Ocena: 7

Charli XCX

Charli

Okładka Charli XCX - Charli

[Asylum; 13 września 2019]

Jeżeli istnieje w ogóle pojęcie niezależnego mainstreamu, to we współczesnym popie pojawiło się stosunkowo niedawno. Piosenkarki kojarzone początkowo z teen popem skupiającym środowiska Disney Channel przechodzą szybką drogę do światowych list przebojów, żeby wymienić tylko Miley Cyrus, Arianę Grande czy Carly Rae Jepsen. Szybko zdobyta sława nie staje się jednak celem w samym sobie, a wzmocnienie nazwiska daje większą swobodę w wytyczaniu sobie własnych ścieżek popowego rozwoju. Mocno obyte we współczesnych trendach artystki coraz częściej rezygnują z popu środka oraz stawiają na ryzykowne zagrywki, zarówno producenckie, jak i tekstowe. Indywidualizm tego rodzaju coraz częściej zdobywa uznanie niezależnych słuchaczy z odmętów Rate Your Music czy 4chanowego /mu/. Dochodzi do tego, że fanami takiej twórczości, wbrew przyjętemu stereotypowi muzyki dla dojrzewających dziewczynek, stają się intelektualiści w grubych oprawkach po trzydziestce. Wydaje się, że najbardziej skrajnym przykładem takiej drogi rozwoju jest Charli XCX: instagramowa gwiazda, która jeszcze niedawno wydawała piosenki do soundtracku „Gwiazd Naszych Wina” czy dance-popowe albumowe cukierki w rodzaju „Sucker”.

„Charli” miało ambicję, by stać się całkowicie nowym rozdaniem w światowym popie. Producentem wykonawczym został A. G. Cook, czyli głowa konceptualnego labelu PC Music, który w karykaturalny wręcz sposób stara się naginać zasady współczesnego populistycznego songwritingu. Uczestniczył on już w poprzednich sesjach do rewelacyjnego „Pop 2” i jako sprawdzony zadaniowiec dostał prawdopodobnie jeszcze większą swobodę twórczą. Obok głośnych już artystów (Troye Sivan, Lizzo, Clairo lub zespół Haim) album równoważą undergroundowe nazwiska związane z muzyką eksperymentalną, żeby wspomnieć nadzieję house Yaeji, rapera Tommy'ego Casha, kontrowersyjną Kim Petras czy idącą w coraz mroczniejsze strony Sky Ferreirę. W dużym skrócie osoby, których teoretycznie na takim albumie powinno nie być. Wszystkie te wybory zdają się być nieprzypadkowe. Charli XCX już od „Vroom Vroom” nagranym z wizjonerką SOPHIE jest zafascynowana współczesnymi zmianami i trendami we współczesnym popie. Wydawało się, że sam album zaryzykuje w takim razie trochę więcej. Udało się tylko połowicznie.

Równoważenie się w sumie całkiem dobrze oddaje ryzyko podjęte na płycie. Na każdy ambitniejszy materiał przypada całkiem zachowawczy electro-pop przeznaczony do szerszej konsumpcji. Jego pojawianie się nie jest absolutnie wadą, różnorodność nie pozwala na zastój w miejscu, ale można odnieść wrażenie pewnej niespójności. Trochę to dziwne w kontekście różnorodnych stylistycznie (o dziwo) mixtape’ów „Pop 2” i „Number 1 Angel”, które tworzyły jednak pewną zwartą całość i były utrzymane w jednym kluczu, jeśli chodzi o klimat. Rozumiem jednak, że album oznacza większy kompromis z wytwórnią, niż bardziej wolny twórczo mixtape. „Charli” można podzielić w zasadzie na trzy części: teraźniejszość, przeszłość i przyszłość.

