Ocena: 7

Hatchie

Keepsake

Okładka Hatchie - Keepsake

[Heavenly; 21 czerwca 2019]

W dream popie, zwłaszcza tym lekkim, piosenkowym, było już wszystko. Łatka indie pop / dream pop została przemaglowana na wszelkie możliwe sposoby, a płyt powielających te schematy wydaje się obecnie za dużo (nie bez przyczyny jest też powrót shoegaze’u do łask w ostatnich latach). A jednak nieco ponad rok temu na drugim końcu globu pojawiła się znienacka Hatchie i udowodniła, że bazować na oklepanych motywach też trzeba umieć. Nic więc dziwnego, że na „Keepsake” niektórzy czekali jak na dreampopowy powiew świeżości. Czy wyszło? Tak, aczkolwiek nie.

Hatchie dołączyła do stosunkowo licznego w 2019 roku grona artystek z Antypodów, które bazują na delikatnym, emocjonalnym songwritingu. I tak po Stelli Donnelly, Julii Jacklin i Aldous Harding mamy dwudziestopięcioletnią Harriette Pilbeam, której zeszłoroczna epka „Sugar & Spice”, garściami czerpiąca z najlepszych dokonań Lush, The Sundays, Cocteau Twins albo The Cure, odbiła się naprawdę szerokim echem. Właśnie dlatego, że była zwykła, dobrze znana (nawet głos artystki brzmi jak znajomy od zawsze) i wyróżniająca się zarazem – cukierkowością, urokiem, klimatem. Nazwy inspiracji z przeróżnych muzycznych światów można by zresztą mnożyć, co też jest jakimś dowodem na uniwersalność brzmienia Australijki.

Wydaje się jednak, że „Keepsake” sukcesu kilku milionów odtworzeń na Spotify może nie powtórzyć. Już „Without a Blush” z hookiem rodem z MBV czy też „Obsessed” zwiastowały, że niekoniecznie w każdym utworze będziemy przez cztery minuty leżeć na trawie i patrzeć w gwiazdy. W tanecznym „Unwanted Guest” gitary robią się wręcz zadziorne. Efekt ładny, ale atmosfera ulatuje, choć już po paru sekundach na chwilę wraca wraz z cukierkowym wokalem i gitarową ścianą w tle – i tak w zasadzie przez cały album. Gdy Hatchie idzie w melodyjną produkcję, urok i słodycz, jest pięknie, gdy zaczyna szukać dalej i bazować na rytmie, ta pospolitość najntisowych piosenek traci coś, co ją wyróżnia. Dlatego największym highlightem z „Keepsake” zdecydowanie jest przeurocze „Stay with Me”.

Płyta jest więc bardziej zbiorem dziesięciu ładnych, dopracowanych, ale też luźno powiązanych i niestety nierównych utworów. Szkoda, bo choć piosenkowość czy singlowość ma znaczenie, to była nadzieja na materiał, który stworzyłby 45 minut odskoczni od codzienności za sprawą spójnego klimatu. Wciąż jednak tworzą go pojedyncze strzały, a świetne wzorce, których wpływy słychać w każdym dźwięku, dają nadzieję na przyszłość.

Jędrzej Furmann (30 lipca 2019)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także