Ocena: 6

The Men

Open Your Heart

Okładka The Men - Open Your Heart

[Sacred Bones; 6 marca 2012]

Minęło niespełna dziesięć miesięcy od wydania poprzedniego krążka The Men, a już doczekaliśmy się jego następcy w postaci „Open Your Heart”. Na samym wstępie warto zauważyć, że nowy album ukazuje zespół w nieco innym świetle niż zeszłoroczny „Leave Home”. Przede wszystkim mamy tu do czynienia z muzyką jaśniejszą w swych barwach, o znacznie bardziej pozytywnym wydźwięku, na swój sposób „słoneczną”, a także czerpiącą inspirację z szerszego spektrum wzorców stylistycznych. Z drugiej strony brakuje tu jednak cennego elementu w postaci odrobiny egzystencjalnego niepokoju, który prawie całkowicie ulotnił się z serwowanych nam przez zespół dźwięków.

Już początek płyty sygnalizuje lekkie przesunięcie akcentu w stronę bardziej beztroskiego, lżejszego gatunkowo grania. „Turn It Around” uderza w słuchacza skomasowaną dawką prostej rock’n rollowej energii – w odrobinę banalnym wydaniu, jeśli mam być szczery – chwilami przypominając pod tym względem ostatnie produkcje Foo Fighters, zaś niemal punkowy „Animal” podkręca tempo swoim żywiołowym rytmem. Gdy już sądzimy, że do końca płyty będziemy musieli pławić się w pop-rockowych oczywistościach nadchodzi „Country Song”, który wytrąca nas z błogiego poczucia pewności a propos tego, co możemy jeszcze na tej płycie usłyszeć. Prosty, westernowy motyw, pełna przestrzeni melodia, rozedrgana niczym u Neila Younga gitara, przenosząca słuchacza w jakiś wypełniony słońcem krajobraz. Gdzieś na tej wysokości zaczynają się problemy z jednoznaczną oceną tej płyty. Jednych rozdrażni nadmierna sielankowość umieszczonych tu motywów (i nie mówię tylko o „Country Song”, ale niemal o całej zawartości krążka), inni docenią wiosenną aurę i ciepłe wibracje, które wyczuwa się nawet w najbardziej agresywnych utworach. Następny w kolejności „Oscillation” to rozpędzony psychodeliczny jam, czerpiący pełnymi garściami z shoegaze’owych klasyków pokroju My Bloody Valentine. Praktycznie kontynuację tego kawałka stanowi „Please Don’t Go Away”, również umoczony w noise-popowym sosie. Właściwie tego typu wibracje przenikają cały album, czyniąc go zadziwiająco spójnym, mimo pewnej rozpiętości gatunkowej utworów. Od rozmarzonych, psychodelicznych klimatów odrywa nas odrobinę dramatyczna nuta tytułowego utworu – jednego z najlepszych na tej płycie. Niestety za moment pojawia się poważny zgrzyt w postaci „Candy” – banalnej piosenki opartej na wakacyjnej nucie. „Presence” ponownie dryfuje w stronę słonecznej, rozmytej przez gitarowy pogłos, americany z shoegaze’owymi naleciałościami.

Najnowszy materiał The Men pozwala mieć nadzieję, że będzie to grupa sukcesywnie rozwijająca się i poszukująca właściwych sobie środków wyrazu. Z godną uwagi sprawnością poruszają się w ramach obranej stylistyki, napinając ją do granic możliwości, ale nie powodując większych zgrzytów. Dla mnie największym problemem są tu chyba spuszczone z łańcucha melodie, których szczeniacko-radosnego wymiaru nie przysłoni nawet gitarowy hałas. To już jednak bardziej kwestia indywidualnego gustu. Możliwe, że ten chwyt się sprawdzi i porwie Was niezaprzeczalna energia tej muzyki, bo młodzieńczego entuzjazmu tym nowojorczykom nie można odmówić.

Paweł Jagiełło (28 marca 2012)

Oceny

Karol Paczkowski: 6/10
Średnia z 1 oceny: 6/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także