Ocena: 7

Japandroids

Near To The Wild Heart Of Life

Okładka Japandroids - Near To The Wild Heart Of Life

[Anti-; 27 stycznia 2017]

Nowy album Japandroids nie zrewolucjonizuje z lekka zatęchłej i odtwórczej muzyki rockowej obecnych czasów. Tak jak nie zrobiły tego poprzednie krążki tej grupy. Zresztą to przecież nigdy nie było jej ambicją. Nowa płyta to kolejny zbiór idealnie nadających się do podśpiewywania w trakcie spotkań w plenerze, przy piwie ze znajomymi, utworów. Takich, które stanowią dobre tło dla coraz to bardziej pijanych rozmów o życiu, związkach, przemijaniu i planach na przyszłość – także tych, których już teraz wiemy, że nigdy nie uda nam się zrealizować.

Na pierwszy rzut oka dostajemy to samo, co na poprzednich płytach. Otwierający album, tytułowy „Near To The Wild Heart Of Life”, równie dobrze mógłby znaleźć się na poprzedniku, czyli „Post-Nothing”. Gdyby tylko dodać do tego trochę więcej energii i podkręcić przester gitary. No właśnie. Gdzie podziało się to koncertowe, surowe brzmienie? Drugi z utworów, „North East South West”, tylko utwierdza we wrażeniu, że jednak czegoś tu brakuje. Albo inaczej - coś się zmieniło. Jest spokojniej (w tle gitara akustyczna), melodyjniej (choć to akurat zawsze stanowiło ważny pierwiastek muzyki zespołu). Perkusja i wokal nie prą już do przodu, nie nakręcają szaleńczego biegu, a raczej akompaniują przy lekkim truchcie, prowadząc słuchacza jako towarzysza podczas podróży zespołu (w przypadku opisywanego utworu) od wschodniego, do zachodniego wybrzeża USA. W tym momencie grupie bliżej chociażby do Bruce’a Springsteena i jego rockowych hymnów niż do punkowego, przybrudzonego brzmienia. Trudno to jednak uznać za wadę, gdy pod koniec mamy ochotę przyłączyć się do wokalisty i wraz z nim zanucić niezwykle wpadające w ucho Whoa oh oh, oh oh oh.

Oprócz spowolnienia tempa mamy na płycie i inne nowości. Najbardziej eksperymentalnym jawi się ponad siedmiominutowy „Arc of Bar”. Napędzany już nie perkusją, a dźwiękiem syntezatorów, z kobiecymi wokalami w tle, niezwykle rytmiczny i w jakiś sposób bardziej uduchowiony od pozostałej części materiału. Być może po prostu dojrzalszy, co zazwyczaj przynosi negatywne konotacje, ale w tym przypadku stanowi owoc poszukiwań nowych środków wyrazu przez zespół. Efekt jest nadzwyczaj udany i chociaż podróż ta nie znajduje żadnego finału, to sama w sobie okazuje się być ciekawa i przede wszystkim – satysfakcjonująca dla odbiorcy. Drugim z wybijających się brzmieniowo utworów jest „I'm Sorry (For Not Finding You Sooner)”. Tutaj z kolei, oprócz elektronicznego tła, na pierwszym planie mamy do czynienia z przesterowanym wokalem, który jak mantrę powtarza kilka wersów tekstu naprzemiennie i stanowi nośnik melodii dla całej kompozycji. Oba te utwory znajdują się w środku albumu, kończąc jego pierwszą połowę i rozpoczynając drugą.

I tak druga część płyty to Japandroids w bardziej klasycznej odsłonie – z nieco krzykliwym wokalem, większym szaleństwem w warstwie brzmieniowej perkusji, podkręcaniem tu i ówdzie tempa („Midnight To Morning”). Jednak nuta, wydaje się nieuchronnych zmian, nadal jest wyczuwalna. Nostalgia zastąpiła beztroskę („No Known Drink or Drug”), ale nie dominuje – stanowi dodatkowy składnik i dobrze wpasowuje się w kierunek, w którym chciał podążyć duet na tej płycie. Pięć lat pomiędzy poszczególnymi wydawnictwami to szmat czasu i ma to bezpośrednie przełożenie na charakter tekstów na płycie. Nie znajdziemy tu zbyt wielu hymnów na cześć beztroskiego imprezowania. Więcej tu tęsknoty za domem i tym co nas w nim czeka (Bring me back home to you z „Midnight to Morning”), pochwałą miłości (ujmujące And no known drink, No known drug, Could ever hold a candle to your love z “No Known Drink or Drug”) czy wręcz jej rozpaczliwym wyznaniem - całe „I'm Sorry (For Not Finding You Sooner)". Charakter tekstów nie kłóci się jednak z samą naturą muzyki – razem nadal stanowią dobrą podstawę do zabawy, ale tym razem jest to już bardziej spotkanie świadomych siebie i swoich ograniczeń oraz pragnień 30-latków, niż wyznających zasadę YOLO pierwszoroczniaków ze studiów humanistycznych. Nadal pełni chęci do życia i czerpania z niego jak najwięcej, ale z pewnym bagażem doświadczeń i patrzących na życie z trochę innej perspektywy. Tak jak i sami twórcy. Płyta zyskuje więc z każdym kolejnym przesłuchaniem i być może… z wiekiem?

Jędrzej Sołtysiak (30 marca 2017)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: yolo pierwszoroczniak
[9 kwietnia 2017]
Jak będę mieć 95 lat to będzie to moja najlepsza płyta rzyciam. :-))
Gość: kolo
[1 kwietnia 2017]
"Otwierający album, tytułowy „Near To The Wild Heart Of Life”, równie dobrze mógłby znaleźć się na poprzedniku, czyli „Post-Nothing”." - mała pomyłka, poprzednik to Celebration Rock :) Z resztą się zgadzam. Szkoda, że chłopaki na wiosennej trasie omijają nasz kraj.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także