Fiona Apple

Zdjęcie Fiona Apple

grafika: © Oliwia Nowakowska

25 lat na scenie, a tylko 5 płyt na koncie. Fiona Apple nie spieszy się z nagrywaniem, ale nigdy nie zawodzi. Jej twórczość to konsekwentne budowanie zupełnie osobnego miejsca na muzycznej mapie. Wydane po ośmioletniej ciszy „Fetch The Bolt Cutters” to dobra okazja do podsumowania całego dorobku artystki, szczególnie że dotychczas była u nas skandalicznie pomijana w recenzjach. Pokazujemy, że dyskografia Amerykanki jest spójna jeśli chodzi o styl i przekaz, ale obfituje też w bardzo odważne artystycznie kroki. Na pewno nie można powiedzieć o Apple, że za każdym razem nagrywa ten sam album, o czym będziecie mogli się przekonać z naszych notek. Zapraszamy na nasz przegląd: od nad wyraz dojrzałego debiutu „Tidal” do ekstrawaganckiego arcydzieła „Fetch The Bolt Cutters”.

Ocena: 8

Tidal

1996

Zdjęcie Tidal

Fionę Apple poznałem dzięki teledyskowi do „Criminal”, który w czasach świetności MTV leciał w późnowieczornych pasmach. Zapamiętałem Apple jako artystkę celującą w pop, ale zbyt mroczną i kontrowersyjną, by zaistnieć w paśmie dziennym. Teraz przesuwamy się w czasie o kilka lat i jako osoba już nieco bardziej świadoma muzycznie trafiam na „Sullen Girl” na Youtube. Utwór zupełnie inny – w miejsce rozbudowanego, jadącego na silnych bębnach i głębokim basie podkładu „Criminal”, pojawia się skromny aranż z pianinem, smyczkami i dzwoneczkami, z drobnym akcentem gitary w stylu americany na koniec. Tam krnąbrna Anaïs Nin, tu zanurzająca się w odmętach Virginia Woolf. W gruncie rzeczy nieopierzony jeszcze artystycznie debiut „Tidal” jest właśnie taki dychotomiczny. Każdy kolejny album artystki jest spójniejszy, bardziej ekstrawagancki muzycznie i bezkompromisowy tekstowo, ale ja uwielbiam „Tidal” właśnie za tę niewinność debiutantki, która pokazuje już tutaj, jak niebagatelną jest postacią. Z tym albumem było też trochę jak z „Little Earthquakes” Tori Amos wydanym kilka lat wcześniej. Bardzo młoda, ale już straumatyzowana wokalistka z mocnym przekazem i dojrzałym głosem. Obie płyty z potencjałem komercyjnym, bo panie po prostu potrafiły pisać chwytliwe melodie na pianinie. „Sullen Girl” już pewnie zawsze pozostanie dla mnie utworem szczególnym, jednym z najbardziej szczerych, muzycznie nagich wyznań o depresji. Ten utwór na pewno bliski jest Amos, która na swoim debiucie także zdobyła się na bardzo szczere wyznanie o tym, jak została zgwałcona w szokującym, zaśpiewanym a capella „Me And A Gun”.

Produkcja na tym krążku idzie w parze z postawą artystki i jest maniakalno-depresyjna. Weźmy choćby wspomniane już „Criminal”, gdzie pojawiają się trip-hopowe rytmy akcentujące hedonizm, a potem „Pale September”, w którym mamy do czynienia z absolutnie staromodnym graniem. Fiona Apple ze swoim jazzowym warsztatem („Slow Like Honey”) i ambicjami do tworzenia bogato orkiestrowanych quasi-musicalowych kawałków („Never Is A Promise”) już tutaj, w wieku zaledwie 18 lat pokazuje, jak dobrze rozumie tradycję muzyczną i jak potrafi też wykorzystać to, by tworzyć muzykę dopasowaną do siebie, do swojej osobowości. Świetnie w ten dualizm wpasowuje się zresztą też Apple wokalnie. O wielkości jej głosu i charyzmie świadczy wstrząsająca singlowa piosenka „Shadowboxer” – jeden z najjaśniejszych punktów w zestawie, który właściwie definiuje ją na tym wczesnym etapie kariery. Niesamowite jest też to, jak radzi sobie wokalnie w stylu starej jazzowej wygi w noirowej balladzie „Slow Like Honey”. Wreszcie też Fionie udaje się zahaczyć w wielu momentach (choćby rewelacyjne „Carrion” z podniosłym finałem) o potężną rockową neurozę znaną z nagrań zespołów ważnych dla lat 90. Bo „Tidal” to też płyta mówiąca co nieco o kondycji amerykańskiej nastolatki w końcówce wieku. To pozycja niepozorna, przepełniona głębokimi, nieskrywanymi uczuciami, pamiętnikarska, ale nad wyraz dojrzała i uniwersalna. (Michał Weicher)

