Serwis Screenagers.pl poleca

Four Tet - There Is Love In You
Współpraca z Burialem wyraźnie przysłużyła się Hebdenowi, który podobnie jak Beaven postawił na ograniczenie środków i skoncentrowanie na budowie klimatu. Choć owoc ich współpracy nosił na sobie piętno burialowej melancholii, to już kolejne solowe nagranie Four Tet emanowało pozytywnymi wibracjami. Z prostych bitów i mikrych fragmentów syntetycznych wariacji pozytywkowych melodyjek stworzył intymne, ciepłe i lekkie techno, którego forma może i nie grzeszy nadmiarem atutów ale sprawia wiele przyjemności podczas słuchania.

Gonjasufi - A Sufi And A Killer
W latach 60. bezpośrednim zapisem doświadczenia mistycznego – peyotlowego tripu – była grana na żywo muzyka. Dzisiaj mistyka kryje się w dźwiękowej manipulacji i rozpasanej sampledelii, a Gonjasufi pomimo pozornie archaicznych inspiracji jest kapłanem tego futuryzmu. I choć sampling nie wydaje się mieć wiele wspólnego z twórczością płynącą z serca, „A Sufi And A Killer” pełne jest ezoterycznej duchowości. Trzydzieści lat temu czytaliśmy o tym w fantastycznych książkach; w XXI w. Bóg naprawdę zaczyna wyłaniać się z maszyny.

José James - Blackmagic
Druga płyta José Jamesa zupełnie niespodziewanie okazała się szalenie intrygującą propozycją. Mimo że nad „Blackmagic” unosi się duch D’Angelo czy Maxwella, to i tak modnego obecnie nu-soulu jest tutaj niewiele. Albo inaczej – za sprawą kolaboracji Jamesa z Flying Lotusem schodzą one zdecydowanie na drugi plan, bo z tego albumu na długo pozostają w pamięci przede wszystkim te narkotyczne, duszne, kipiące futurystyczną erotyką kompozycje jak tytułowe „Blackmagic” czy „Made For Love”. Jednakże w takim dość klasycznym i lekkim „Promise In Love” José też potrafi pokazać niejednemu Mayerowi Hawthorne’owi, gdzie raki zimują. Piekielnie zdolny facet, nie da się ukryć.
![Okładka Microexpressions - Deep Snow [EP]](services/albums/reviews/1851/deepsnow_cover-300x300.jpg)
Microexpressions - Deep Snow [EP]
Duet z Jeleniej Góry wyskoczył niczym filip z konopi – tam, gdzie Tin Pan Alley sygnalizowali nam swój jeszcze nie do końca zrealizowany potencjał, Microexpressions nagle rozkwitli bujnie i dorodnie. Śmiemy twierdzić, że od momentu pojawienia się na krajowej scenie The Car Is On Fire nie było u nas zespołu bardziej świadomego tradycji amerykańskiego indie-rocka spod znaku The Dismemberment Plan i równie ciekawie z tą konwencją pogrywającego.

Muchy - Notoryczni debiutanci
Muchy zmężniały, ale wciąż wzbraniają się przed dorosłością – patrz: Michała Wiraszki podszyte niepokojem „życiopisarstwo”, mierzenie się z absurdami codziennej rutyny i neurotycznymi miłostkami. No i wciąż nagrywają świetne piosenki – gówniarskie („Zimne kraje”), ale epickie zarazem (klawiszowe „’93”). Można zżymać się na niuanse nieuniknionej przecież metamorfozy (vide dyskusja wokół produkcji albumu), ale po co? Muchy to wciąż zespół „przez nas i dla nas”!

Toro Y Moi - Causers Of This
„Causers Of This” udała się rzadka w dzisiejszych czasach sztuka: ofensywny hype debiutanckiego krążka Toro Y Moi dał nam się wszystkim solidnie we znaki, ale odsetek haterów pozostaje tu wciąż – o dziwo – na relatywnie niskim poziomie. Może dlatego, że krzywdzenie płyty tak ciepłej i przyjaznej, że oddziałującej niczym balsam, prowadziłoby ku poważnym wyrzutom sumienia? Jedno nie ulega wątpliwości – Chaz Bundick wyprzedził wszystkich w wyścigu po pierwszy album dziesięciolecia, który trzeba zgłębić.











