[phpBB Debug] PHP Warning: in file /home/screenag/domains/screenag.linuxpl.info/public_html/content/dom/DomContent.php on line 97: htmlentities() [function.htmlentities]: Invalid multibyte sequence in argument
screenagers.pl - recenzja: Manic Street Preachers - Send Away The Tigers
Ocena: 5

Manic Street Preachers

Send Away The Tigers

Okładka Manic Street Preachers - Send Away The Tigers

[Columbia; 7 maja 2007]

To straszne, ale w tym roku mija piętnaście lat od debiutu Manic Street Preachers. Nawet jeśli byliście zbyt młodzi, by kupić „Generation Terrorists” w tygodniu premiery, ale pamiętacie jak „A Design For Life” czy „You Stole The Sun From My Heart” dominowały w rotacji MTV UK, macie prawo czuć się starymi i nieszczęśliwymi ludźmi bez nogi. Co dopiero Bradfield, Wire i Moore. Status jednej z najbardziej kontrowersyjnych brytyjskich grup lat dziewięćdziesiątych, jaki zapewnił im na przykład „The Holy Bible” oraz status jednej z najbardziej przebojowych brytyjskich grup lat dziewięćdziesiątych, jaki zapewnił im na przykład „Everything Must Go”, spowodował, że Walijczycy od okrągłych dziesięciu lat znajdują się na permanentnym rozstaju dróg. Pomijając fakt, że czegokolwiek by nie nagrali, wielu ich fanów mniej więcej od 1 lutego 1995 gryzie syndrom kończenia się na Kill ‘Em All (i co, że „This Is My Truth, Tell Me Yours” broni się jak mało co z szufladki adult contemporary), Manics nie ustrzegli się znamiennej dla większości britpopowych graczy utraty wyrazistości wraz z wkroczeniem w nową dekadę. Ani niezdecydowanego „Know Your Enemy”, ani zmęczonego „Lifeblood” nie oceniono dobrze, coraz śmielej dworując sobie z zaokrąglonych brzuszków i karykaturując zaangażowanie polityczne tria. Krótko mówiąc, jeśli ktoś życzy sobie Manic Street Preachers nie lubić, to jest wiele argumentów. Łatwizna.

Co zatem zrobić, by odrestaurować choć część dawnej chwały, kiedy próby implementacji miękkich, syntetycznych brzmień na poprzednim albumie nie wypadły przekonująco? Pora oczywiście na chwyt, który przesądza o ostatecznym zaliczeniu każdej grupy w niechlubny poczet weteranów rocka. Znacie ten motyw, że „wracamy do korzeni, ooo tak, nagrywamy na nowo nasz najlepszy album”. To tutaj. Coś dla fanów ery Richiego, coś dla zwolenników britowych hymnów z 1996, nie zapomnimy też o smutasach od zapalniczkowych epików „This Is My Truth”. Manic Street Preachers nie są jeszcze tak starzy, żeby nie pamiętać jak grali w latach dziewięćdziesiątych, ale pierwsze objawy kiełkującej demencji zwiastują liczne momenty, gdzie grupa ociera się o autocytaty. Jeśli gramy numer w mid-tempie, to przy wejściu refrenu blast smykami po mordach. Jeśli szybszy, „punkowy”, to obowiązkowo fajerwerkowa solówka a la Queen. Szczególnym przypadkiem jest tu singiel. Wszystkich stęsknionych za popową mocą MSP z połowy poprzedniej dekady musiał uradować zamaszysty hook „Your Love Alone Is Not Enough”. Ta namolnie chwytliwa, teleportująca w sam środek lata britpopu piosenka powinna była powstać dwanaście lat temu, by zapewnić jeszcze dostatniejsze życie zarówno Walijczykom, jak i Ninie Persson, zresztą cała czwórka była wówczas w znacznie lepszej formie niż dziś. Mimo wszystko kawałek ten w roli filaru radiowej playlisty kosi całkiem konkretnie.

Samo „Send Away The Tigers” jest prawdopodobnie wszystkim, czego może dziś oczekiwać od Manic Street Preachers osoba, która kiedyś ich lubiła, ale teraz zupełnie nie czeka na ich nowy album (zgadnijcie o kim mówię). Garść nośnych melodii oprawionych „kawałem rzetelnej gitarowej roboty” zapewnia ulotną przyjemność, a przede wszystkim pretekst, by pogrzebać na półce w poszukiwaniu dawno zakurzonych egzemplarzy płyt z Edwardsem („Underdogs”, „Imperial Bodybags”), „Everything Must Go” („Send Away The Tigers”, „Autumnsong”) czy „This Is My Truth” („Indian Summer”, „The Second Great Depression”). Innymi słowy, choć tym powrotem do zadziornej retoryki, epickich konstrukcji i elektryczno-smyczkowych brzmień Manic Street Preachers zafundowali swoim słuchaczom sympatyczne deja vu, to jednak obu stronom wymownie przypomina ono o zgubnym w skutkach, nieuchronnym upływie bezlitosnego czasu.

Kuba Ambrożewski (26 maja 2007)

Oceny

Krzysiek Kwiatkowski: 6/10
Przemysław Nowak: 6/10
Kasia Wolanin: 5/10
Kuba Ambrożewski: 5/10
Marta Słomka: 4/10
Średnia z 12 ocen: 6,16/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także