak jakby nagle zapomnieli o tzw. swoim stylu – jak wy wiecie a ja rozumiem, kurczowo pielęgnowana pamięć o swoim stylu to chyba najgorsze, co może się przytrafić muzykowi i prowadzi przeważnie do zamknięcia się w getcie tego, co już mamy obcykane. Tu każdy gra, jakby się na nowo uczył. Barson tylko okazjonalnie sięga po swoje firmowe honky-tonk piano odkrywając nagle całą gamę innych brzmień, Thompson rezygnuje, poza solówką, z szaleńczych przedęć, Woodgate konsekwentnie podaje bezsynkopowe 4/4, a Bedford zdaje się tu mówić: ej, jakby z zespołu Sade odszedł basista, to ja bardzo chętnie przejmę tego dżoba.

Krótko mówiąc, gdyby cała płyta dorastała do „One Better Day”, to wyrok brzmiałby klasyk. Ale jest tylko dobra i równa (jeszcze jedno wyróżnienie goes to „Give Me a Reason”), swobodna, urzekająca bezpretensjonalnością, mistrzostwem ułożenia, klasycznym songwritingiem i pogodna jak człowiek który właśnie osiągnął dojrzałość, ależ pieprzę. Wszystko szło, co można udowodnić fakturami, w dobrym kierunku – bardziej muzycznie, mniej na gruncie towarzyskim, dlatego następny album Madness nagrali już w sześciu.

Zdjęcie Mad Not Mad

„I’ll Compete”: clavinet, agresywne pady z syntezatora, sztuczna sekcja dęta, retriggerowane z samplera wokale, zasadniczo electrofunk jest jechany. Goście zauważyli, że żyją w latach osiemdziesiątych (w tekście pojawia się nawet floppy disk, no no no). Poza tym zabrakło Mike’a Barsona, a jego zastępcy w liczbie dwóch postanowili najwyraźniej unowocześnić sound (mała wpada: asekurują się przy tym okazjonalnie barsonowskim pianinkiem i takąż harmonijką). A skoro „One Better Day” pozwalał wierzyć w pozytywne następstwa odświeżenia brzmienia, to ów nowy koncept, tak dobitnie zaprezentowany już na początku płyty, ma same zalety. I tylko jedną wadę – nie idzie. Zabrakło materiału. Barson był w Madness głównym, ale tylko jednym z kompozytorów, więc jak na Boga wytłumaczyć impotencję pozostałych? Czym usprawiedliwić obecność (dla porządku: słabiutkiego) coveru Scritti Politti – nie żebym miał coś do Scritti Politti, ale odgrzewać hit sprzed ledwie trzech lat? Eeee. Kto był pomysłodawcą upadku w czeluść wysłodzonego reggae („Tears You Can’t Hide”)? Eeee. Dlaczego zwrot „wyjałowienie z melodii” staje się po wysłuchaniu „Mad Not Mad” boleśnie dobrze zdefiniowany? Sto razy eeee. Jakże żenujący jest to album.

Jako tako bronią się tylko: numer tytułowy, który co prawda startuje od melodyjki „sorry, kot mi wskoczył na klawiaturę”, ale potem trzy udane, silnie zaakcentowane akordy zapowiadają coś niezłego i zaiste. I zamykający, zaśpiewany w nietypowo wysokim rejestrze z towarzyszeniem żeńskiego chórku „Coldest Day” – mimo przywołania nieuniknionych skojarzeń z pieśnią doktora Pajchiwo (gęsty marimbafon, niby-shamisen w lewym kanale etc.); dobra, jestem złośliwy.

A najlepiej, co ciekawe, broniłby się zarejestrowany niemal natychmiast po premierze „Mad Not Mad” (więc na niej nieobecny) singiel – zwiastun zawieszenia działalności na czternaście lat, „Ghost Train” (gdzie zagrał – ale tylko zagrał – Barson). Prezentuje on naprawdę pokaźną pytę. Motywacja musiała zaistnieć. Cóż, po takiej płycie też bardzo chciałbym pożegnać się trochę inaczej.