Zdjęcie When the Pawn Hits the Conflicts He Thinks Like a King What He Knows Throws the Blows When He Goes to the Fight and He'll Win the Whole Thing 'fore He Enters the Ring There's No Body to Batter When Your Mind Is Your Might So When You Go Solo, You Hold Your Own Hand and Remember That Depth Is the Greatest of Heights and If You Know Where You Stand, Then You Know Where to Land and If You Fall It Won't Matter, Cuz You'll Know That You're Right

Obraz miłości oraz relacji, który stworzyła Fiona na „When the Pawn…” pozostawia nas w nastroju jak po wyjściu z długiego seansu kinowego – jednoczesnej pustki i przeładowania emocjonalnego.

Muzycznie dominuje tu dość dziwny, niespokojny nastrój, który jest dodatkowo wzmacniany paletą uczuć w głosie i szczerymi tekstami. Liryka swoją szczerością neutralizuje nieco otoczkę tajemniczości i mroku zawartego w warstwie instrumentów. Apple prawdopodobnie stworzyła „When the Pawn…” ku pokrzepieniu złamanych, zawiedzionych serc, ale zamiast płakać nad rozlanym mlekiem doświadczeń, ma się ochotę potłuc nieco naczyń czy połamać kilka nosów.

Na płycie złość („Limp”) przeplata się z figlarnością („A Mistake”) i smutkiem („I Know”). Prawdziwy park trampolin emocjonalnych. To wszystko spaja głęboki smutek, bo koniec końców, trudno jest budować relacje i je pielęgnować. Fiona Apple (w domyśle podmiot liryczny) sporą winę bierze na siebie, „bestię” oraz trudny charakter. Radzi nam uciekać („Fast as You Can”), nie daje się poznać w całości, jest nieuchwytna, nawet sama dla siebie.

Chociaż nie jest to jeszcze najwyższy poziom dziwności, to dzieło Fiony Apple i zawarte na nim rozwiązania muzyczne są niebanalne, powiedziałabym nawet, że nowatorskie. Trudno podrobić ten styl, a przede wszystkim energię. To dziwna mieszanka, jazzu, rocka i popu, ale w nierównych proporcjach, czasami jest to coś jeszcze… pewna fionowatość. Chwilami wypluwa z siebie słowa, dodając nowej dynamiki do utworu. Świadczy o tym nawet tytuł płyty – cały wiersz, który postanowiliśmy przedstawić tu zamiast często występującego skrótu. Raczej trudno się nudzić, nawet przy balladach. Fiona świetnie odzwierciedla swoje emocje przy pomocy głosu i w różnych sposobach jego użycia. Nie nosi serca na dłoni, a na strunach głosowych. Znamienne są dla niej także nieoczywiste, często inteligentne teksty. O miłości mówi w sposób bardzo subiektywny, a to daje nam pewną świeżość. Niełatwo wnieść coś nowego do dyskusji na tematy miłosne, która była prowadzona od zawsze. Najpiękniejsze w „When the Pawn…” są jego różnorodność, kobiecość i wachlarz emocji. Mnie ten album zupełnie pochłonął. Zaczarowała mnie ta delikatność w kombinacji ze złością. Fiona Apple intryguje, a złożoność jej postaci sprawia, że chcemy odkrywać, odkrywać i odkrywać. (Oliwia Jaroń)

