Stereolab

Zdjęcie Stereolab

Stereolab to słowo-wytrych, które często pojawia się w tekstach poświęconych współczesnej muzyce alternatywnej. Ikona post-rocka, twórcy nowej odmiany easy-listeningu, czy spadkobiercy krautrocka – te określenia w stosunku do francusko-brytyjskiej formacji słyszał niemal każdy z Was. Pisząc o tym zespole, zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że od strony muzycznej nie są tak naprawdę do końca znani. Nie jest też do końca jasne, co warto; które płyty z ich dyskografii wydają się esencjonalne i najciekawsze. Mamy świadomość, że nasze opracowanie nie jest w stu procentach kompletne, gdyż nie znajdziecie tu opisów EP-ek, z których Stereolab słynęli zwłaszcza w latach 90. Zachęcamy jednak do lektury, która, w co wierzymy, wywoła konstruktywną dyskusję i zwiększy zainteresowanie muzyką zespołu.

Ocena: 8

Peng

1992

Zdjęcie Peng

Kiedy Laetitia Sadier śpiewa New man, new woman proud and free / New man, new woman happy to be, a syntezator Mooga wibruje i krąży jak widmo komunizmu nad Europą sto lat temu, można tylko żałować, że takie piosenki nie były oficjalnymi pieśniami podczas rewolucji roku 1905. Pierwszy album długogrający Stereolab wpisuje się w okres przewartościowania poetyki rocka, kiedy intelektualiści po raz kolejny dopadli do muzyki mas i zaczęli tworzyć materiał dla niemogących spać krytyków muzycznych. Ta płyta dźwiękowo jest wyjątkowo zalotnym miksem alternatywnego, w tym starym stylu, grania jak subtelniejsze Sonic Youth z dream popowym, niekoniecznie nawołującym do czytania wujka Marksa, lirycznym śpiewem francuskiej wokalistki. Trzeba pamiętać: „Loveless” wyszło kilka miesięcy wcześniej od „Peng”. Z jednej strony, dzięki obecności w zespole pary Gane—Sadier wszystkie słodkie wycieczki w stronę popowych, wręcz sixtiesowych harmonii, wychodzą niesamowicie zręcznie. Z drugiej, zaplecze wiedzy muzycznej pozwala na dodanie elementów stylistyk, które narzędziami chłopów i robotników miażdżą ideologicznie wyżej zanucony pop. Najpierw Ameryka: motoryczne riffy jak Velvet Underground – tylko zamiast Nico uśmiechnięta wokalistka. Silver Apples (kawałek „Mellotron”), czyli nikomu nieznana inspiracja połowy zespołów post-rockowych, która wnosi zabawy bardzo vintage elektroniką. Może inspiracja akademickim dronem, który nawiedzał chyba każdego muzyka, który skończył więcej niż liceum. Nad tymi wszystkimi, zdecydowanie mało proletariackimi wpływami unosi się jednak coś o wiele większego.

Nie bez powodu pierwszym zespołem, który może się nasunąć po przesłuchaniu „Peng”, jest jeden z najbardziej niedocenionych bandów naszego kontynentu, czyli The Ex. Właśnie w tym momencie ze Stereolab wychodzi cała głębia podstawy intelektualnej, czyli ruch sytuacjonistyczny, który inspirował również wyżej wymienionych Holendrów. Zaangażowanie polityczne ubrane w zaskakujące opakowanie, nieprzewidywalność, duch rewolucyjny, ale bez inwazyjnej bezpośredniości. Trąbka i radość hałaśliwej solówki. (Marcin Zalewski)

Zdjęcie The Groop Played “Space Age Batchelor Pad Music”

