The Killers, Glitterati, Surferosa

Londyn, ICA - 14 lutego 2004

Zdjęcie The Killers, Glitterati, Surferosa - Londyn, ICA

ICA, czyli Institute of Contemporary Arts to dość specyficzny obiekt. Koncerty nie są tutaj dominującym nurtem działalności artystycznej, cały zaś budynek pełni wiele funkcji. Oprócz filmów, odbywają się w tym miejscu również przedstawienia teatralne, wystawy i różnego rodzaju przedsięwzięcia spod znaku artystycznego performance. Na przykład w tym miesiącu swoją "Odyssey of a Cockroach" prezentuje tu Yoko Ono. Ale nie o Yoko chciałem. Na tle innych venues część muzyczna ICA prezentuje się dość ubogo. W lutym grają tu tylko I Am Kloot, Oneida, Explosions In The Sky, The Killers...

Właśnie na ten ostatni wybrałem się w walentynkowy wieczór. Jeżeli ktoś oczekiwał tego wieczoru romantycznych piosenek o miłości, to.. je dostał. Przerwy między kolejnymi zespołami wypełniały nam właśnie takie ckliwe, bardzo stare piosenki grane przez palącego papieros za papierosem basistę British Sea Power. Publika nie dopisała, w mogącej pomieścić jakieś 500 osób sali, na moje oko znajdowało się ich jakieś 150. Wytłumaczenia są dwa - albo The Killers nie są jeszcze wystarczająco popularni, albo londyńskie pary znają lepsze sposoby spędzania Walentynek niż koncerty rockowe. Niepotrzebne skreślcie.

Kiedy wszedłem na właściwą salę koncertową, na scenie wyginała się już pani w opiętym obiachowym kostiumie, którego nie ubrałaby nawet Małgorzata Ostrowska w szczytowych latach swojej ekstrawagancji (nawet na Opole '83!). Przygrywający jej koledzy wyglądali natomiast jak połączenie rubaszności Die Toten Hosen z dobrym smakiem Modern Talking. Same dobre wzorce jednym słowem. Muzycznie, Surferosa (bo tak nazywała się grupa) brzmiała jak The Sounds. A każdy wie, że The Sounds brzmi jak Blondie. A Blondie brzmi jak... nie no, Blondie jest w miarę oryginalne. Zaraz, zaraz, gdzie ja byłem? Aha, Surferosa.

Wokalistka Rosy na wszelkie sposoby próbowała zachęcić niemrawo popijającą piwo publiczność do zabawy. Z racji tego, że klaskał tylko złożony z siedmiu osób pierwszy rząd, skoczyła w publikę i zaczęła rozpychać stojących na środku nastolatków. Mówie wam, od czasu kiedy wokalista Distophii wyskoczył na sam środek parkietu Barlfy z megafonem, nie widziałem takiego fajnego, niosącego pewien element zagrożenia tricku. Na koniec powiem jeszcze o jednej rzeczy. Mimika wokalistki Surferosy była na tyle ekspresyjna, że dało się zaobserwować pewną wadę wzroku. Szczególnie kiedy wytrzeszczała oczy.

Jako drugi na scenie pojawił się Gliteratti. Widziałem już ich kiedyś przy okazji King Adory, jednak na deskach ICA wypadli znacznie lepiej. Doszedłem nawet do wniosku, że fajnie się prezentuje ten przestylizowany, pompatyczny image zespołu w połączeniu z gitarami opuszczonymi do kolan i papierosami w ustach. I że lepiej się ich ogląda niż słucha. Kiedy zapowiedzieli swój największy hit sprzed trzech miesięcy (tak, ten co dotarł do 75 miejsca na liście przebojów - patrz relacja z King Adory), zacząłem się zastanawiać, skąd ja znam ten kawałek. Odpowiedź przyszła automatycznie - z poprzedniego występu Glitterati. Jeszcze jeden koncert i chyba zostanę ich fanem.

Kiedy w przerwie pomiędzy koncertami zamawiałem w barze piwo, obok mnie stanął ciekawie wyglądający jegomość. Afro i marynarka skrojona z narzuty na kanapę sugerowałaby przynależność do jakiegoś zespołu rockowego, ale tutaj każdy wygląda jak z jakiejś kapeli. Więc kiedy zobaczyłem, że mój znajomy z baru okazał się być gitarzystą The Killers, pomyślałem sobie o zaletach występów nieznanych grup w małych venues. Muzycy swobodnie chodzą sobie po sali, oglądają wraz z nami występ zespołów supportujących, gadają ze znajomymi, a kiedy nadejdzie ich czas, po prostu wychodzą i grają. Jeśli zaś chodzi o mnie, do momentu pojawienia się na scenie są zupełnie anonimowi.

Zdjęcie The Killers, Glitterati, Surferosa - Londyn, ICA

Tak właśnie objawili mi się The Killers. Rola frontmana skupiona jest zwykle na wokaliście, a Brandon Flowers jest po prostu zwyczajnie wyglądającym chłopakiem, który na potrzeby koncertu przyodział się w czarną koszulę zwieńczoną czerwoną muchą. Co do reszty zespołu, jeżeli nieruchomy basista Killersów przypomina trochę swego odpowiednika z The Strokes, to perkusista grupy, z tym grymasem wysiłku na twarzy, na stojąco wybijający co bardziej kluczowe przejścia, niewątpliwie jest jednym z ich znaków rozpoznawczych. Na dodatek ma na nazwisko Vanucci (nie mylić z Moretti - on cały czas siedzi). O gitarzyście już było. Nie było o piosenkach.

Zaraz po ukazaniu się zespołu, ściany ICA przeszył świdrujący dźwięk helikoptera. Gitarzysta uderzył w struny i usłyszeliśmy "Jenny". Nawet nie wiecie, jak wspaniale wypada na żywo ten kwitujący utwór klawiszowy motyw! Kolejne utwory zaś rozwiały wszelkie skojarzenia ludzi, próbujących wrzucić The Killers do jednego worka z Interpol czy Stellastarr*. Szczególnie, kiedy Brandon zapowiedział: "A teraz sobie potańczymy", po czym usłyszeliśmy totalnie wyluzowany, przypominający trochę "El Schorcho" Weezera - "Who Let You Go", po którym nastąpił również nie do końca poważny, pastiszowy "Indie Rock'n'Roll". Tak, The Killers to trochę inna bajka. To po prostu zespół piszący lekko stylizowane na lata osiemdziesiąte piosenki. Ale za to jakie: "Somebody Told Me", "Coming Out" czy przede wszystkim ich największy do tej pory przebój - "Mr Brightside", do którego słowa znali wszyscy. I wszyscy śpiewali: "It was only a kiss, and it ended like this, it was only a kiss, it was only a kiss..."

Czy w Walentynki można chcieć czegoś więcej?

Tomasz Tomporowski (19 lutego 2004)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także