Golden Ages
Africa [EP]
[własnym sumptem; 1 czerwca 2010]
Czemu do cholery nikt z chillwave’owców i balearikowców nie samplował jeszcze tego kawałka?!, frustrowałem się jakieś dwa miesiące temu, słuchając po dłuższej przerwie największego przeboju soft-rockowych wąsaczy Toto. Reszta historii jest prosta do zgadnięcia, choć tylko do połowy: trzy dni później znajduję cover „Africa” Golden Ages (łatwa część), cover okazuje się kapitalny (trudna część).
Golden Ages to oczywiście jednoosobowy wynalazek niejakiego Francisa Tsenga z Philadelphii, ziomala Blackbird Blackbird i MillionYoung (remiksował obu). Na swojej nowej EP-ce Tseng zajmuje się głównie post-animalowymi impresjami, raz ocierającymi o ambient („Down”), raz przypominającymi elektroniczne oblicze „Merriweather Post Pavillion” („It Doesn’t Mean Shit”), trudno jednak przewidywać, żeby te utwory zmieniły czyjeś życie.
Co innego „Africa”. Wysublimowany, finezyjny groove Jeffa Porcaro wyznaczający rytm oryginału zostaje od pierwszych sekund rozwalcowany potężnym, bramkowanym biciem bębnów – coś jakby członkami Safri Duo byli bracia Kliczko. Delikatne akordy syntezatora Davida Paicha brzmią jakby ktoś zagrał je przy pomocy dwóch bochenków wiejskiego chleba. Wreszcie linia wokalu – u Toto pieczołowicie rozpisana na kilka głosów, tutaj spłaszczona, przesterowana, zaśpiewana niemal indie-rockowo. Efektem jest monumentalne, dwukrotnie przekraczające standardy głośności nagranie, jednocześnie błogo wlewające się do uszu z tą ciepłą, tęskną melodią. Jeden z soundtracków lata.
Komentarze
[30 sierpnia 2010]
[28 sierpnia 2010]