Teoretycznie jest to czwarta z kolei EP-ka Stereolab, ale ze względu na jej obszerność i wydźwięk, który wywołała wśród słuchaczy oraz krytyków, traktowana jest jako LP. Mniejszy nacisk położony jest na melodię – bardziej słyszalne są eksperymenty, można się pokusić o stwierdzenie, że jest iście psychodeliczna, jak w „We’re Not Adult Oriented”. Wyraźnie słychać gitary, jeszcze nie wyeksponowano tak bardzo inspiracji piosenką francuską. Są ładne harmonie w duchu Beach Boys, ale odczuwa się tendencje, jakie obowiązywały w muzyce alternatywnej ówczesnych czasów, Stereolab jeszcze nie byli tak odważni, by odpłynąć zupełnie w stronę ambitnego popu. Mimo wszystko słyszymy niezwykły potencjał grupy, który „eksploduje” na kolejnych ich wydawnictwach. (Andżelika Kaczorowska)

Zdjęcie Transient Random-Noise Bursts With Announcements

W jednym z numerów magazynu „Glissando”, prawie w całości poświęconemu muzyce gitarowej, pojawił się arcyciekawy artykuł zestawiający klasyków niemieckiego krautrocka z ich mniej lub bardziej współczesnymi odpowiednikami. Mateusz Franczak porównywał brzmienie Cluster z płyty „Zuckerzeit” z dokonaniami Mouse On Mars na wysokości „Iaora Tahiti”; doszukiwał się podobieństw i swoistego kontinuum myśli Kraftwerk u LCD Soundsystem, a także wykazywał, dlaczego NEU! oburzało niektórych fanów wspomnianego gatunku, wpływając głównie na twórczość nowofalowców i post-punkowców – co autor całkiem skutecznie udowodnił na przykładzie „Unknown Pleasures” Joy Division.

Przy okazji notki o grupie z Düsseldorfu pojawiła się także nazwa Stereolab. Tim Gane i Laetitia Sadier nie ukrywali swojej fascynacji motorycznymi i transowymi numerami w rodzaju „Hallogallo”, „Negativland” czy „Fur Immer (Forever)” – i to właśnie „Transient Random-Noise Bursts With Announcements” jest najlepszym i najintensywniejszym przykładem tych odwzorowań. Weźmy np. kluczowe dla całej płyty, prawie dwudziestominutowe „Jenny Ondioline”. Absolutnie hipnotyczne, poskładane z kilku wątków niczym „DJed” Tortoise, niemal wszystko zawdzięcza NEU! Transowość i kwaśny posmak niemieckiego krautrocka to jednak nie wszystko, czego możemy się spodziewać po tym albumie. Przestery i hałas wzięty od The Velvet Underground, to nic innego jak wariacje na temat „Sister Ray” – możemy je zresztą usłyszeć już w otwierającym „Tone Burst”. Dodajmy do tego zamglone, nieco psychodeliczne utwory („Golden Ball”) i kilka bardziej chwytliwych momentów i mamy pełny obraz unikalnego stylu wczesnego Stereolab. Zapowiedzi o zmianie kierunku na razie raczej nie uświadczycie, niemniej rewelacyjne „Pack Yr Romantic Mind” powoli wskazuje dalszą drogę, którą grupa będzie przemierzać z prędkością Orient Expressu relacji Paryż-Stambuł. (Piotr Wojdat)