Zdjęcie Extraordinary Machine

Na „Extraordinary Machine” Fiona Apple kontynuuje swoje rozważania na temat miłości i siebie samej. Czasami są to dwie pieczenie na jednym ogniu („Better Version of Me). Jeśli jej twórczość jest niekonwencjonalna, to ten album wyjątkowo się wyróżnia swoją produkcją. Warto tu przypomnieć, że najpierw w internecie hulała wcześniejsza jego wersja w produkcji Jona Briona, zdecydowanie bardziej orkiestrowa, ale artystka postanowiła jednak nagrać wszystko od nowa, z nowym producentem, z nowymi aranżami. Jest to krążek decydowanie nieprzebojowy, nie jest lekkostrawny. Apple nadal eksploruje brzmienie – mieszankę jazzu, rocka i popu – ale na „Extraordinary Machine” zdecydowanie chciała uciec od typowej, przyjemnej dla ucha muzyki. O czym zresztą mówi w utworze „Please Please Please”. Śpiewa: Żadnych melodii. Ok, mi nie przeszkadza, tylko nie doprowadzaj mnie do płaczu.

Wyjątkowy w Fionie Apple jest jej nonkonformizm w stosunku do zasad biznesu muzycznego. Albumy wydaje tylko wtedy, gdy jest na to gotowa. Dzięki temu, każde z wydań jest jedyne w swoim rodzaju na tle innych artystów, ale też w stosunku do jej dyskografii. Nie zawodzi i nigdy nie jest wtórna. Niepokorna jest także w swojej liryce, w której nadal ucieka, nie zapuszcza korzeni i zmienia się. Śpiewa o tym w tytułowym utworze, którego warstwa instrumentalna przypomina bajkowy nastrój Disneya. Z kolei w „Better Version of Me” pojawia się wers I don't want a home / I'd ruin that / Home is where my habits have a habitat. Z drugiej strony, Apple pragnie czuć się dobrze będąc sama ze sobą, co manifestuje w „Walz (Better Than Fine)”: If you don’t have a date, celebrate / Go out and sit on the lawn and do nothing. Trudno się nie zgodzić.

Na „Extraordinary Machine” wiele miejsca zajmuje uwikłanie w niekomfortową relację. Przykładem tego są „Window” czy „Not About Love”, obydwa dość niepokojące na poziomie muzycznym. Dynamika i tekst naprawdę robią wrażenie. Przepiękne jest także „Red Red Red”, w którym Apple bawi się paletą barw i ta metafora stanowi fundament całego utworu. „Extraordinary Machine” zawiera stosunkowo mało ballad i reprezentuje bardziej energiczną stronę jej twórczości. To naprawdę ciekawa płyta, do której przyswojenia potrzeba czasu i dużej dawki koncentracji. Myślę natomiast, że zawiera zbyt mało piosenek, które od razu zapadają w pamięć. Uważa się, że to pierwszy album, na którym artystka naprawdę zaczęła eksperymentować. Chociaż bezsprzecznie nadal jest to typowa Fiona, możliwe, że potrzebowała dopieścić swoje nowe brzmienie. (Oliwia Jaroń)

Zdjęcie The Idler Wheel Is Wiser Than the Driver of the Screw and Whipping Cords Will Serve You More Than Ropes Will Ever Do

Apple nie spieszyła się z nagrywaniem „Extraordinary Machine”, gdyby nie popychał jej do tego Jon Brion, a później potrzeba zrobienia go na nowo przez leak. „The Idler Wheel” pojawiło się więc po komfortowych dla niej siedmiu latach przerwy i jest, co tu dużo mówić, dużo bardziej zróżnicowane muzycznie i przemyślane artystycznie. Wtedy była koncepcja na szeroki orkiestrowy sound (później mocno zmodyfikowana) – tutaj zaś artystka stawia na bardziej intymny nastrój i tworzy swoje brzmieniowe mikrokosmosy.

