Ocena: 7

Teenage Fanclub

Man-Made

Okładka Teenage Fanclub - Man-Made

[Pema; 9 maja 2005]

Talent do melodii ciężko stracić. Teenage Fanclub mieli go od samego początku. W 1991, tym wielkim 1991 roku, „Bandwagonesque” było jedną z ważniejszych wyspiarskich produkcji sezonu i choć wówczas – słusznie czy nie, nieistotne – oczy świata zwrócone były na drugą stronę Oceanu, wiele znaczących publikacji dostrzegło również i dzieło szkockiej grupy. Zresztą to był w ogóle świetny rok dla muzyki z Glasgow, bo przecież praktycznie równolegle ukazała się definiująca epokę „Screamadelica”. Półtorej dekady i sześć albumów później, co by nie sądzić o dalszej karierze Teenage Fanclub, o stopniowym porzucaniu opartego na mocarnych ścianach gitarowych, melancholijnego prawie-shoegaze’u na rzecz coraz bardziej zapatrzonego w The Byrds, The Zombies czy Big Star harmonijnego popu, są wciąż dowodem na to, że... talent do melodii stracić ciężko.

Dochowywanie wierności tradycji zawsze było sztandarową cechą tego zespołu, tak więc oczekiwanie czegokolwiek nowego po „Man-Made” byłoby lekkim nieporozumieniem. Wrażenie pozornej stagnacji ustępuje jednak po kilku przesłuchaniach miejsca wrażeniu... stabilizacji i szacunkowi dla wyrafinowanych umiejętności kompozytorskich tercetu Blake – Love – McGinley. Prawie pewnym jest, że to płyta nie do polubienia dla wychowanego na new rock revolution pokolenia 15-latków czy wzgardzających „zwykłym popikiem” twardogłowych wyznawców „prawdziwego rocka”, od których roi się na polskich forach internetowych i dla których wynoszenie Helloween nad Beach Boys jest czymś zupełnie normalnym. Dla jednych będzie więc „Man-Made” albumem zachowawczym i nudziarskim, dla innych dojrzałą wypowiedzią pewnych swojej klasy muzyków. Choć ci drudzy stworzą raczej skromny adult fanclub.

Obiektywnie ciekawym faktem na temat tej płyty jest wyprodukowanie jej przez Johna McEntire z Tortoise. Później można się spierać. I ja bym na przykład Teenage Fanclub zarzucił otwarcie albumu najsłabszym z niego utworem – nieco anemicznym „It’s All In My Mind”. Na drugim biegunie są fragmenty, gdzie panowie sięgają po konkretniejsze brzmienia gitar, jak w „Time Stops” czy w „Slow Fade”, będącym czymś na kształt streszczenia stylu grupy na odcinku dwóch minut. Również urozmaicenia aranżacyjne: czy smyczki („Flowing”), czy klawisze („Fallen Leaves”) wychodzą płycie tylko na dobre. Za główne danie należy jednak uznać najmniej piosenkowy „Born Under A Good Sign”. Trudno nawet powiedzieć w którym momencie ten retro-riff przechodzi w ponad dwuminutowe kakofoniczne solo a’la Velvet Underground, cały czas trzymane w ryzach przez sekcję rytmiczną, ale jest rozkosznie.

Rozwodzić nie ma się nad czym, bo konkluzja zawsze powinna być identyczna: mało kto opanował sztukę łączenia tradycyjnie pojmowanych harmonii wokalnych z popową melancholią tak dobrze. „Man-Made” cementuje pozycję Teenage Fanclub jako jednego z najbardziej zasłużonych przedstawicieli brytyjskiego indie. Raczej nie namieszają na listach krytyków tak jak czternaście lat temu, nie napisali też drugiego „The Concept” ani „Sparky’s Dream”. Klasyczny okres mają pewnie za sobą, ale dobrych płyt do nagrania jeszcze chyba całkiem sporo.

Kuba Ambrożewski (6 września 2005)

Oceny

Kuba Ambrożewski: 7/10
Średnia z 5 ocen: 6,4/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także