Zdjęcie Mars Audiac Quintet

Nie będzie wielkim nadużyciem ani niesprawiedliwością stwierdzenie, że „Mars Audiac Quintet” to tak naprawdę „Transient Random-Noise Bursts vol. 2”. Przede wszystkim rzuca się w uszy to, że muzycy Stereolab doprowadzają tu znaną z poprzednich płyt formułę kraut-noise’owego transu niemalże do absurdu. Z różnym skutkiem. Przykładowo: trzeba przecierpieć długie pięć minut anemicznego gitarowego plumkania „Anamorphose”, by utwór wreszcie wyewoluował w końcowe, zapętlone frazy dęciaków. „Nihilist Assault Group” byłoby niezłe, gdyby akurat nie sprawiało wrażenia skróconej wersji „Jenny Ondioline”. Podobnie zresztą jest z „Outer Accelerator”. Szarpią się dziewczęta i chłopcy, próbują urozmaicać tempa i nastroje, ale im bardziej wyciskają tę cytrynę, tym mniej soku w niej zostaje. Na szczęście tam, gdzie do akcji wkraczają melodie, zaczyna się robić sympatycznie („Three-Dee Melodie”, „Transona Five”). Ba, żwawy „Transporté Sans Bouger” zaliczyłbym nawet do highlightów „MAQ”, podobnie jak organową kołysankę „Three Longers Later”, eksplodującą nagle cudnym hałasem. Jednak kciuki obu rąk podnoszą się do góry najwyżej w tych momentach, w których drużyna Gane’a i Sadier rezygnuje z hipnotyzmu i wpada w pełnym biegu w objęcia popu. Singlowy przebój „Ping Pong” i jego brat-bliźniak „L’enfer Des Formes” wnoszą więcej świeżości do muzyki Lab niż uparte rozciąganie we wszystkie strony starych patentów w „New Ortophony”, a „International Colouring Contest” zdaje się nieśmiało zapowiadać kierunek, w jakim zmierzać będą kolejne albumy zespołu. I chociaż „Mars Audiac Quintet” słucha się gładko (z drobnymi potknięciami), zwłaszcza dzięki lepszej produkcji, to trudno nie odczuwać pewnego zmęczenia dotychczasową formułą. Delikatne próby urozmaicania brzmienia (pojawiająca się tu i ówdzie sekcja dęta, zabawy w retro-elektronikę „The Stars Our Destination”) jeszcze wyglądają na obmacywanie nowych możliwości z zamkniętymi oczami. Na szczęście już niedługo muzycy mieli te oczy szeroko otworzyć, również nam.

(Paweł Gajda)

Zdjęcie Emperor Tomato Ketchup

Trudno powiedzieć, czy to faktycznie najlepszy album formacji. Można by prowadzić wielogodzinne debaty na ten temat. Wątpliwości nie budzi fakt, że to swoiste arcydzieło popu lat 90., na którym Stereolab zdefiniowali główne cechy swojego nowatorskiego stylu, systematycznie rozwijanego na następnych wydawnictwach. Górnolotnie to wszystko brzmi, ale tak to właśnie bywa z płytami, które najzwyklej w świecie miażdżą, i to za każdym razem, kiedy po nie sięgamy. Jeszcze bardziej mnie, małego żuczka, przytłacza rozmiar legendy, z jaką muszę się zmierzyć.

Punktem wyjścia do zrozumienia idei tego wydawnictwa jest bezpośrednie odniesienie w tytule do filmu Shujiu Terayamy z ‘70 roku. Słynny japoński artysta eksperymentalny ukazał w nim surrealistyczną wizję kolonii, w której dzieci obalają władzę dorosłych, co prowadzi do radykalnego nasilenia się przemocy i dewiacji seksualnych… Odnosząc go do tekstów na „Emperor...”, nie ma się wątpliwości, że Sadier zainspirowała się dziełem Terayamy, który dość brutalnie skrytykował w nim totalitaryzm. Warstwa tekstowa albumu może wydawać się dość naiwna i momentami wręcz propagandowa (nie bez przyczyny prasa zwykła nazywać Laetitę „Blind Marxist”…), ale wraz z kojącym głosem, niesamowitymi melodiami oraz połączeniem krautrocka z orkiestrowym francuskim popem, ye ye i Bóg wie, z jakimi jeszcze tradycjami muzycznymi, słyszymy album dojrzałych artystów z pionierskim myśleniem o piosenkach pop. Ilość hooków i pomysłów sięga zenitu, co trudno ogarnąć przy pierwszym odsłuchu. Z drugiej strony, z autopsji mogę powiedzieć, że to typ płyty, w której można zakochać się od razu. Szczególnie narażeni są ci, którzy szukają w Stereolab ambitnej muzyki pop. (Andżelika Kaczorowska)