Żaden z dotychczasowych albumów Apple nie był tak surowy. Nie da się wyrobić sobie opinii o „The Idler Wheel...” po jednym, dwóch, czy nawet trzech przesłuchaniach - tego trzeba słuchać wielokrotnie, by przebić się przez antypatyczną, specjalnie niedzisiejsza atmosferę i odkryć właściwą narrację. Tak samo miałem zresztą zawsze z Joanną Newsom. Fiona, pomimo tego, że nie gra na harfie, jest w tym momencie swojej kariery zaskakująco bliska staromodnej szkole amerykańskiej muzyki. Nigdy też wcześniej jej utwory nie były tak bliskie kabaretowi – trzeba przyznać, że Apple czuje się świetnie w takiej wokalnej stylistyce, co słychać szczególnie wyraźnie w takich piosenkach jak „Daredevil”, „Valentine” czy „Periphery”. Silna rola rytmu i zmian dynamiki znana z „When The Pawn...” nie jest tu aż tak wyeksponowana. Uwielbiam niesamowicie prosty i zarazem chwytliwy pianinowy motyw z mocno kabaretowego „Periphery”. Czytałem gdzieś, że to jedyna płyta nagrana przez Apple w czwartej dekadzie jej życia. Trzeba przyznać że jak na trzydziestoparolatkę w rzeczonym utworze śpiewa niczym doświadczona życiem czarna kobieta z Louisiany. Autorka tym razem aż tak się nie spieszy i nie zapowietrza. Jej głos jest tu udręczony, głęboki. Jeszcze piękniejszy jest dostojny pochód pianina w „All We Want”, chyba najbardziej przebojowym kawałku w zestawie, takim odpowiedniku „O Sailor” z poprzedniego krążka. Ujmuje ten brzmieniowy prymitywizm, słyszalny na każdym kroku. Z drugiej strony nie można powiedzieć, że utwory na „The Idler Wheel...” są wyłącznie ogołocone do szkieletowych aranży pianina. Owszem, ten instrument jest tu dominujący, jest czasem nokturnalny, czasem bluesowy, innym razem wodewilowy, ale sporo też dzieje się tu w tle, jak w wielokrotnie nakładających się na siebie wokalach w „Hot Knife” czy w perkusjonaliach „All We Want”.

Wstrząsająco szczere teksty były raczej domeną piosenkarki, wszak na "Criminal" się wybiła, ale to co robi w takim "Left Alone" to osiąganie trudnych i tym bardziej chwalebnych granic ekshibicjonizmu. How can I ask anyone to love me / When all I do is beg to be left alone?. Fraza Alone / Leave me alone pojawia się też w końcówce „Regret”. A są też inne: dwuznaczne I root for you / I love you z „Valentine” czy brutalne rozliczenie Cause I don't appreciate / People who don't appreciate / All that loving must've been lackin' something / If I got bored tryin' to figure you out / You let me down / I don't even like you anymore at all. Mówcie co chcecie, ale moim zdaniem żadna amerykańska singerka/singwriterka, wliczając w to reprezentantki riot grrrl i wielką damę Kim Gordon, nie zrobiła tak wiele, by kobiety w muzyce mówiły naprawdę brutalnie o byciu kobieta z całym bagażem.Kto by się spodziewał że autorka „Shadowboxera” i „Criminal” stanie się po latach być może najbardziej ekscentryczną z amerykańskich wokalistek. A była to dopiero przygrywka przed tym, co miało nadejść… (Michał Weicher)

Zdjęcie Fetch The Bolt Cutters

Znów dość długa przerwa i trzeba przyznać, że apetyty po poprzednim nad wyraz udanym krążku urosły. Ale żeby aż tak? Dziesiątka na Pitchforku od razu determinuje dyskusję o tej płycie i ustawia wszystkich komentatorów po dwóch stronach: hiperentuzjastów widzących (słyszących) w tym arcydzieło na miarę czasów albo też sceptyków, którzy uważają, że to szukanie na siłę czegoś epokowego w czasach tak mocno już zatomizowanych, że nie da się już stworzyć w takich warunkach powszechnie wielbionego dzieła. Jak będzie „Fetch The Bolt Cutters” postrzegane, przekonamy się ostatecznie pewnie za kolejnych 10 lat. „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” miało 10.0 i jest dzisiaj postrzegane jako ważny dla dekady album, choć sam Pitchfork rzutem na taśmę uznał „Blonde” za album dekady. Co takiego zrobiła więc drobna i ekscentryczna Fiona, by zostać uznaną za autorkę dziejowej płyty? Przede wszystkim trzeba przyznać, że najnowsza pozycja w jej dyskografii jest efektem konsekwentnego poszukiwania własnych środków wyrazu w muzyce. Muzycznie Apple wiele zawdzięcza Tomowi Waitsowi, który też lubił klasykę amerykańskiej muzyki: bluesa, soul, jazz, gospel, ale jeszcze bardziej lubił je demolować. Waitsowski duch pojawia się w melodyjno-zadziornym „Under The Table”. Znajdziemy tu też zamiłowanie do groteski i przegiętej ekspresji wodewilu, które dawały o sobie mocno znać już na wysokości poprzedniego longpleja. Niektóre z tamtych pomysłów są tutaj wręcz popchnięte do ekstremum, instrumentarium staje się jeszcze bardziej zróżnicowane (szczególnie perkusjonalia najróżniejszej proweniencji), a głos Apple nigdy dotąd nie zaliczał takich rejestrów.

