The Von Bondies, Kasabian, IMA Robot

Londyn, Astoria - 30 kwietnia 2004

Zdjęcie The Von Bondies, Kasabian, IMA Robot - Londyn, Astoria

Astoria to chyba najbardziej przereklamowany obiekt z muzyką na żywo w Londynie. Choć pierwsze wrażenie w moim wypadku było jak najbardziej pozytywne, w miarę poznawania koncertowej infrastruktury miasta zacząłem dostrzegać drobne niedogodności obniżające osobistą ocenę tego miejsca. Nie lubię na przykład być przeszukiwany przy wejściu, bo psuje mi to nastrój przedkoncertowy. Nie lubię pchać się do baru po drogie piwo, nie lubię dawać napiwków w toalecie (stosunek do instytucji toilet attendanta omówię kiedy indziej). Nie lubię jak po koncercie wyjście z obiektu zajmuje mi 10 minut. Wszystkie te drobne rzeczy spotykają mnie permanentnie w Astorii. Nawet scena z perspektywy innych sal wydaje się mieć tam jakiś dziwny kształt. Możecie powiedzieć, że przesadzam, ja wam powiem, że mam już dość dobre rozeznanie. Nie mówię, że Astoria nie jest dobrym obiektem do oglądania koncertów, wręcz przeciwnie. Po prostu jej renoma nie jest adekwatna do jakości zasad jej funkcjonowania. Rozumiecie?

Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie w Astorii zawsze dzieje się najwięcej. Także i tego piątkowego wieczoru za dość rozsądną cenę 10 funtów można było zobaczyć aż trzy uznane lub dobrze rokujące zespoły. Choć o tym kto supportuje The Von Bondies dowiedziałem się dopiero w środku. Kiedy wchodziłem na salę, na scenie właśnie instalowała się grupa IMA Robot. Ubiegłoroczny debiut formacji nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, jednak koncertowo chłopaki pokazali klasę. Wokalista, będący skrzyżowaniem Bobby'ego Conna z Perrym Farrellem wraz ze sprawiającym wrażenie wyciętego z szablonu The Clash gitarzystą, stworzyli pełen kiczu, pompy, energii i hałasu spektakl, w znakomity sposób trafiający w gusta zgromadzonej tego wieczoru publiki. Poszczególne numery nie robiły aż takiego wrażenia, lecz nie chodziło o to co grali, a jak to robili. Bez dwóch zdań - polubiłem IMA Robot.

Kiedy przed występem drugiego zespołu opuszczono gigantyczną flagę z zaklebnowaną postacią, wszystko stało sie jasne. Kasabian. Kwadrans później na scenie pojawiło się pięciu dość staromodnie wyglądających panów. Zaczęli miarowo, powoli, by w powolny sposób wznieść pierwszą kompozycję na poziom madchesterowej pulsacji. Wokalista grupy, pozujący trochę na Bobby'ego Gillespie, co rusz zachęcał publiczność do tańca. Nie musiał tego robić, muzyka grupy sama w sobie miała wyjątkowo bujające właściwości. Większość utworów wykonana została według podobnego schematu - powolne, zamglone motywy, przywołujące echa pierwszej płyty Doves nabierały tempa, by rozwinąć się do stylu przypominającego Primal Scream. Wyjątkiem był jedynie naspeedowany od początku do końca utwór finałowy. Sceniczna maniera wokalisty nie pozostawiała wątpliwości następcami jakiego zespołu chcieliby być Kasabian. Jednak czy uda im się nagrać coś na miarę "Screamadeliki"? Sądząc po tym co usłyszałem tego wieczoru - wątpię. Choć niewątpliwie będzie to ciekawy debiut.

W skład The Von Bondies wchodzą cztery osoby. Dwie z nich, grający na gitarach Marcie i Jason, uważane są za wizytówkę zespołu, kosztem bardziej wyciszonej sekcji rytmicznej. Jednak śmiem twierdzić, że to właśnie Carrie i Don błyszczeli tego wieczoru w Astorii. Dlaczego? Powodów jest kilka. The Von Bondies to zespół rockandrollowy, a prawem muzyków grających w zespołach rockandrollowych jest prowadzenie stosownego trybu życia. Piszę to by usprawiedliwić stojącą po prawej stronie Marcie Bolen, która tego wieczoru miała swoją własną jazdę, skutecznie pozbawiającą jej możliwości jakiejkolwiek interakcji z publicznością. Co prawda grała na gitarze, lecz tak jakby jej nie było. Jason natomiast nowym Jimim Hendrixem nie jest. Nie o to chodzi w takim graniu, lecz sposób w jaki schrzanił wyciszenia w kluczowym dla ich repertuaru "C'mon C'mon", zdołał rozbawić nawet sam zespół. Zgoła odmiennie zaprezentował się Don. Wartość jego perkusji wynosiła na moje oko jakieś 500 zł, sam zestaw składał się ze stopy, dwóch werbli i talerza. I właśnie na tym opłakanym sprzęcie Don wymiatał kolejne, rozwalające przejścia, ba, miejscami robił to tak zapalczywie, że z rąk wylatywały mu pałeczki. Na szczęście zapas ich miał spory. A Carrie? O Carrie mógłbym napisać trzy akapity, lecz nie byłyby to akapity muzyczne. Powiem więc tylko, że basistka The Von Bondies ma w sobie nieprawdopodobnie dużo wdzięku. Możecie się śmiać.

Jak brzmią The Von Bondies wiemy wszyscy. Nie jest to odkrywcze granie i na dłuższą dawkę słuchanie ich płyt może okazać się męczące. Jednak jeżeli nie widzieliście ich nigdy na żywo, to tak jakbyście nic o nich nie wiedzieli. Wszystkie energetyczne fragmenty obu albumów zafalowały parkietem Astorii. "Going Down", "Lack Of Communication", "Broken Man" czy "Tell Me What You See", gdzie galopujące tempo spotykało rozstrojone gitary, przekonały nawet najbardziej opornych. W wolniejszych fragmentach Jason wczuwał się w rolę konfenansjera, by rozciągnąć do długości godziny koncert w większości składający się z dwuminutowych utworów. Wychodziło mu to całkiem nieźle, Jason gada więcej niż powinien. Pomyślałem nawet przez chwilę, że to może właśnie dlatego oberwał od Jacka White'a. Choć to nie moja sprawa.

Jako ostatni wybrzmiał fenomenalny "It Came From Japan". We all hail from rockandroll! - lepszego podsumowania tego występu po prostu być nie mogło. Tego wieczoru wszyscy to czuliśmy. I nie wierzcie temu co pisze prasa muzyczna. Garażowy rock wcale nie umarł. Żyć będzie dopóty, dopóki The Von Bondies będą grać koncerty.

Tomasz Tomporowski (15 maja 2004)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także