Zdjęcie Dots And Loops

Na świetnym „Dots And Loops” Stereolab kontynuują dzieło uszlachetniania popu. Zanika tu, obecna jeszcze wyraźnie na „Emperor Tomato Ketchup”, krautrockowa Motorik, a wyzwolone z teutońskiego transu kompozycje wyraźnie zmierzają w stronę sielskiego lounge’u. Nie słychać już tu tak wyraźnie wpływów Cluster czy Neu!, ale nie oznacza to zaniku germańskiego pierwiastka: obecność duetu Mouse On Mars wzbogaca brzmienie Stereolab o aktualności ze świata Intelligent Dance Music. Związki z ówczesną elektroniką najwyraźniejsze są jednak we flirtującym z drum’n’bassem „Parsec”, co zdaje się być zasługą ponownie udzielającego się w produkcji Johna McEntire. (Ze względu na tropikalne bogactwo, osadzenie w melodiach i flirt z elektroniką, „Dots And Loops” jawi się zresztą popowym odpowiednikiem „TNT” Tortoise.) Na największe wyróżnienie zasługuje jednak „Refractions In The Plastic Pulse”: siedemnastominutowa, poszatkowana stylistycznie narracja stanowiąca esencję Stereolab w pigułce: pogodną symbiozę awangardowych ambicji i łatwej przyswajalności. Lab dokonują niemożliwego: wypracowują estetyczny wspólny mianownik pomiędzy czytelnikami „Krytyki Politycznej” i oddanymi widzami „TVN Style”. (Maciej Maćkowski)

Zdjęcie Cobra And Phases Group Play Voltage In The Milky Night

No i pojechali po krawędzi. Laetitia i Tim postanowili uczcić narodziny swojego dziecka nagrywając najbardziej wymagający i najdłuższy album w swojej karierze. W dodatku opatrując go wydumanym tytułem i konceptem. Jak bardzo nie mogli im tego wybaczyć wszelkiej maści krytycy i wielu słuchaczy? Oj, bo przeprodukowane, panie, smyki, wibrafony, dęciaki, mało gitar, jakiś dżez, sto pomysłów wrzuconych do jednego utworu, no i jeszcze ta jedenastominutowa czarna dziura w środku. Istna przejażdżka pociągiem do piekła, jak gdzieś przeczytałem. Tylko że ja jakoś tego bólu marudzących nie czuję. No bo posłuchajcie: to, co się dzieje między numerem drugim a dziewiątym, to jest kapitalna seria, rzadko spotykana na wcześniejszych ich płytach, avant-popowych perełek. Z niby-brazylijską melodią „The Free Design”, funkującym „Blips, Drips And Strips”, latającym gdzieś w odległej galaktyce „Italian Shoes Continuum”, francuskim szansonem „The Spiracles” i kulminacją w postaci pulsującego, dwuczęściowego „Puncture In The Radax Permutation”. „Cobra” to dla mnie kulminacja stereolabowego oswajania easy-listeningowego kiczu.

I to byłaby chyba jedna z nielicznych wad, z którymi byłbym w stanie się zgodzić – niewiele ta płyta nam mówi o liderach The Groop, czego byśmy jeszcze nie wiedzieli. Ale też realizacja pomysłów jakościowo nie odbiega od starych nagrań, a kompozycyjnie momentami je przewyższa. Za główną nowość robi tutaj pędzący na złamanie karku gdzieś między free-jazzem a nastoletnim popem z lat 60-tych otwieracz „Fuses”, znakomity zresztą. Wreszcie, trwający jedenaście minut trans „Blue Milk”. Dla jednych najkoszmarniejsza rzecz, jaką Stereolab popełnili, dla innych – jedna z najlepszych. Steve Reich gra krautrocka. Ale tym razem nie Neu!, ani nawet nie Can (no, może w ostatnich dwóch minutach), a bardziej wczesne Tangerine Dream, powiedzmy. Po której stronie się opowiecie? Zaufajcie mi i posłuchajcie „Cobra & Phases”. Nie jest wcale taka zła, jak ją malują. (Paweł Gajda)

