OFF Festival 2019

OFF Festival 2019: niedziela, 4 sierpnia

Tuzza

Widziałem trzeci raz i – w przeciwieństwie do wielu znajomych – jakoś nie hejtuję tych live actów. To zawsze jest totalna hulanka dla zgromadzonej tuż pod sceną grupki zajawkowiczów i świetnie się nawet tylko patrzy na to wspólne przeżywanie. Choć podejrzewam, że to właśnie alternatywna publiczność stanowi gros audytorium Tuzzy, gdzieniegdzie pojawiały się głosy, że Off nie pozna się na fenomenie rodzimego italo-trapu, szczególnie o tak niefortunnej dla tej muzyki porze. Tuż przed 16 namiot Trójki ciągle świecił pustkami, a Benito i Ricci dopiero beztrosko spacerowali sobie w jego kierunku, by wejść na scenę od strony publiczności. No i poleciało – balladowe intro i kolejne bangery z „Fino Alla Fine” uzupełnione kawałkami z ostatniej EP-ki spotkały się z poklaskiem, zaś nieoczywista charyzma chłopaków nawet nie musiała specjalnie wzmacniać aktywności publiki. Skończyło się aż dwoma ścianami śmierci – w tym jedną z raperami w samym centrum. (Jędrzej Szymanowski)

Wczasy

Nie zliczę już, ile razy widziałem ten duet na żywo (a nie jestem w naszej redakcji rekordzistą pod tym względem), jednak za każdym razem słuchanie tego przegrywcore’u sprawia mi niezwykłą przyjemność. Maczaluk i Żwirełło umiejętnie lawirują między swoistym stand-upem a opowiadaniu o rzeczach, które dotyczą każdego z nas. Były największe przeboje grupy z niedzielnym hymnem „Dzisiaj jeszcze tańczę” na czele, były również nowe utwory, w których Wczasy odchodzą od pielęgnowania porażek na rzecz szerszego spojrzenia na Polskę i relacje międzyludzkie. Warto także nadmienić swoisty support, jaki zagrał przed duetem: na samym początku scenę na parę chwil przejął Eurodanek ze swoim hitem „W ruchu cały czas”, a towarzysząca mu Kicia wspomagała wokalnie Wczasy podczas wykonywania niektórych piosenek. (Marcin Małecki)

Tirzah

Jedna z moich osobistych headlinerek tegorocznego OFFa, nie owijając w bawełnę, dostarczyła. Jej skromny, kameralny występ był dokładnie tym, czego oczekiwałem, wobec czego beztrosko rozpłynąłem się w świecie owych rachitycznych, zmysłowych kompozycji o minimalistycznej proweniencji. Z ciekawością było można obserwować jak niewiele trzeba, by zbudować tak gęstą i – poważnie – ceremonialną atmosferę. Zahipnotyzowany tłum mógł na własne oczy obserwować rytuał radykalnej dekonstrukcji muzyki pop: za pośrednictwem odarcia jej z nimbu aranżacyjnych zabiegów, bogactwa rozmaitych linii instrumentalnych, położyła nacisk na samą esencję: rytm i nagą melodię. Eksponując ten skromny budulec swoich utwór, Tirzah tylko utwierdziła mnie w odczuwanym już wcześniej przekonaniu, iż obecnie na scenie ze świecą można szukać artystów tak pięknie operujących sentymentalną, rzewną nutą. (Patryk Weiss)

Stereolab

Muzyka świata / mamlambalasa soundsystem[...] Koncert festiwalu może być tylko jeden: w tym roku najwięcej przeżyć z cyklu „ważne momenty życia”, dostarczył mi Stereolab. Zespół prezentujący w swoim repertuarze muzykę totalną, niepodrabialną fuzję wszystkiego, co w muzyce lubię najbardziej: kompozycyjnej elegancji, krautrockowej motoryki, punkowego wygaru i koktajlowego kiczu, w Katowicach zafundował mi najpiękniejszy z prezentów: muzyczne spełnienie. Godzina słuchania tej magicznej dźwiękowej magmy minęła jak z płatka, a ja mógłbym dryfować tak jeszcze długo i długo. Doskonała forma sceniczna potęgowała jeszcze ekscytację związaną z byciem we właściwym miejscu we właściwym czasie. Brzmię fanboysko? Cóż, jestem fanboyem angielsko-francuskiego kolektywu i się tego nie wstydzę. Letycja, Tim – dziękuję. (Patryk Weiss)

Daughters

Nie pamiętam kiedy ostatnio byłem na tak powalającym noisowym koncercie. Nie wiem, czy w ogóle na czymś takim byłem. To co ten zespół wyprawiał na scenie przebiło wszystko, a jednocześnie spełniło wszystkie moje oczekiwania. Zobaczyłem to, co zawsze chciałem zobaczyć na żywo, odkąd jako dzieciak oglądałem na Youtube co wyczyniała Nirvana: wokalistę drącego japę, rzucającego się na wszystkie strony - również w publikę - i rozwalającego mikrofon za mikrofonem. Gitarzystów stających na wzmacniaczach i grających nie tylko dłońmi, ale całym swoim ciałem. Publiczność dającą upust swoim najbardziej prymitywnym instynktom i skaczącą non stop we wszystkie strony. Dantejskie sceny, które przy całej swej groteskowości, wydawały się absolutnie szczerym zachowaniem, a nie tylko pozą. Niebiańskie piekło. Gdybym wtedy tam umarł, umarłbym z uśmiechem na ustach. (Marcin Kornacki)