To właśnie wokalnie artystka jest tutaj dużo dojrzalsza, potrafi przy pomocy swojego głosu radykalnie zmieniać dramaturgię i nastrój utworów. Robi to chociażby w kanonadach pianina i szybko wyrzucanych słów, które w pewnej chwili wpadają na ścianę nieśmiałego rytmu i spokojnej melodeklamacji. Już na „When The Pawn...” pokazywała w takich kawałkach jak „Limp”, że potrafi gwałtownie przyspieszać i zwalniać struktury utworu, idealnie dopasowując swój głos, przeprowadzając na nim zjawiskowe metamorfozy z kobiety lirycznej do hetery. Jednak to, co robi w tym roku w utworze „Cosmonauts”, przebija wszystko, co znamy z wokalnej ekwilibrystyki. Pomijam już nawet piętrzące się ścieżki głosu w tle (to też mistrzostwo świata aranżacyjne, koniecznie do sprawdzenia na słuchawkach) – sama desperacja wykrzykiwanych w finale fraz jest przytłaczająca w kontraście natychmiastowego spadku napięcia w szeptanym outro. Cały ten utwór to wstrząsająca sinusoida emocji. „Newspaper” także sprawia wrażenie radioaktywnego, staje się coraz bardziej nerwowe z każdym kolejnym taktem. Wytchnienie od wulkanów emocji dają zaś wyluzowane, niepozbawione ironii, niespieszne „Ladies” i utwór tytułowy, w którym swoje trzy grosze dorzucają tak uwielbiane przez wokalistkę psy.

„Fetch The Bolt Cutters” (swoją drogą, cóż za zwięzły tytuł tym razem) ma też szansę stać się ważnym z jeszcze jednego powodu: to pewnie najbardziej dosadny, choć niepozbawiony przy tym dystansu, przepełniony wrażliwością i zrozumieniem, a przy tym awangardowy i dziki manifest epoki #MeToo. Jeśli ktoś miał nagrać krążek definiujący muzycznie ten ruch, to musiała być to Fiona. Mówiąca o lat o swoich traumach i o traumach innych kobiet artystka była do tego po prostu predysponowana. Na koniec zaryzykuję stwierdzenie, że ta ostentacyjnie w gruncie rzeczy niemodna płyta jest czymś na kształt retro odpowiednika twórczości Holly Herndon, Arki, OPN-a, Jamesa Ferraro etc. Spójrzmy bowiem na to w ten sposób: tamci korzystają z bogatych zasobów cyfrowych dźwięków, przetwarzają ludzkie głosy przy pomocy sita SI, odtwarzają chaotyczny świat przeglądarek internetowych i smartfonów. Fiona Apple z kolei korzysta z mnogości domowych przedmiotów, które zamienia w perkusyjne dźwiękodajki, eksperymentuje na swoim głosie w formie organicznej, emocjonalnie go szatkując i wydobywając głębiny podświadomości. Efektem końcowym staje się symfonia codzienności. Drobne wrażenia i szmery zwyczajnego bytowania podniesione do rangi wiekopomnych wydarzeń, dramatycznych historii. Przyznacie, iście modernistyczna to idea. Tak właśnie brzmi wielki album. (Michał Weicher)

Oliwia Jaroń, Michał Weicher (20 maja 2020)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także