Ocena: 5

Sleater-Kinney

The Center Won't Hold

Okładka Sleater-Kinney - The Center Won't Hold

[Mom + Pop; 16 sierpnia 2019]

Zespół zmierza w nowym kierunku, a dla mnie przyszedł czas, by ruszyć dalej – nalepka z tym cytatem pochodzącym od odchodzącej ze Sleater-Kinney Janet Weiss powinna znaleźć się na każdym egzemplarzu „The Center Won’t Hold”. Obok warto byłoby umieścić informację (ostrzeżenie?) o tym, że producentką albumu jest Annie Clark (St. Vincent). Te dwa czynniki, o których trąbiono długo przed premierą, okazały się bowiem znacznie bardziej kluczowe, niż można było sądzić. Jeden z nich mógł wzbudzać pewien niepokój, drugi natomiast zaciekawienie. Koniec końców każdy z nich sprawił, iż „The Center Won’t Hold” rodzi nieco mieszane uczucia, z tendencją zmierzającą raczej do zawodu.

W 2015 roku, po dekadzie przerwy, Sleater-Kinney wydały „No Cities To Love”. Powrót ten wówczas wydał się jak najbardziej sensowny i można było z wielkimi nadziejami wypatrywać przyszłości. Na dziewiątym albumie „The Center Won’t Hold” podstawą miało być nowe i faktycznie nowe otrzymujemy. Tylko, że ja nie takiego nowego oczekiwałem. Garażowe brzmienie poszło w odstawkę, a całość staje się w dużej mierze starannie i przesadnie wygładzona pod piosenkowy format. Gitar jest mniej, w kilku przypadkach ustąpiły one miejsca klawiszom i rozmaitym zabiegom elektronicznym. O miłej dla ucha agresywności w wokalu Corin Tucker można w zasadzie zapomnieć. Całość momentami niebezpiecznie zmierza w stronę electropopu. Wszystko to sprawia, że powody odejścia Janet Weiss po 22 latach współpracy wydają się jak najbardziej zrozumiałe. Jeśli bowiem ktoś powiedziałby mi jeszcze kilka miesięcy temu, że na nowej płycie zespołu usłyszę automat perkusyjny, prawdopodobnie uznałbym, iż dalsza rozmowa z nim nie ma sensu.

Powiedzieć, że pozycja osoby producentki czy producenta współcześnie może niekiedy wzbudzać pewne kontrowersje, to nic nie powiedzieć. Czasami ich wizja bywa w zbyt dużym stopniu przytłaczająca. Prawda w przypadku „The Center Won’t Hold” jest taka, że gdybym chciał posłuchać St. Vincent, to włączyłbym sobie St. Vincent. Nie do końca rozumiem potrzeby przemycania jej patentów i to w aż takiej ilości. Być może pewnym usprawiedliwieniem jest fakt, iż materiał na płytę powstawał na odległość, przez co zadaniem Clark stało się zlepienie skrawków pomysłów w całość, ale to pewnie tylko durne domysły. Sam rezultat może nie jest tragiczny, ale taki, do którego wracać za bardzo się nie chce. Nagrania z każdym kolejnym odsłuchem coraz bardziej drażnią, a także uzmysławiają, że dało się lepiej. Kiedy przymykam oczy i staram się zapomnieć, że chodzi o Sleater-Kinney, to takie utwory jak „Hurry On Home” czy „The Dog/The Body” dają radę. Ale nie da się zbyt długo samego siebie oszukiwać. W konsekwencji cytat z Yeatsa, od którego pochodzi tytuł płyty: Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze nabiera dla mnie znaczenia, którego chyba niekoniecznie zespół oczekiwał.

W Sleater-Kinney zawsze niezwykle ważna była treść i pod tym względem w zasadzie wiele się nie zmieniło. Mamy więc coś o #MeToo, potrzebie solidarności kobiet, podteksty o Trumpie czy coś o dojrzewaniu i kwestiach cielesnych. Zasadniczy problem polega na tym, że liryki wyśpiewywane są w taki sposób i w takim dźwiękowym otoczeniu, że siła ich działania nie jest na pewno porażająca. Powtarzanie nieco banalnych wersów po kilka razy też jakoś mi do końca nie pasuje.

Nie odbieram zespołowi prawa do obierania nowej drogi. Ba, uważam, że w przypadku grup, które istnieją kilkadziesiąt lat, jest to wręcz wymagane. Nic jednak nie poradzę na to, że nowe oblicze Sleater-Kinney razi przeciętnością. Na barykadach nie stanę, płyty nie połamię, nie będę nic mówił o zdradzie, ale gdy nadejdzie mnie ochota na Sleater-Kinney, to „The Center Won’t Hold” będzie prawdopodobnie ostatnim wyborem. I życzę sobie, by następnym razem panie poszukały sobie kogoś innego do produkcji.

Michał Stępniak (13 września 2019)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także