Ocena: 7

Mitski

Be The Cowboy

Okładka Mitski - Be The Cowboy

[Dead Oceans; 17 sierpień 2018]

Choć mamy dopiero październik, zaryzykowałbym tezę, że 2018 na terytorium indie rocka zdominowały kobiety. Mieliśmy wszak nienachalne, skromne, a jednak misternie skonstruowane piosenki Anny Burch, przywołujący ducha Land Of Talk album Snail Mail czy wysoce ceniony przez krytykę debiut Soccer Mommy. Choć pozornie Mitski zdaje się posiadać ten sam rodowód co wymienione, to jednak „Be The Cowboy” wykracza poza gitarowy sztafaż, coraz odważniej eksponując muzyczną wszechstronność oraz, nie owijając w bawełnę, naprawdę solidny songwriting urodzonej w Japonii artystki.

Nie mam jednak wątpliwości, że na ścianach pokoju Mitski wisiały kiedyś plakaty Pixies czy Guided by Voices. Intensywność i zwięzłość krótkich dwuminutowych strzałów jakie znajdziemy na tegorocznym albumie zdaje się sugerować fascynację artystki tym formatem, co osobiście bardzo sobie cenię. Nie jest to jednak wartością samą w sobie. Gdyby nie ogromny pietyzm i sprawność, z jaką Mitski podchodzi do tematu dramaturgii utworu, byłoby to ledwie ciekawostką. Natomiast począwszy od otwierającego całość „Geyser” doświadczamy na własnych uszach, że nie lubi się ona powtarzać. Z każdym fragmentem utwór zyskuje na intensywności, by kulminować nagromadzone napięcie w ekstatycznym, refrenowym miłosnym wyznaniu, skierowanym do muzyki (jako takiej), o czym Mitski wspomina w jednym z wywiadów.

Z przyjemnością obserwuje się, jak wątki ledwie sygnalizowane na poprzednich albumach, na nowym zostają w dojrzały sposób rozwinięte, dając w efekcie bardzo różnorodny album. Bo choć mamy wciąż do czynienia z artystką gitarową, to na „Be The Cowboy” dominuje pianino. Sprawia to, że choć takie numery jak „Pearl”, które spokojnie odnalazłyby się na płytach Franka Blacka, oferując przyjemną mieszankę melodyjności i gitarowego brudu, mogą się podobać, to jednak singlowe wybory artystki oraz jakość tych utworów każą nam na nie skierować uwagę. Za pomocą „Nobody” Mitski dokonuje brawurowego przemarszu z garażu na parkiet – słychać to nie tylko w wypolerowanej produkcji, dziarsko podcinanej dyskotekowej gitarze, ale przede wszystkim w zawieszonej pomiędzy rozpaczliwą zwrotką, a wybuchową błogością refrenu, kompozycji.

Piosenki Mitski brzmią całkiem świeżo ze względu na częste porzucanie tradycyjnego podziału zwrotka-refren. Jej kompozycje operują bowiem specyficzną formą budowania dramaturgii, w której napięcie stopniowo wzrasta, by osiągnąć climax w momencie quasi-refrenu, po którym następuje koniec utworu. Dobrze demonstruje to senny „Pink in the Night”, który rozwija się od delikatnego, dream popowego syntezatora, któremu w sukurs idzie melodyjna gitara, a w finale przyłącza się hiperaktywna perkusja. Z drugiej strony „Blue Light”, startujący żwawą gitarą, gdzieś w połowie zamienia się w rozmarzoną „du du” kołysankę. Obrazu całości „Be The Cowboy” dopełnia zabawa sprzężeniem zwrotnym pomiędzy muzyką a tekstami. Wspomniany „Nobody”, choć najbardziej przebojowy, opowiada o samotności ściskającej gardło. Zaś „Me and My Husband” to dość kuriozalny hymn na cześć „małżeństw mimo wszystko”, któremu towarzyszy naprawdę patetyczny, podbity dęciakami finał.

Nowy album Mitski odwołuje się do naprawdę pokaźnej ilości estetyk: mamy do czynienia z alternatywną wariacją w temacie disco, klasyczną folkową balladą, dream popowymi mgiełkami czy utworami tylko i wyłącznie na fortepian i głos. Owa rozmaitość inspiracji wpływa naturalnie na różnorodność jakości konkretnych utworów, a co za tym idzie, „Be The Cowboy” jest dość nierówną płytą. Ciekawi kierunek obrany na „Nobody” czy „Washing Machine Heart”, w którym melancholia, tkwiąca gdzieś w songwritingu Mitski, zostaje skonfrontowana z bardzo nośnym, popowym vibe’em. Z drugiej strony jednak wspomniane „Me and My Husband”, zahaczające o country „Lonesome Love” czy mrugające w stronę fanów Tori Amos „Come Into The Water” są zwyczajnie odtwórcze i wypadają blado na tle pozostałych utworów. W ostateczności 32-minutowa randka z kowbojem oferuje dużo przebojowych i interesujących momentów oraz kilka lekko chybionych fragmentów, dając album dobry, lecz odrobinę rozczarowujący – bo przecież zawsze może być lepiej, a z Mitski to już na pewno.

Patryk Weiss (14 października 2018)

Oceny

Marcin Małecki: 7/10
Paweł Ćwikliński: 7/10
Średnia z 2 ocen: 7/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także