Zdjęcie The First Of The Microbe Hunters

Z racji długości materiału – „The First Of The Microbe Hunters” to tak naprawdę EP-ka. Przez zespół określana jako mini album, widnieje w wielu miejscach, jako nierozłączny element głównej dyskografii. Nie wyłamaliśmy się i my, choć po prawdzie nikt się też chyba nie palił do opisywania powszechnie (?) najmniej lubianej produkcji w dorobku Stereolab. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia ze słabym krążkiem. Ciekawy jest już sam tytuł, który nawiązuje do postaci Paula de Kruifa – znanego amerykańskiego mikrobiologa holenderskiego pochodzenia, który uzyskał rozgłos w środowiskach naukowych dzięki swojej książce „Microbe Hunters”. Jeśli jednak przyjrzeć się pod mikroskopem warstwie muzycznej, wnioski mogą być różne. Łatwo spostrzec, że bogate instrumentarium (ksylofony, dęciaki, syntezatory Moog) i producenckie sztuczki nie zawsze ochraniają zespół przed popadaniem w niebezpieczne wiry nudnawej repetycji („I Feel The Air (Of Another Planet)”), a popowe fragmenty niekoniecznie zwracają uwagę interesującą melodią. Łowcy mikrobów mają jednak dwa asy w rękawie: egzotyczno-jazzujący instrumentalny kawałek „Outer Bongolia” oraz rewelacyjne, lekko funkujące „Household Names”. To głównie ze względu na te dwa utwory oraz ogólną aurę, działającą na słuchacza odświeżająco, warto dać szanse i tej płycie. (Piotr Wojdat)

Zdjęcie Sound-Dust

To płyta pomijana wśród KLASYCZNYCH albumów poprzedniej dekady, szczególnie tych wydanych akurat na nieszczęście Stereolab w 2001. Oczywiście karkołomne byłyby wszelkie próby udowadniania, że zapomnienie o niej to wielki grzech list podsumowujących 00s, jednak trudno jej odmówić swoistego uroku, którym potrafi kupić sobie słuchacza i zająć sporo czasu. Mimo że to wynik pracy starej ekipy współpracowników, udało się nieco wygładzić brzmienie zespołu. To, co zwraca uwagę przede wszystkim, to produkcja. Zwykle nie spotyka się zbitki „piękna produkcja”, jednak tutaj pasuje wręcz idealnie. Odpowiadają za nią kolejny raz dwie persony, których nazwiska strącają (a przynajmniej POWINNY) sen z powiek fanom muzyki alternatywnej – McEntire i O’Rourke. Zresztą niektóre pomysły z powstałego w mniej więcej tym samym czasie „Insignificance”, wydają się podobne do tych z „Sound-Dust”, zachowując w tym porównaniu wszelki umiar. Brawa za gęste aranże dla stale za to odpowiadającego Seana O’Hagana – tu czelesta, tam klarnecik, bardzo duże skupienie na detalach, milion cieszących uszy drobiazgów. Momentami instrumentacje oscylują na granicy tolerancji słuchacza dla takiej ilości słodyczy, ale myślę, że u większości odbiorców – którzy przepadają za innymi dokonaniami formacji – jej nie przekroczy. Jednak to, co przemawia na niekorzyść Stereolab, to kompozycje – nie są złe, ani też nijakie, po prostu nie porywają tak, jakby się tego chciało. To nie jest album, od którego powinno się zaczynać swoją przygodę z tym zespołem, ani taki, którym można przekonać do jego wielkości, ale w kategorii „przyjemność czerpana z muzyki” zbiera naprawdę sporo punktów. (Andżelika Kaczorowska)