Ocena: 7

Wonderful

1999

Zdjęcie Wonderful

Czternaście lat od ostatniej płyty. Jedenaście od potoczystego bełta, jakim się okazała próba reaktywacji we czwórkę pod szyldem The Madness (spuśćmy na to wodę milczenia nie uwzględniając ich jedynej, na szczęście, płyty w dyskografii). Osiem lat od Madstock – zbiórki na kilka koncertów wyprzedanych do ostatniego stołka, która przyniosła całkiem udaną koncertówkę pod takim właśnie tytułem (najlepiej wyszedł „Embarrassment” – quelle surprise, najgorzej chyba „My Girl” ze zmienioną, dancingową linią basu). Stateczni tatusiowie przyszli do studia z garścią piosenek, spotkali tam znów Langera z Winstanleyem i, cholera, zdzierżyli oczekiwaniom. No chyba że ktoś chciał „One Step Beyond, vol. 2”, ale nie posądzam.

Na „Wonderful” jest tytułowo - radośnie, chwytliwie, kolorowo i w dobrym guście. Nawet dwa doły – marudne rocksteady „The Communicator” (patrzcie, ile razy Madness wracają na Karaiby, tyle razy zaliczają autonokaut) i nieśmieszny musical z melonikami i laseczkami „Drip Fed Fred” (gościnnie Ian Dury) – nie są w stanie zepsuć nastroju. Nie po takim początku: dhodzy państwo, oto utwóh zatytułowany „Lovestruck”! Najlepszy tekst, jaki kiedykolwiek napisał McPherson – zalane w trupa staggering home, the headlights throw a shadow up and upon friends and loved ones that have done no wrong, but no longer mean anything to me, i jeszcze even the cab fare has been and gone, and now I’m lagging in deepest Tottenham ; kapitalnie spasowany z frazą prymki, to mistrzostwo świata bez symulowania i prowokacji. Ktokolwiek kiedykolwiek AKCYDENTALNIE kiwał się przylepiony do słupa, odczuje najwyższą empatię. Muzycznie numer też nie pozostaje. Konkretny, masywny przebój ze skiffle’owym solem gitary przywołującym jeszcze żywego w brytyjskiej tradycji muzycznej Hanka B. Marvina.

Równie zasłużone dla udanego powrotu okazują się kolejne numery. „Johnny the Horse”, nieco storytellingowy, z onomatopeicznym refrenem, po raz drugi w historii Madness słyszymy gitarę akustyczną. „4 AM”, najbardziej ponury numer w repertuarze, gdzie refren zawodzi tylko dlatego, że zwrotka ponadnormatywnie śrubuje poziom – szkoda tylko, że to nagrany na nowo solowy wybryk McPhersona, oryginału szukajcie na płycie „Lone Ranger”. „The Wizard”, pogodna skakanka (nie mam na myśli nawiązań do ska); kto się nie uśmiechnie przy gwizdanym intrze i przedłużonym o takt refrenie, ten wał, naprawdę. „Saturday Night Sunday Morning”, skakanka dla odmiany zadumana; rzucone w sam ryj cwaniackie what you’re looking at!? rozpoczyna rozliczenie z przeszłością, którym ten kawałek zdaje się być. Można na siłę zinterpretować go jako rozliczenie z przeszłością zespołu, ale szczerze wątpię w taki autoerotyzm twórców. Tym bardziej, że pomyłką byłoby wówczas zapodanie tekstu did they tell you that everything has changed w kontekście zawartości „Wonderful”. Która nijak o drastycznych zmianach nie świadczy – tak mógłby i powinien brzmieć następca „Keep Moving”. Bo skoro oba te albumy nie noszą żadnych znamion dekad, w których powstawały...

Zawsze węszę syf, gdy muzyk legitymizuje swoją WOLNOŚĆ TWÓRCZĄ oświadczeniem „ja po prostu gram taką swoją własną piosenkę”. Blisko stąd do rzekomo usprawiedliwionego grania dla siebie i tylko dla siebie. I rzadko tak śmiałe stwierdzenie znajduje potwierdzenie na taśmie (czy raczej na śladach w Pro Toolsie). Omawianą płytą Madness udowadniają, że jak mało kto mieliby prawo nie tylko wygłosić wspomnianą frazę, ale i być zasłużenie z tego dumnymi.