Suede

Narażę się zapewne wiecznie aktywnej frakcji przeciwników capslocka w tekstach o muzyce, ale w tej sytuacji ten tryb zdaje się w pełni uprawniony. Bo są koncerty rockowe i są – uwaga – KONCERTY ROCKOWE. Legendy britpopu dały właśnie taki: wypełniony zarówno przebojami, jak i ogromnymi gestami. A przy tym pozostali zwykłą ekipą kolesi świetnie radzących sobie bez przebieranek czy fajerwerków. Tę rolę idealnie pełni już przecież sam Brett Anderson, teatralnie przegięty do granic możliwości lider, z którego nie sposób spuścić wzroku przez całą długość widowiska. Jego sceniczne ekscesy, wszystkie pozy, ruchy i artykulacja, co krok sięgają właściwie granic absurdu. Można to łatwo obśmiać – jasne – ale patrząc jak ten człowiek całym sobą *wchodzi* w swój koncert, bez żadnej taryfy ulgowej, można to też – tak jak ja – bezdyskusyjnie kupić. Po tym koncercie muzyka Suede nabrała dla mnie w ogóle nieco innego wymiaru. Nie posłucham już nigdy „We are the Pigs” bez wspominki końcowego call and response, zaś przy „So Young” zawsze będę oczyma duszy mojej widział ekstazę ludzi oblegających spacerującego wśród nich piosenkarza. Długo będę wspominał ciarki przy odśpiewanym w całości w parterze „The 2 of Us” czy doznanie zmian akordowych „The Asphalt World”, podobnie jak solowy wykon „The Wild Ones” z ekstremalną redukcją aranżu, tak aby afektowany głos Bretta znalazł dla siebie jak najwięcej miejsca. Anderson jako chodząca (czasem pełzająca) charyzma to jedno. Nie muszę chyba już dodawać, że setlista też wyśmienita, praktycznie Suede grają „Singles”. Najlepszy koncert. Nie sądziłem, że jeszcze takie są. (Jędrzej Szymanowski)

Próbując pooffowo rozliczyć obydwie legendy britpopu z ich tegorocznych występów, stwierdzam remis: dobrze znane charakterystyczne zachowanie i tańce Jarvisa Cockera były dla mnie znacznie bardziej do przełknięcia od teatralnego i manierycznego tarzania się Bretta Andersona po scenie, lecz Suede o wiele lepiej poradziło sobie na polu melodii. Tak jak już zdążył zauważyć Jędrzej, grupa zagrała niemal wszystkie swoje hity - nie mogę odżałować tylko braku “Outsiders”, które mogło zostać równie ochoczo odśpiewane przez publiczność, jak “Beautiful Ones”. Przy takiej osobowości scenicznej resztę zespołu można uznać poniekąd zaledwie za muzyków towarzyszących, ale dźwiękowo żadnej wtopy nie zaobserwowałem. Wręcz przeciwnie, każdy dobrze znany riff brzmiał dokładnie tak, jak powinien zabrzmieć (a pamiętam casus “Just Like Honey” pięć lat temu), co sprawiło, że przymknąłem, a nawet zamknąłem oko na to, jak miotał się Brett. Najbardziej gwiazdorski występ tegorocznego Offa? Być może. Kolejne spełnienie nastoletnich marzeń Rojasa? Niewątpliwie. Przyzwoite zamknięcie solidnej edycji festiwalu? Zdecydowanie. (Marcin Małecki)

Lotic: Endless Power

Trafiłem tylko na końcówkę, ale momentalnie pożałowałem, że nie wyrobiłem się wcześniej na ten pierwszorzędny queerowy performance. Wchodząc do namiotu można było pomyśleć, że ma się do czynienia z wizualizacją lub jakimś nienaturalnym hologramem, jednak im bliżej sceny, tym większy szok w reakcji na to, że na scenie występuje właśnie żywy człowiek. Ogromna osoba, skąpana w dymie i niecodziennie zaprogramowanych stroboskopach. Kosmiczna warstwa wizualna zgrywała się doskonale z poszatkowaną arcową elektroniką, w której sztafażu mieściły się w zasadzie całkiem przyjemne wypowiedzi niemal czysto piosenkowe. Naprawdę imponujący show. (Jędrzej Szymanowski)

Screenagers.pl (16 sierpnia 2019)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: pszemcio
[20 sierpnia 2019]
Spoko, z większością opinii się zgadzam. Szkoda, że zabrakło relacji z Neneh, bo było to top3 festiwalu
Gość: M
[17 sierpnia 2019]
No, od 4 sierpnia jeszcze nie otrząsnąłem się z tego, że uśmiech Laetycji mnie nie zbawił i że ciągle muszę żyć i chodzić do pracy...

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także