Zdjęcie Margerine Eclipse

To pierwsza w dorobku Stereolab długogrająca płyta, po śmiertelnym wypadku drugiej wokalistki i gitarzystki, Mary Hansen. Do tragicznego w skutkach wydarzenia doszło pod koniec 2002 roku, kiedy to jedna z założycielek brytyjsko-francuskiej grupy została potrącona na rowerze przez samochód. Zdarzenie to musiało wstrząsnąć Laetitią Sadier. Wydawałoby się więc, że dziesiąty album autorów „Emperor Tomato Ketchup” będzie przygnębiającym rozdrapywaniem ran, być może nawet niezrozumiałym dla słuchacza. Nic takiego się jednak nie dzieje. Lab stawiają tym razem na prostotę, wyraźną melodyjność, tworząc energetyczny koktajl ze znanych wcześniej składników. Nie uświadczycie zatem wycieczek w egzotyczne rejony muzycznych tropików, eskapad w stronę jazzująco-tortoise’owych rozwiązań czy elektronicznych innowacji. Pozostają piosenki w duchu inteligentnego easy-listeningu, niekiedy tylko napędzane mocno zdystansowaną krautrockową motoryką („Margerine Rock”). W swojej kategorii „Margerine Eclipse” zasługuje na ogromne uznanie. Zamykające kilkuwątkowe „Dear Marge” potęguje to wrażenie, przechodząc od melancholijnej melodii, do zaskakująco witalnej końcówki. Dawno już żadna płyta Stereolab nie była tak spójna, zarówno stylistycznie, jak i jakościowo – dlatego warto to należycie docenić. (Piotr Wojdat)

Zdjęcie Fab Four Suture

Zaledwie rok przed ukazaniem się kolejnej pełnoprawnej płyty, Stereolab wydali znakomity box, zatytułowany „Oscillons From The Anti-Sun”. Znalazły się na nim nagrania z wydawnictw singlowych i EP-ek z lat 1993—2000, a więc utwory, które często dystansowały to, co pojawiało się na szerzej komentowanych albumach. Na tle tej rozpasanej jakościowo i ilościowo kompilacji, „Fab Four Suture” jawi się małym rozczarowaniem. Gdyby jednak nie stawiać poprzeczki tak wysoko, to nagle okazuje się, że zupełnie nietrafione są tylko dwie odsłony „Kyberneticka Babicka”, które markują eksperyment w zalewie twórczej impotencji. Nie należy zatem spisywać zespołu na straty; część kompozycji nie ustępuje jakościowo „Margerine Eclipse”, czego najlepszym przykładem wydaje się „Excursions Into ‘Oh, A-Oh’”, nie tylko zachwycające piórkową lekkością, ale też żonglowaniem motywami. Maciek Maćkowski w swojej regularnej recenzji „Fab Four Suture” napisał: Owszem nastała już jesień artystycznego życia Stereolab. Ale jest to z pewnością jesień złota. Pomimo kilku zastrzeżeń, można się z tym stwierdzeniem w pełni zgodzić. (Piotr Wojdat)

Zdjęcie Chemical Chords

Etykieta easy-listening może przerażać, nawet jeśli jest wzięta w karby tego, co teraz nazywa się retro futuryzmem, a kiedyś było po prostu czerpaniem z własnych muzycznych wspomnień. Stereolab na swojej, co dziś już wiadomo, przedostatniej płycie sięgnęło po mającą niemalże pół wieku stylistykę amerykańskiego popu z Detroit, wpisującą się mocno w seriale dla matek pierwszego pokolenia hipisów. Pomimo wkrętów w stylu „Pop Molecule” czterdziestominutowy album od początku do końca jest zwiewny i lekki, a jego skład chemiczny to głównie cukry. Czasem lekko zaskakujący klawisz rozproszy filmowe smyczki, momentami można uchwycić nawiązania do muzyki produkowanej przez słynny BBC Radiophonic Workshop, co jeszcze silniej zanurza „Chemical Chords” w historycznym już świecie muzyki bez precedensów. Laetitia Sadier w piosenkach takich jak „Daisy Click Clack” popada, co sugeruje już sam tytuł, w manierę skattingu, co w połączeniu z klawiszem Hammonda daje efekt archaicznych już nagrań swingowych. Debiut w wytwórni 4AD pchnął Stereolab w rejony nostalgiczno-niedzielne, co w połączeniu ze stażem muzyków dało śliczną wspominkę. Brak tu redefiniowania przeszłości, czysta ulotność spaceru podczas parady z udziałem prezydenta Kennedy’ego. (Marcin Zalewski)