Zdjęcie Dangermen Sessions, vol. 1

Wyraźnie widniejące obok tytułu ostrzeżenie „część pierwsza” średnio mnie jara. Czym są zeszłoroczne „Dangermen Sessions”? Zbiorem coverów, głównie rocksteady i reggae. Czy są groźne? Nieszczególnie. To nad czym mam się ślinić, nad perspektywą powtórzenia tego przedsięwzięcia? Na dwa sposoby ta płyta domyka pełne koło zatoczone przez zespół od debiutu. Raz, ma flavour zdecydowanie jamajski, tak jak „One Step Beyond”. Dwa, na obu tych materiałach odcisnęła się niekoniecznie zaraźliwa atmosfera braku wewnętrznej kontroli jakości. Trzy, tylko na pierwszej płycie i tu Madness opierają się na cudzym materiale w zauważalnym stopniu. (Są trzy rodzaje ludzi: jedni potrafią liczyć, drudzy nie.)

Sprawiedliwie będzie uznać „Dangermen Sessions” za dzieło muzykantów, którzy osiągnęli tyle, że mogą se pozwolić na opublikowanie efektów swojej nieskrępowanej zabawy, a może spełnienia jakichś młodzieńczych marzeń? Bo skok na kasę to nie jest – złotych przebojów, poza wnoszącymi nic interpretacjami „You Keep Me Hanging On” The Supremes i „Loli” Kinksów (właściwie można jeszcze dorzucić... eee, nie), na trackliście brak. Nie wiem, na ile zawinił kiepski dobór oryginałów, a na ile sflaczenie odpowiedzialnych za przeróbki, ale jaj brak również. Mimo wyśmienicie, na miarę epoki i możliwości budżetowych, ukręconego brzmienia. Gładkie, równe i klasowe jak stół z Ikei covery tu zawarte nie przyspieszają pulsu, nawet fanowskiego, ani o 1 BPM, co jest? Co jest niepokojącym zerwaniem z tradycją.

Najbardziej ekscytującym fragmentem, i to o dobre kilka długości przed resztą, jest „I Chase the Devil” (oryginał – Max Romeo & the Upsetters). Założę żelazną koszulkę i wyegzorcyzmuję z ludzi diabła i wyślę go w kosmos – obiecuje McPherson. Można uwierzyć. Jest przekonujący. Umiejętnie poprowadzony kawałek porządnego, rozbujanego reggae. Całkiem ciekawa jest i końcówka albumu – przestrzenny „Rain” z repertuaru Jose Feliciano nie spełnia obietnicy zawartej w kilkunastu pierwszych taktach (zupełnie nowe dla zespołu brzmienie), sparaliżowany przez banalne harmonie, ale zawsze coś. Zamknięcie w postaci marleyowskiego „So Much Trouble in the World” przynosi natomiast niespodziankę zgoła innego sortu. Ładnych parę razy Madness już próbowali grać jakby mieli dredy i tłustego reefera w zanadrzu, ale zarówno warstwa instrumentalna, jak i wokalna (te minimalne wahania dźwięku i bardziej zdarta barwa) nigdy nie była tak stylowa, jak tu. Ale to już naprawdę wszystko, co można powiedzieć dobrego.

Wypada na koniec życzyć sobie, by nieprędko powstała kontynuacja niniejszych sztywnych sesji. Nie będę mieć jednak wielkiego żalu do Barsona i spółki, nawet jeśli nie doczekam się kolejnego zestawu autorskich piosenek, dorastającego choćby do „Wonderful”. Oni swój ładunek muzyki, która będzie cieszyć pewnie jeszcze moje dzieci, już nagrali – i jak dla mnie mogą spać spokojnie. Miłych snów, chłopcy.

Michał Hoffmann (11 września 2006)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: gosc
[29 czerwca 2012]
aa to dziękuję za reakcję szybką. dopiero zaczynam was penetrować, tam to nie dotarłem jeszcze.

(to ja jestem dajhard w takim razie, kurde. bywa. i i tak chętnie bym zdanie michała poznał na temat liberty, może uda się go sprowokować)
kuba a
[29 czerwca 2012]
Nie wiem wprawdzie, co o "Liberty" sądzi Michał, ale tu jest moja krótka notka:

http://www.screenagers.pl/index.php?service=articles&action=show&id=80
Gość: gosc
[29 czerwca 2012]
a będzie jeszcze jakieś ps w postaci słów paru o \'the liberty...\' z 2009?
Gość: moh
[6 lutego 2011]
wlasnie sie zorientowalem ze przez cztery lata jaram sie tekstem Afrojaxa, super

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także