Ocena: 8

Lorde

Melodrama

Okładka Lorde - Melodrama

[Lava Records; 16 czerwca 2017]

Czy pamiętacie, jakie najnowsze piosenki znalazły się w opublikowanym przez nas niemal rok temu zestawieniu Top 100 Pop? „Gee” Girl' Generation, „Bound 2” Westa, „REALiTi (demo)” Grimes. Na swojej prywatnej liście miałem także Majora Lazera z „Get Free”, ale reszty redakcji nie udało mi się wówczas do tego numeru przekonać. Druga połowa 2017 roku to dobry moment, by wrócić do tamtej publikacji, a jednocześnie zadać sobie pytanie o kondycję współczesnego popu i jego szansę na stanie się czymś więcej niż sezonową dźwiękową atrakcją. Szczególnie, że kanon jakby drgnął – wraz z wydaniem „Melodramy”.

Mało było w ostatnich latach takich skoków jakościowych między pierwszą a drugą płytą. Oczywiście Lorde już w 2013 na „Pure Heroine” pokazywała spory potencjał. Potrafiła dodać dream do trapu, brzmieć nowocześnie, ale i bezpretensjonalnie, a przede wszystkim przekonująco prowadzić piosenki swoim rozmarzonym głosem, śpiewając z jakby cały czas trzymanym w zanadrzu zapasem ukrywanych możliwości. Jak pisał wówczas Kuba Ambrożewski: „wstrzeliła się w trend hipsteryzujących, para-indie-popowych diw”. Ledwo się pojawiła, a już znalazła się, pod względem ilości publiczności i uznania dziennikarzy, naprawdę wysoko. Ktoś inny piłby szampana. Ona chyba stwierdziła, że po prostu znalazła sobie wygodną półkę, na której można rozbić obóz i spokojnie przygotować się do ataku na szczyt.

Słowem-kluczem do „Melodramy” wydaje się być intensywność. Z pewnością kimś, kto w dużym stopniu pomógł ją wprowadzić do twórczości Lorde jest Jack Antonoff, który w kwestii produkcji popowych i indie-rockowych hitów 2017 roku, gra w pewnym sensie mecz sam ze sobą, odpowiadając także za nowy utwór Taylor Swift, kilka nagrań z chwalonej płyty St. Vincent oraz, rzecz jasna, album swojej macierzystej formacji. Nie mam jednak żadnych wątpliwości, że najważniejszą rzeczą, w której brał ostatnio udział Antonoff, jest „Melodrama”. Jeśli już w 2014 roku słuchaliście Bleachers, a przede wszystkim kapitalnych singli „I Wanna Get Better” czy „Rollercoaster”, z pewnością doszliście do wniosku, że warto śledzić dalszy rozwój autora tych kawałków. Kto jednak spodziewał się, że parę lat później będzie on, pociągającą za najważniejsze sznurki, szarą eminencją współczesnej popkultury?

Dynamizm, robiący kapitalne wrażenie w „Green Light” czy „Supercut” łączy się z zabiegami klasycyzującymi. O ile debiut Lorde był wyraźnie osadzony produkcyjnie we współczesnym kontekście, o tyle „Melodrama” to płyta stawiająca songwriting wysoko ponad brzmieniowymi smaczkami. Można długo komplementować różne warianty zastosowanych w studio rozwiązań. Nowoczesne electropopowe autostrady, na których rozpędza się ta muzyka, są jednak w sumie tylko podkładami. Tak naprawdę kawałki napisane przez duet Yelich-O'Connor/Antonoff poradzą sobie w każdych warunkach, czego sugestywnym przykładem jest wypuszczona jakiś czas temu kameralna sesja dla Vevo z akustycznymi wersjami nagrań. Można by w sumie wydać tę płytę jeszcze w kilkunastu wariacjach – przecież na tym polega istota doskonałych piosenek, że właściwie we wszystkim jest im do twarzy. Choć w pracę nad albumem zaangażowani byli także m.in. Flume i Jean-Benoît Dunckel, ludzie firmy, jeśli chodzi o, z jednej strony, dynamizm, a z drugiej subtelność, to w tym wypadku ich robota sprowadza się do roli mistrzów drugiego planu. Na pierwszym jest songwriting.

Lorde na „Melodramie” sprawia, że chwytamy dźwięki łapczywie, wypijamy je duszkiem, odkrywając, że ktoś znalazł właśnie smakującą świeżo formułę tego, co wcześniej już bardzo lubiliśmy. Piszę synestezjami o synestytyczce, bo ten ulubiony stylistyczny chwyt patetycznych modernistów bardzo pasuje do okładki, jak i całej zawartości tej szalenie emocjonalnej płyty. Lorde nagrała album o dorastaniu, rozczarowaniach, olśnieniach – skondensowanych przez czas, w którym rzeczywistość przyspiesza, jednocześnie wchodząc w ostre zakręty. Imprezowa euforia, kłamstwa, zdrady, zakochiwanie się, odkochiwanie – wiem, brzmi to jak zarys kiepskiego serialu dla nastolatków, ale przecież Lorde tytułem i tekstem w pewien sposób autotematycznego „Sober II (Melodrama)” wyraża tę sprawę wprost: „We told you this was melodrama / You wanted something that we offer”. Ok, przyznaję się. Tu mnie masz Lorde. Porwanego popowymi galopadami w stylu Bonnie Tyler, ale nagranymi w duchu Kate Bush, oczarowanego wachlarzem wprowadzanych spójnie wokalnych możliwości – od delikatnego hip-hopu poprzez soul i power pop (w końcu ona jest z Nowej Zelandii), zauroczonego charyzmą i zaangażowaniem, którym towarzyszy cały czas niesamowity luz, spokój, niebywała wykonawcza klasa.

Gdy parę lat temu Lorde krytycznie wypowiadała się o Lanie Del Rey, można to było traktować jako promocyjne przechwałki. Teraz jednak Ella Marija Lani Yelich-O’Connor wyraźnie pokazała, jaka jest różnica między przywoływaniem pięknych kart historii popu a pisaniem jej nowych rozdziałów.

Piotr Szwed (25 września 2017)

Oceny

Michał Weicher: 7/10
Paweł Ćwikliński: 5/10
Średnia z 2 ocen: 6/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: snivlem
[10 listopada 2017]
znakomity radiowy pop, ale oczywiście Dejnarowicz nawet na to nie spojrzy, jeśli nie ma septymolek i progresji akordowych.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także