Ocena: 8

Red Emprez

Reborn

Okładka Red Emprez - Reborn

[Self-released; 4 maja 2016]

Co tam w electropopie? Polacy trzymają się mocno. Reni Jusis, wracająca po latach z propozycją iskrzącą się od hooków, solidny album Rebeki, intrygujące różnorodnością i zaskakująco dobrym wykorzystaniem języka ojczystego zapowiedzi nowej płyty Xxanaxxu, które zaczynają przekonywać dotychczas kpiarsko nastawionych do tego duetu redaktorów Porcys. Warty odnotowania jest także na pewno powrót Super Girl and Romantic Boys. Można co prawda powiedzieć, że ich nowe piosenki to tylko cienie dawnej świetności i trudno je porównywać do zawartości być może najsłynniejszej w historii polskiej popkultury przez lata niewydanej płyty (która wreszcie pojawiła się trzy lata temu i odtąd wypada ją oficjalnie nazywać „Miłością z tamtych lat”), ale ciężko też uznać „Osobno” za porażkę. Wszystkich wspomnianych projektów dało się słuchać w ciągu ostatnich miesięcy z mniejszą lub większą, ale jednak autentyczną przyjemnością, żaden jednak nie robił takiego wrażenia jak trzecia płyta Red Emprez zatytułowana „Reborn”.

Trudno określić, na czym polega w muzyce tajemnica jakości hedonicznej, która powoduje, że do jakiegoś albumu pragniemy sięgać co chwilę, jak nienasycone dziecko spragnione ulubionych cukierków. Czasami twórcy przywiązują nas do siebie mało wyrafinowanymi metodami, wprowadzając dużą zawartość glukozowo-fruktozowego synth-popu, melodyjne benzoesany czy też wyjątkowo ciężkostrawne utwardzane tłuszcze aranżacyjne... Wówczas przyjemność nie tylko wywołuje poczucie winy, ale i szybko mija. Bardzo łatwo oskarżyć autorów płyty takiej jak „Reborn” o to, że wchodząc w modną, ale jednocześnie jakże dziś spospolitowaną retro stylistykę, idą na łatwiznę. O ile piętnaście lat temu na new romanticowe inspiracje większość artystów patrzyła tak jak Krzysztof Antkowiak na zakazany owoc, nasze słodkie tabu, o tyle dziś nawiązywanie do motywów z Roxy Music czy Ultravox poleca każda szanująca się pani domu. Jeśli więc chcesz być postrzegany w miarę poważnie, ale naprawdę nie masz nic ciekawego do powiedzenia w tym temacie, odpuść sobie. Naprawdę nie każdy musi nagrywać swój ejtisowy album.

Na szczęście Red Emprez mają sporo do zaoferowania, chociaż nie robią tego w duchu jakże częstego dziś, histerycznego eklektyzmu. Proponują spójne, stonowane, nowe otwarcie, na którym poruszają się jednak w obrębie dobrze znanych brzmień. Każda osoba ceniąca melancholijne wcielenia Soft Cell czy ekspresję wczesnego Talk Talk poczuje się podczas słuchania „Reborn” jak w starym domu, do którego po latach powracamy, przestrzeni eleganckiej, odnowionej, wysprzątanej, ale pełnej vintage'owych mebli, zdjęć z epoki, słowem zachowującej charakter sprzed dobrych kilku dekad. Podobnie konwencjonalne są teksty, wystarczy rzut oka na tytuły – nieszczęśliwa miłość, tęsknota, wędrówka, czyli zestaw romantycznych toposów, w obrębie których sprawnie porusza się przeciętny maturzysta. Skoro jest tak typowo, to skąd tak uzależniająca siła tego materiału? Odpowiedzi są właściwie dwie – nastrój oraz jakość piosenek. Gigantycznym atutem Red Emprez jest wokalista – Adam Bogusłowicz, śpiewa on w nieco manieryczny, szepcząco-mówiący sposób. Na szczęście minęły już czasy, gdy nie mógł się zdecydować, czy chce być kolejnym Davem Gahanem, Trentem Renzorem czy Marilynem Mansonem. Na „Reborn” udaje mu się uniknąć wchodzenia w cudze buty, przekonująco kreuje postać zdystansowanego, hedonistycznego introwertyka, zblazowanego, ale wrażliwego obserwatora rzeczywistości.

