Ocena: 8

Björk

Utopia

Okładka Björk - Utopia

[One Little Indian; 24 listopada 2017]

Zacznę z grubej rury i powiem, że dla mnie „Utopia” to najlepsze dzieło Björk od czasu „Medulli”. Żadne jej wydawnictwo nie pozostawia słuchacza obojętnym, więc wydane następująco po 2004 „Volta”, „Biophilia” i „Vulnicura” nie należą do kategorii aha, spoko. Mi się podobały mniej, choć wciąż doceniam eksperymenty z timbalandowym beatem, zabawy w muzyczne instalacje, apki i inne platformy medialne - traktuję to wszystko jako poszukiwanie kolejnych sposobów wyrażenia się w muzyce. To super, że Islandce chce się dalej grzebać w skostniałym medium, a „Medullę” opartą w lwiej części na głosach i budowaną na wokalnych mozaikach uważam za najciekawszy z tych post-vespertine’owych wojaży. Potrzeba było jednak kogoś z zewnątrz, jakiegoś kreatywnego czynnika, artysty-kosmity, z którym Björk stworzyłaby coś naprawdę nie z tej planety, rzadko spotykaną symbiozę, dzięki której mogła zbudować muzyczną utopię. Madonna z Williamem Orbitem wspinała się na wyżyny, a z Bennym Benassim czy Martinem Solveigiem już nie. To pokazuje, ile znaczy trafienie na odpowiednią osobę, która będzie potrafiła zainspirować i wymienić myśli. Arca pojawiał się już przy poprzednim wydawnictwie, ale było ono jeszcze dość chaotyczne, nie było tak do końca jego dzieckiem. Tym razem śmiało można powiedzieć, że „Utopia” to album przez niego współtworzony, co więcej – to właściwie jego drugi długograj w tym roku. Tylko tym razem to nie Ghersi śpiewa, a ktoś, kto ma w tym dużo większe doświadczenie.

Björk jako artystka wytworzyła swój absolutnie prywatny świat muzyczny i cholernie charakterystyczną manierę, co powinno sprawiać trudności dla artystów z zewnątrz. Dla wielu byłoby to wejście w terra incognita. A tu, o dziwo, hermetyczny songwriting Islandki, nietypowe prowadzenie linii melodycznych i brak klasycznej dramaturgii idealnie zgrały się z indywidualną elektroniczną wrażliwością wenezuelskiego szamana. Architektura jego zmutowanych podkładów pasowała do futurystycznego R&B Keleli i pasuje też do posthumanistycznego popu Bjork. Moje ulubione momenty „Utopii” to te, gdzie instrumenty żywe (ogromne ilości użytych ścieżek fletów) połączone są ze zglitchowanymi arkowymi łamańcami – taki zabieg można usłyszeć w obłędnych „Courtship” i „Losss”, następujących zaraz po sobie. Już przecież „Homogenic” zawdzięczało swoją legendę właśnie temu, że zimna, mechaniczna muzyka była zestawiona z dźwiękami akustycznymi, organicznymi. „Utopia” idzie w tym właśnie kierunku. Oj, jest gęsto w tych aranżacjach – przez artystów dodane zostały jeszcze głosy ptaków i nagrania terenowe. Dzięki tym niuansom płyta, która jako całość może się wydawać lekko unfocused, przydługa i monotonna, po wielu przesłuchaniach jawi się już jako spójny organizm, jako zupełnie osobna forma muzycznego życia. Ona znowu tego dokonała – zrewitalizowała swoją twórczość i zasadziła nowy ogród, pełen nieznanych dotąd egzotycznych dźwięków.

Michał Weicher (14 grudnia 2017)

Oceny

Paweł Ćwikliński: 7/10
Średnia z 1 oceny: 7/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także