Ocena: 7

Not Music

2010

Zdjęcie Not Music

Nowe Stereolab brzmi jak Stereolab. Trudno po albumach pożegnalnych oczekiwać rewolucji, ale zawsze ma się taką złudną nadzieję, że „a może jednak” to będzie coś wielkiego. Mimo częściowo archiwalnego statusu, „Not Music” można spokojnie traktować jako album. Spójność to jego ewidentna zaleta, ale niestety czuć, że zespołowi powoli brakuje pomysłów na piosenki. Przynajmniej takie wrażenie pozostaje do „Silver Sands” – dziesięć minut i dwadzieścia sekund ekstatycznego krautu, z repetycją partii Sadier, przez co pierwszy raz jej śpiew zabrzmiał tak mechanicznie, co paradoksalnie wydaje się bardzo ciekawym zabiegiem. Wspomniana kompozycja to prawdziwe opus magnum tej płyty – stanowi jego centralną część. Reszta kompozycji to takie Stereolab, jakie znamy i kochamy, wyróżnić można jeszcze „Aelitę” – tytuł, jak się zdaje, zapożyczony z kultowego radzieckiego filmu niemego, prawdopodobnie pierwszej produkcji sci-fi w historii kinematografii rosyjskiej. Ten utwór brzmi właśnie jak melancholijna pieśń marsjańskiej księżniczki… Dlatego nie można traktować „Not Music” jako wydawnictwo wtórne, tylko jako podsumowanie działalności angielskiego zespołu z paroma kreatywnymi zrywami. (Andżelika Kaczorowska)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Ej,
[1 grudnia 2010]
Marcin Zalewski to mitoman. Gdzie to the Ex? A z tym Silver Apples? Rzecz dzisiaj zupełnie niesłuchalna przecież, niestety.
Gość: Me-va
[25 listopada 2010]
Co racja, to racja: powinno być: liczba hooków, nie ilość.

Poza tym: "Dlatego nie można traktować „Not Music” jako wydawnictwo wtórne, tylko jako podsumowanie działalności angielskiego zespołu z paroma kreatywnymi zrywami."

Nie można traktować (...) jako wydawnictwa wtórnego, tylko jako podsumowanie... :)

A poza tym miło Was czytać.
Gość: kidej
[25 listopada 2010]
O, widze ze wkradl sie techniczny bug przy wstawianiu cudzyslowu w komentarzach (na probe - """""").
Gość: kidej
[25 listopada 2010]
Najpierw troche korekty:

\"kiedy intelektualiści po raz kolejny dopadli się do muzyki mas\"

Sie dopadli? Chyba nie :)

\"Ilość hooków i pomysłów sięga zenitu\"

To bedzie pewnie dyskusyjne, ale czy hooki i pomysly sa niepoliczalne? Czy jest na sali polonista?

\"kapitalna seria, rzadko spotykana na wcześniejszych ich płytach, avant-popowych perełkach\"

Perelek pewnie seria, nie perelkach.

\"zachowując przy tym porównaniu wszelki umiar\"

Jesli umiar, to w tym porownaniu, tak mysle:)

\"dziesięć minut i dwadzieścia sekund od ekstatycznego krautu\"

A tu sie zaplatalo zblakanie \"od\", chyba ze tak mialo byc.

Za caly przeglad naturalnie piatka, z drobna uwaga, ze podnioslbym minimalnie oceny \"MAQ\" (plyta przejsciowa, ale \"Ping pong\", \"Three dee melodie\" czy \"International coloring contest\" to dla mnie utwory z czolowki tworczosci Lab) i \"Sound dust\" (pisal juz o tym Clifford na Facebooku). Ale poza tym nie bede zwyczajowo marudzic.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także