W wywiadzie dla Radia Białystok Bogusłowicz i Franczak mówią o bardzo ostrej selekcji, która towarzyszyła powstawaniu albumu, sporo piosenek trafiło do kosza, dzięki czemu mamy płytę, na której naprawdę trudno wskazać słaby motyw. Red Emprez są mistrzami pierwszych sekund. Kawałki takie jak „Cheerleaders”, „Night Train” czy „Everything I Love” potrzebują zaledwie chwili, by przykuć uwagę słuchacza, przejąć kontrolę nad jego ciałem (naprawdę trudno powstrzymać się od tańczenia) i duszą. Emocjonalny ładunek albumu jest naprawdę niesamowity, choć to emocjonalność stonowana, wyciszona, trochę maskowana, a przez to pozbawiona pretensjonalności. Nastrój, który tworzą Red Emprez, można porównać z wrażeniami, jakie zapewniała na swojej najważniejszej płycie mistrzyni sugerowania treści nieoczywistych, czyli Sally Shapiro. Nawet jeśli jeszcze długo i szczegółowo opisywałbym ten krążek, wy, jeśli dokładnie go przesłuchacie, będziecie mieć poczucie, które dobrze określają słowa „More Than This”. Stan zagubienia w wielkim mieście, słodko-gorzka mieszanka ekscytacji i zniechęcenia, miłosne przeczucia i towarzyszące mu wrażenie wyobcowania... Wszystko to i znacznie więcej odnajdziecie między dźwiękami.

Piotr Szwed (27 maja 2016)

Oceny

Ania Szudek: 8/10
Piotr Szwed: 8/10
Wojciech Michalski: 7/10
Średnia z 3 ocen: 7,66/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Kowal
[15 czerwca 2016]
Nieoczywistego? - ja tu widzę najbardziej oczywiste popowe plumkanie, jakie może istnieć. Do drugiej piosenki dotrwałem.
Gość: Olo
[9 czerwca 2016]
Wreszcie coś nieoczywistego, bo ostatnio jak tu zaglądałem to same Westy, Bijonce Radioheady.
Gość: jjsz
[2 czerwca 2016]
Zjawisko vaporwave'u było opisywane na łamach Screenagers, np. w tej recenzji Michał Weichera: http://screenagers.pl/index.php?service=albums&action=show&id=2579

Nie mówiąc o wielu mało oczywistych zajawkach z rubryki Zajzajer.
Gość: Roquentin
[1 czerwca 2016]
Będę mało oryginalny i polecę ci label Dream Catalogue (na bandcampie), ze szczególnym wskazaniem na płyty - 2814, Remember, Telepath, Hong Kong Express, itd. Generalnie w tym gatunku jest milion, trylion płyt, osobiście kieruję się zasadą, że im bardziej kiczowata/ironiczna okładka, tym gorzej, więc najlepsze są oczywiście wizje futurystycznych metropolii a la Blade Runner ;)
Gość: szwed
[1 czerwca 2016]
A co byś polecił z vaporwave'u?
Gość: Roquentin
[30 maja 2016]
OK, "podoba się / nie podoba się" to już tylko kwestia gustu :) Ja po prostu - z nielicznymi wyjątkami - nie kupuję tych współczesnych stylizacji na lata 80, wolę oryginały, które miały w sobie to "coś", a świetnej muzyki z tamtej dekady jest naprawdę sporo. Może chodzi właśnie o kliniczną sterylność tych nowych produkcji? Brak tamtej mgiełki, oryginalnej aury? Ale też na pewno o sam poziom kompozycji i format artystów. Jeśli chodzi o Talk Talk i Soft Cell, masz rację, ich pierwsze płyty można by wrzucić do worka New Romantic, ale potem to już zupełnie inne bajki (w skrórcie, SF - teatralny melodramatyzm, TT - eteryczność, etc.) . Generalnie dla mnie znacznie ciekawszym zjawiskiem niż "ejtis revival" jest tzw. vaporwave (choć też 1 na 50 płyt), ale to już zupełnie inna historia... (przez waszą redakcję raczej nie podejmowana).
Gość: szwed
[30 maja 2016]
Talk Talk czy Soft Cell były hasłami wywoławczymi i myślę, że pewne podobieństwo dałoby się wskazać (choć jak słucham tej płyty, to bardziej jednak słyszę takie współczesne nawiązania do synthu Sally Shapiro czy Molly Nilsson z ostatniej płyty. Oczywiście, że ten album może wyglądać banalnie, ale to trochę tak miało być z propozycją, która powstawała poprzez eliminację różnych elementów (dobrze widać to, gdy porównamy dwie wersje Cheerleaders - obecną i wcześniejszą, z której usunięto sporo ścieżek). Dla Ciebie efekt jest słaby, ja nie mogę wyjść z podziwu, ile świetnych rozwiązań melodyjnych wykombinowali, bawiąc się rzeczywiście ubogim zestawem klocków, weźmy choćby motyw poprzedzający wejście chórków we wspomnianym Cheerleaders.
Gość: Roquentin
[28 maja 2016]
Jak Soft Cell czy Talk Talk? Jakoś zupełnie tego nie słyszę (nota bene, te dwa zespoły miały ze sobą bardzo mało wspólnego, totalnie inna ekspresja artystyczna). Słyszę za to banalny synthpop robiony na plug-inach, tonący w morzu identycznych, aseptycznych retro-stylizacji. OK, może to i sympatyczne, ale słabe. Zaskakująco wysoka ocena + absolutna nadinterpretacja.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także