Ocena: 7

The Flaming Lips

Oczy Mlody

Okładka The Flaming Lips - Oczy Mlody

[Warner Bros. Records; 13 stycznia 2017]

Nasze recenzje dwóch poprzednich, regularnych albumów The Flaming Lips (nie licząc płyt hołdów dla Floydów oraz Beatlesów) daleko odbiegały od formatu standardowego tekstu. W 2009 roku Mateusz Błaszczyk popełnił imponujący, emocjonalno-ironiczny esej o „Embryonic”, w którym w pełni świadomie poszedł na stylistyczną całość, dążąc do odzwierciedlenia naiwno-pompatycznej strategii zespołu. Pisał m.in. o „straceńczych próbach koloryzowania rzeczywistości, podejmowanych przez właścicieli lokalnego butiku Wszystko po 4 złote, którzy na przekór obumarłemu miastu, przekształcili swą zapyziałą norę w skarlały Disneyland z blachy falistej” oraz o „sąsiedzie, który codziennie wychodzi przed blok, by udoskonalać ogród wyciętymi ze styropianu muchomorkami i bez końca przerabiać oczojebny, niestabilny karmnik (szerokim łukiem omijany przez ptaki)”. Te obrazy będące wyrazem, a jednocześnie hołdem dla straceńczej nieporadności, wiary w to, że można dokonać niemożliwego, odnosiły się autotematycznie do próby zmierzenia się z tematem niezwykle ambitnego (piszę bez przekąsu) albumu, jak i do samej płyty – bezkompromisowej, monumentalnej, ryzykownej, no i przede wszystkim dla Mateusza Błaszczyka bezdyskusyjnie wielkiej.

4 lata temu natomiast „The Terror” stał się dla Sebastiana Niemczyka okazją do snucia rozbudowanych refleksji na temat tego (no właśnie, jak to teraz streścić), w jaki sposób funkcjonujemy w coraz mocniej zależnej od internetu rzeczywistości. Tytułowy terror z płyty The Flaming Lips okazał się metaforą doświadczenia niepokojącej postmodernistycznej płynności, odnoszącej się do życia, jak i do pisania. Można wiele o zjawiskach kulturowych wiedzieć, ale ich na własnej skórze nie doświadczać świadomie, albo też nie werbalizować tego doświadczenia. Sebastianowi Niemczykowi na pewno się to udało, ale czy udało mu się uchwycić esencję poprzedniej płyty autorów „Oczy Mlody”? W pewnym sensie nawet nie próbował, w innym próbował, ale posługując się zupełnie innymi środkami niż te, które zazwyczaj służą do recenzowania. Jedno jest jednak pewne: album został uznany za punt wyjścia do próby zrozumienia współczesności. Zetknięcie się z nim z pewnością było doświadczeniem. To chyba znaczy więcej niż cyferka nad standardowym, pochlebnym tekstem.

Zacząłem od tych artykułów, by zaznaczyć na ich tle odmienną, własną (choć z pewnością nieodosobnioną) perspektywę. „Embryonic” i „The Terror” budziły emocje, wywoływały dyskusje, ale jednocześnie spora część fanów patrzyła na te płyty z wyrazem irytacji i zniechęcenia. Przy wszystkich bardzo poważnych różnicach dzielących wspomniane albumy (od razu może zaznaczę, że z tej dwójki zdecydowanie wolę „The Terror”), ich wspólnych mianowników mamy naprawdę dużo: duszna, przytłaczająca atmosfera, odejście od piosenkowości na rzecz dłuższych, powoli rozwijających się, często transowych, wielowarstwowych utworów, spora ilość szumów, zgrzytów, sprzężeń budujących klimat muzyki ważnej i trudnej, czyli witamy w starej, dobrej progresywności. To, że zespół niemal jednocześnie z „Embryonic” wydał własną wersję „The Dark Side Of The Moon” jest wystarczająco symptomatyczne. Powstaje pytanie, czy The Flaming Lips przejdą do historii przede wszystkim jako ostatni, którzy byli w stanie tchnąć świeżość w konwencję prog-rockowego albumowego monstrum czy raczej przejdą do historii, mimo że zdarzało im się na dyskusyjnych „Embryonic” i „The Terror” zbłądzić na manowce mętnej progresywności? Osobiście, zdecydowanie skłaniam się ku tej drugiej alternatywie.

