Tori Amos

Little Earthquakes

Okładka Tori Amos - Little Earthquakes

[Atlantic; 6 stycznia 1992]

Nikt z Państwa nie pytał, czy będzie Tori, ale jeśli mówimy o muzycznym aktywizmie kobiet na przestrzeni ostatnich kilku dekad, „Little Earthquakes” musi się pojawić. Archetyp dziewczyny z fortepianem był reinterpretowany później nie tylko przez samą zainteresowaną, ale również przez wiele innych artystek (ot, chociażby Fionę Apple, Reginę Spektor, Julię Marcell czy Gabę Kulkę, żeby wymienić parę), chociaż można odnieść wrażenie, że po epoce muzycznych szaleństw Kate Bush nikt nie oczekiwał od kolejnych piosenkopisarek przy klawiszu, że wniosą nową jakość do tej dobrze znanej figury. I o ile faktycznie albumy Amos wydane po 2002 roku były poniekąd odcinaniem kuponów i ponownym sprzedawaniem wcześniejszych pomysłów, to nie da się ukryć, że na przestrzeni lat 1992-2002 (ze szczególnym uwzględnieniem pierwszych czterech płyt) Amerykanka prezentowała regularnie swojej publiczności zestawy solidnych, ciekawych utworów.

Przypomnijmy na starcie oczywistości: „Little Earthquakes” nie był debiutem Tori Amos. Na samym początku był synthpopowy band Y Kant Tori Read, którego debiutancki album wydany w 1988 roku i zatytułowany (oczywiście) tak samo jak zespół, nie odniósł sukcesu. Rozczarowujący odbiór materiału oraz umiarkowane zadowolenie z jego poziomu nie były zbyt dobrą motywacją do dalszych działań Tori pod tym szyldem. Kontrakt podpisany z Atlantic Records zobowiązywał artystkę do nagrania sześciu płyt, toteż dwa lata później wytwórnia otrzymała taśmę demo ze wstępnym zarysem albumu. Nie wiadomo, czy krążek w ówczesnym kształcie okazałby się takim bestsellerem: label wybrzydzał, namawiał songwriterkę do zastąpienia fortepianu gitarą, doprowadzając Amos do nagrania wspólnie z Erikiem Rossem kilku kolejnych utworów, wśród których znalazły się „Girl”, „Precious Things” czy kompozycja tytułowa. Ostatecznie płyta ukazała się na początku 1992 roku, znajdując jednocześnie uznanie krytyków, jak i publiczności.

Okazała się ona być nie tylko magnum opus artystki (chociaż sam minimalnie wyżej stawiam „From the Choirgirl Hotel”), lecz również jej wzorcem z Sèvres: sprawdzoną formułą określonego songwritingu. Pisząc zapamiętywalne, chwytliwe melodie, które zachwycały techniczną dokładnością, Amos nie wypełniała ich watą słowną, ale mierzyła się ze swoją przeszłością: wychowaniem w religijnej rodzinie („Crucify”), poszukiwaniem własnej tożsamości i związanej z tym wewnętrznej walce („Girl”, „Silent All These Years”), wyalienowaniem, odkrywaniem seksualności („Precious Things”), stanami lękowymi i traumą po zostaniu zgwałconą przez fana po koncercie.

„Me and a Gun”, oparty o ostatni z wyżej wymienionych wątków, jest chyba najbardziej poruszającą i wstrząsającą kompozycją na solowym debiucie Tori Amos. Przez niespełna cztery minuty, bez akompaniamentu żadnego instrumentu, artystka opowiada o strachu, upokorzeniu, wykorzystaniu, przemocy i śladach – fizycznych i psychicznych – które zostają po przeżyciu czegoś takiego. Powracająca w refrenie fraza But I haven't seen Barbados / So I must get out of this brzmi jak mantra powtarzana po to, aby nie oszaleć i okiełznać wszystkie kotłujące się w głowie myśli. Cały utwór jest świadectwem walki, jaką starła Amos sama ze sobą, aby w ogóle o tym opowiedzieć po latach. „Walka” to zresztą drugie imię Tori na tej płycie. Walczyła z wytwórnią, aby nie zniknąć i aby przedstawić album w odpowiadającej jej formie, jak również z własnymi emocjami i przeżyciami oraz tym, by obudować je muzycznie we właściwy sposób.

W efekcie otrzymaliśmy muzyczny pamiętnik, dostęp do dwunastu różnych części duszy artystki. Zawierając własne przeżycia w poszczególnych piosenkach, znienacka przeskakując od niekiedy dziwnych, głupich czy śmiesznych skojarzeń do rzeczy tak osobistych, że chwilami wywołujących u słuchacza poczucie niezręczności, Amos miała świadomość, że otwiera na oścież drzwi do swojego wnętrza. Ta szczerość, połączona z własnym muzycznym językiem – charakterystyczną rytmiką uderzania w klawisze, uzupełnianą przez perkusję idącą trochę jakby obok, która cały czas była opakowana w nośne popowe piosenki – sprawiła, że Amos szybko znalazła rzeszę naśladowczyń, które próbowały tak dobrze, jak ich idolka, opowiedzieć o swoich odczuciach. Mam jednak wrażenie, że każdej z nich brakuje tej nieuchwytnej magii, która kiedyś towarzyszyła Kate Bush, a w latach dziewięćdziesiątych na pewien czas przysiadła się do Tori Amos.

Marcin Małecki (30 października 2020)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także