Teraźniejszość to w zasadzie powielanie klimatu poprzednich wydawnictw. Cały ciąg kawałków od „Thoughts” do „Official” (które są rozliczeniami miłosnymi Charlie) to niejako powtórzenie rozmarzonej i intymnej atmosfery, zahaczającej wręcz o balladę. Od razu jednak zaznaczmy, że smutne wybijanie rytmów syntezatorem i łagodne ozdabianie ich wokalem Charlie nie działa już tak odświeżająco jak w przypadku chociażby rewelacyjnego „Track 10”. Wstawka z tego numeru pojawia się w postaci ślicznego (Pitchfork napisał o nim transcendencjalny, no okej) refrenu na „Blame It on Your Love”, którego lekkość została spartaczona przez słynną akordową czwórkę i gościnny, ekstrawertyczny występ Lizzo, rozprawiającej o swoich pośladkach (który świetnie spasowałby w późniejszym „Shake It”). Emocjonalny introwertyzm wczesnego PC Music został przemielony w schematyczny numer EDM. W zasadzie oprócz łzawego „I Don't Wanna Know” (gdzie nie do końca pasuje mi wyciąganie wokalne Charlie) ciężko będzie coś zapamiętać na dłużej w kontekście jej całej kariery. Zdecydowanie najlepsze jest pojawiające się jeszcze w końcówce dość nieoczywiste „February 2017” we współpracy ze śpiewającą po koreańsku Yaeji.

Przeszłość oznacza cofanie się do tradycyjnych electro-popowych hitów dla każdego. Największym hołdem jest oczywiście numer „1999”, który w tekście wspomina złote czasy: „...Baby One More Time” Britney Spears oraz Justina Timberlake’a z MTV (w przypadku Troye Sivana wręcz w erotyczny sposób). W zasadzie cały numer to prześmiewcza parodia kiedyś to było przy jednoczesnym wspominaniu z wielkim sentymentem legendarnych wytworów kulturowych czasów dzieciństwa. „Titanic”, Simsy, Nokia 3310 - serdecznie polecam teledysk. Najjaśniejszym punktem albumu pozostaje singiel „Gone” z kapitalnym występem gościnnym Christine and the Queens. Chemia między Charli a Chris, a także ich wspólne utożsamianie się ze swoim niedostosowaniem społecznym, to zdecydowanie najbardziej emocjonalny moment albumu z wręcz agresywnie wyśpiewanymi linijkami: I feel so unstable/fucking hate these people. Z drugiej strony mamy leciutkie i zwiewne „Warm”, które w pewnym momencie pozwala przypomnieć, że wciąż mamy się na tej płycie dobrze bawić.

Przyszłości, jak na wszelkie zapowiedzi, jest stosunkowo niedużo. To przede wszystkim post-industrialna wersja popu w wersji ubiegłorocznej Sophie czy tegorocznego 100 Gecs w postaci „Click” czy „Shake It”. Surowe w podkładach, ale starające się równoważyć przebojowymi wokalami, dekonstruujące (gatunkowo) monstra. Na każde „1999” przypada całkowicie odmienne „2099”, czyli własna wizja przyszłości Charli. Już sam otwieracz, oprócz samego tytułu „Next Level Charli”, to seria odwołań do muzyki jutra oraz wspominania najważniejszych jej zdaniem postaci całego ruchu (przede wszystkim PC). Ambicje Charli sięgają przecież wysoko, powołała nawet do życia niezależną wytwórnię Vroom Vroom (jak czytamy na stronie labelu: Combining her love of sugar coated bubblegum pop with mystery and darkness, the artists coming up through Vroom Vroom will be sharp, potent and deadly. With timeless hooks and next level production these artists will leave their mark on pop music). Generalnie chyba więcej gadania niż konkretów, ale to wciąż krok naprzód w stosunku całej jej kariery.

Jak widzicie, recenzent chciałby więcej radykalizmu i chciał stworzyć tekst o tym, jak to pop idzie w muzykę przyszłości oraz rozpisywać się o niestworzonych rzeczach niespotykanych nigdzie wcześniej. Nie musicie go słuchać. „Charli” albowiem jest po prostu świetnym i zróżnicowanym popowym albumem, w którym każdy znajdzie swoją własną przestrzeń i może sobie ją okroić w Spotify do tych paru esencjonalnych kawałków. Osobiście częściej będę wracał do „Number 1 Angel” i „Pop 2”, wyczekując w nieskończoność na długogrającego „Vroom Vroom”, ale w życiu nie powiem, żeby Charli XCX zawiodła. Jako stary facet przed trzydziestką pozostaje mi czekać, aż pojawi się na jakimś większym festiwalu obok jakiegoś Toola. Zawsze będę mógł powiedzieć, że znalazłem się przy barierkach przez przypadek.

Mateusz Mika (27 września 2019)

Oceny

Grzegorz Mirczak: 7/10
Średnia z 1 oceny: 7/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także