Dlatego z dużą radością w styczniu 2017 roku powitałem The Flaming Lips po jasnej stronie księżyca. „Oczy Mlody” to płyta nagrana przez ten zespół, który można uznać wielkim nieobecnym naszego rankingu Top 100 Pop. Oni znów stoją tam, gdzie stały dwa słoneczka i inni bohaterowie pamiętnych koncertów z 2003 roku, w krainie przewrotnej naiwności i łagodności. Jak ujął to Jakub Wencel w „Dwutygodniku”, nie wychodzą poza własną strefę komfortu, zapewniając ją także słuchaczowi. Nawiązują do dziecięcego sposobu widzenia świata, bawią się dobrze znanymi klockami i budują z nich zamki, które już kiedyś widzieliśmy. Do tego wszystkiego robią to wszystko w sposób tak wybitnie family friendly, że „Oczy Mlody” to wprost idealny soundtrack to zabawy klockami z kilkuletnim dzieckiem.

Piszę tę recenzję dwa miesiące po premierze, więc wszyscy dobrze już wiecie, że na nowym albumie znajdziemy sporo materiału, który zwyczajnie rozczarowuje. Niektóre nagrania takie „One Night While Hunting for Faeries and Wizards and Witches to Kill” to po prostu nieprzekonująca kombinacja dość oczywistych motywów. „Do Glowy” opiera się na intrygującym transowym podkładzie, ale Coyne błąka się w tej kompozycji ze swoim wokalem, szukając nieudolnie punktu zaczepienia. Takie nagrania, nie wiem, na ile intencjonalnie upchnięte w środkowej części produkcji, przepływają bezinwazyjnie, przypominając trochę alternatywny muzak, a trochę, poprzez pojawiającą się od czasu do czasu orkiestrę, szkicową formę mało wyrazistej muzyki filmowej.

Na szczęście siłą nowego albumu są po prostu dobre i bardzo dobre piosenki: przepiękne, przestrzenne „How??”, dynamiczne „There Should Be Unicorns”, urokliwe „The Castle” czy mocna pointa w postaci ekspresyjnego „We Are Famly” z gościnnym udziałem muzy zespołu, jak na Pitchforku określili Miley Cyrus. To nagrane bez zbędnych kombinacji, oszczędne, stanowiące być może tylko echo najlepszych dokonań grupy (refleksje „The Soft Bulletin” czy „Yoshimi”), ale po prostu wciągające, przekonujące, zwyczajnie ładne, niezwyczajnie piękne kompozycje. Łączą one kojącą manierę Coyne’a, melodyjny kunszt, popową gładkość z garścią pomysłów zakotwiczających grupę we współczesnym pejzażu dźwiękowym. Wielkie uznanie dla Dave'a Fridmanna, który potrafił nadać brzmieniu aktualność (np. poprzez wywołujące skojarzenia z zabawami współczesnych raperów modyfikowanie wokalu we fragmentach „How??” czy trapowe skrawki podkładu wykorzystane w „We Are Famly”), robiąc to w sposób jednocześnie efektowny i nienachalny.

Co najważniejsze, progresywność jest tu odpowiedzialnie dawkowanym dodatkiem, a nie — wywołującym mdłości głównym składnikiem. Jeśli więc nawet twórcy „Oczy Mlody” gonią swój własny ogon lub ewentualnie go zjadają, to trzeba przyznać, że są w rzadkiej dziś sytuacji artystów dysponujących na tyle wyrazistą tożsamością, że wracając do korzeni, robią coś niemal niepodrabialnego, zamiast dołączać do grona bezbarwnych epigonów postczegoś. Może więc jest z nimi trochę tak jak z bohaterką wspaniałego „I Can Be A Frog”, mogą być wszystkim: lwem, nietoperzem, górą, rybą, helikopterem, ale najlepiej wychodzi im po prostu bycie The Flaming Lips. Wszędzie dobrze, ale najlepiej „Blisko domu”.

Piotr Szwed (15 marca 2017)

Oceny

Michał Weicher: 6/10
Paweł Ćwikliński: 5/10
Średnia z 2 ocen: 5,5/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także