Yeah Yeah Yeahs
Mosquito
[Interscope; 16 kwietnia 2013]
Yeah Yeah Yeahs zawsze potrafili wsłuchać i wpisać się w obowiązujące trendy muzyczne, zmieniając się z płyty na płytę. „Mosquito” to kolejne ogniwo tego specyficznego kontinuum, czyli próba odświeżenia wizerunku na potrzeby amerykańskiej sceny muzycznej, kształtowanej przez coraz liczniejsze mniejszości etniczne.
„Mosquito” zostanie zapamiętany jako art rockowy album Yeah Yeah Yeahs, innymi słowy: jako połączenie psychodelii z muzyką świata. Słychać tu gospel („Sacrilege”), polirytmię („Mosquito”), reggae („Under the Earth”), funk („Sacrilege”, „Slave”) i kubańską cha-chę („Always”). Aż można by pomyśleć, że Yeah Yeah Yeahs porzucili Nowy Jork dla Nowego Orleanu. Niestety, wszelkich złudzeń pozbawia chaotyczne nagromadzenie elementów: zbyt wiele tu elektroniki, pogłosu na wokalu, niepewnych powrotów do poprzednich wcieleń. Ten brak konsekwencji skutkuje swoistym przedobrzeniem, nadmiarem wątków. Efektem tych zabiegów są dziwne hybrydy, jak „Area 52” – piosenka, w której nieśmiałe odwołania do „Fever to Tell” giną pośród elektro-wtrętów w stylu KMFDM. Przywiązanie Yeah Yeah Yeahs do Nowego Jorku i czasów debiutu bywa jednak punktem wyjścia dla najlepszych momentów na płycie. Wystarczy posłuchać minimalistycznego „Subway” – utworu nawiązującego do muzyki konkretnej, dążącego do punktu kulminacyjnego, który koniec końców nie nadchodzi. Inne oblicze wielkiego miasta odkrywa przed słuchaczem „Buried Alive”, kawałek z gościnnym udziałem Kool Keitha, rapera z Bronxu rodem.
Karen O stwierdziła w jednym z przedpremierowych wywiadów, że na „Mosquito” każdy znajdzie coś dla siebie. I to chyba największa słabość albumu – naprawdę trudno stwierdzić, do jakich gustów próbuje trafić, jest niespójny i rozproszony. To pierwsza pozycja w dyskografii Yeah Yeah Yeahs, która sprawia wrażenie obcowania z półproduktem – nawet jeśli w założeniu miała brzmieć jak opus magnum.
Komentarze
[5 stycznia 2015]
[20 listopada 2013]
[24 kwietnia 2013]
[24 kwietnia 2013]
[24 kwietnia 2013]