Ocena: 7

Lianne La Havas

Lianne La Havas

Okładka Lianne La Havas - Lianne La Havas

[Warner; 17 lipca 2020]

Powiedzmy sobie jedno: Lianne La Havas bezsprzecznie znajduje się w gronie najlepszych współczesnych wokalistek. Jej możliwości wokalne wydają się niczym nieograniczone: artystka potrafi zarówno z łatwością wyciągać dramatycznie brzmiące góry, jak i czarować cieplutkimi, napowietrzonymi dołami. Jeśli więc ktoś nie zgadza się z wyrażoną w pierwszym zdaniu opinią, serdecznie zapraszam do mnie, aby usłyszał jakże przekonujące, soczyste i pełne grozy oj. Utwory z dwóch pierwszych albumów Brytyjki także pojawiały się w moim prywatnym trzydzieści ton lista lista, mimo ich, w gruncie rzeczy, licznych problemów. W każdym razie z niecierpliwością czekałam, co tym razem zaprezentuje Lianne La Havas i…

Po każdym kolejnym odsłuchu zmieniało się moje zdanie na temat tej płyty. Dobrze, że resztki ludzkiej przyzwoitości nakazały kilkukrotne przesłuchanie albumu przed napisaniem paru niemiłych słów, bo po pierwszym odsłuchu ta recenzja skończyłaby się niemal wyłącznie na nich. Bez wątpienia najnowszej płycie Brytyjki nie można odmówić spójności. Niestety, jak to się często zdarza, właśnie ona poniekąd stała się także jego wadą. Gdy zerknęłam na wyświetlacz i zobaczyłam, że słucham „Interlude”, pomyślałam, że w sumie większość płyty brzmi jak jedno wielkie interludium, przedłużające się w nieskończoność oczekiwanie na wybuch bomby. Po całkiem mocnym otwarciu – pełnej wersji soulowego singla „Bittersweet”, który wprowadza rozstanie jako motyw przewodni albumu – dostajemy kilkanaście minut tzw. przyjemnych piosenek, które radio z kawiarnianej sieciówki przywitałoby z otwartymi ramionami. Na tle tej milutkiej rytmicznej masy wyróżnia się urzekająca „Green Papaya” z pływającym gitarowo-basowym tłem, mocno zainspirowana twórczością Joni Mitchell. Kawałek ten zwraca uwagę jednak także silnym wibratem Lianne, silnym aż do przesady. Artystka słynie z tego perfekcyjnie dośrubowanego, wybitnie szerokiego wibrato, które też zwróciło moją uwagę, gdy usłyszałam ją po raz pierwszy (niesamowite, że można aż tak równo jechać...). Na „Lianne La Havas” jednak Lianne czasem przechodzi samą siebie w tym aspekcie – momentami jej wibrato brzmi, jakby było mierzone od linijki.

Na szczęście długo oczekiwana bomba wreszcie wybucha, i to zaraz po interludium. Znajdujący się w samym środku stawki cover utworu Radiohead z albumu „In Rainbows” – „Weird Fishes” – bez wątpienia stanowi najjaśniejszy punkt tego albumu. Świetny zabieg pojawia się już na samym początku utworu: perkusista zaczyna słynny pattern z oryginału, aby za moment płynnie przejść w motyw soulowy. Temu aranżowi charakteru nadaje zarysowany grubą kreską bas (który w ogóle dosyć często zaznacza swoją obecność na tym albumie – i bardzo dobrze). La Havas dodała od siebie także przepiękne harmonie, a połączenie wszystkich czynników pozwoliło na stworzenie zupełnie osobnego od genialnego oryginału, pełnowartościowego tworu. Lianne zagrała „Weird Fishes” już w 2013 roku na swoim pierwszym koncercie na festiwalu Glastonbury, czym absolutnie zachwyciła tamtejszą publiczność (zresztą trudno się im dziwić, równie trudno im nie zazdrościć). Siedem lat później utwór ten stał się osią, wokół której Brytyjka zbudowała trzeci w dorobku album.

Dwa poprzednie albumy, „Is Your Love Big Enough?” oraz „Blood”, obfitowały w melodyjne, pop-soulowe kompozycje z naciskiem na pop. Większość z tych utworów (a z debiutu – właściwie każdy, bez wyjątku) jest na tyle wpadających w ucho, że z łatwością można je zanucić pod prysznicem. Łatwość oczywiście tym większa, im dłuższy macie staż w podprysznicowym śpiewaniu. Zdarzają się bowiem niewygodne tonacje lub okrutnie szeroki ambitus, momentami nie do przeskoczenia (przetestowane). Przyznam jednak, że starszych utworów La Havas zdecydowanie lepiej słucha się w wersjach koncertowych lub akustycznych. Dzieje się tak oczywiście za sprawą bezsprzecznie ogromnej muzykalności oraz kunsztu artystki, które to na żywo łatwiej jest dostrzec i popodziwiać, lecz także przez niefortunną produkcję pierwszych dwóch albumów (a zwłaszcza debiutu). Naprawdę świetne kompozycje z wykonywanymi przez Lianne partiami gitarowymi w wersji studyjnej zbyt często trącą niezbyt szlachetną, dość anachroniczną wersją popu. Krążek „Lianne La Havas” pozbawiony jest już tego typu problemów. Został wyprodukowany bez zarzutu, a do tego znajduje się o wiele bliżej soulu w tej popsoulowej zbitce. Z powodzeniem stara się czerpać także m.in. z muzyki improwizowanej – za przykład niech posłuży „Sour Flower” z drugiej części albumu.

Po entym przesłuchaniu płyty dochodzę do wniosku, że jest to najdojrzalszy krążek w karierze Brytyjki. Być może nie tak przebojowy, jak „Is Your Love Big Enough” czy „Blood”, ale paradoksalnie w tym właśnie tkwi jego siła. Warto było dać mu kilka szans; nie zawiódł, podziękował. Do albumu miałam podejście – zgodnie tytułem jego klamry – słodko-gorzkie. Ostatecznie jednak skończyło się na korzystnych dla niego proporcjach.

Karolina Prusiel (14 września 2020)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także