The Crimea
Londyn, The Windmill - 8 stycznia 2004

Przyznam się, że nie wiedziałem za dużo o The Crimea. Dane mi było przesłuchać jedną ich Epkę, i choć nawet mi się spodobała, nie pofatygowałem się dowiedzieć czegoś więcej na temat tego zespołu. Jak więc trafiłem na ich koncert? Dzień wcześniej wpadł mi w ręce darmowy magazyn TNT. Jak zwykle otworzyłem na stronie z koncertami i tam natrafiłem na taką notkę:
"London-based pop-rockers The Crimea start The Year They Are Tipped To Make It Huge by playing an intimate showcase gig at the 100-capacity Windmill. They certainly paid their dues last year, supporting everyone from the Stereophonics to Echo and the Bunnymen in their quest to rouse indie kids from the shackles of mediocrity. With a jerking, jolting singer in Welsh kook Davy McManus (formerly of The Crocketts), this is psychedelic Pixies-pop that refuses to go away."
Cena - 3 funty at the door...
Podjąłem błyskawiczną decyzję. W końcu The Crocketts byli w porządku.
....
Kiedy tylko przekroczyłem próg Windmill, zrozumiałem, że właśnie wszedłem do najbardziej klimatycznego venue, jaki udało mi się odwiedzić w Londynie. Brak ochroniarzy, tanie piwo, bar zajmujący centralną część sali, 50-letni barman (który w odróżnieniu od większości atrakcyjnego staffu w połowie londyńskich venues nie próbował mnie przyciąć na reszcie), mała scena w rogu, a przede wszystkim ludzie, którzy po prostu przyszli się napić. Bo Windmill to właściwie pub, przypominający odrobinkę sopocki PubKin. Przynajmniej po kolorze ścian. Największy ze stolików zajęty był przez sporą ekipę 50-letnich brodaczy, z posępnymi minami grającymi w karty, stolik obok przez lekko podpitą grupę kibiców Arsenalu, pozostałe dwa należały do występujących tego wieczoru zespołów. O neutralne miejsce do stania też było ciężko, zmieszczenie w Windmill stu osób musi być nie lada wyczynem.
Kilka słów o supportach. Właściwie słowo support obraziłoby występujące tego dnia zespoły, bo, choć trudno w to uwierzyć, każda z trzech hałasujących na deskach Windmill grup dała świetny koncert. Przed Crimeą wystąpiły Ludo i The Measures. Pierwszy brzmiał trochę jak wczesne Six By Seven (mieli nawet trąbkę), drugie jak The Music nagrywające z Kent. Pierwszym brakuje jeszcze trochę doświadczenia scenicznego (z uwagi na młody wiek), drudzy czasami uciekali się w banalny Embrace-type-rock (choć to co wybrzmiało na koniec było rewelacyjną balladą), lecz generalnie oba potraktowały zgromadzonych solidnymi, transowymi, z lekka połamanymi ścianami dźwięku. W końcu każdy zespół daje czadu na koncercie. A dlaczego tak bardzo mi się to podobało? Chyba za wielkość Windmill, atmosferę przy stolikach, no i za ten dywan na scenie...
"Czy macie ochotę na odrobinę złych wibracji"? - zapytał się zgromadzonych Davy McManus. Chodziło mu oczywiście o przewrotnie zatytułowany, inspirowany Beach Boysami "Bad Wibrations", który to rozpoczął koncert The Crimea. Publika opuściła stoliki i zajęła te minimum parkietu, które dzieliło ścianę z wyjściem awaryjnym od sceny, wypity alkohol zaś dopełnił reszty. Po raz pierwszy widziałem tak spontaniczne reakcje w małym venue. Spontaniczne na tyle, że zdjęcie prezentowane u góry jest jedynym, na którym czyjaś ręka lub głowa nie weszła mi w kadr. Może wam wydawać się to dziwne, jeśli znacie już jakiś materiał zespołu. Bo The Crimea, grają nic innego jak zwykłe piosenki. W dodatku takie tradycyjne, z podziałem na zwrotkę i refren. Pomyślcie sobie o The Thrills pozbawionych anemii i będziecie mieli niezłe pojęcie o repertuarze The Crimea. Lecz na scenie to coś trochę innego.
Po pierwsze Davy. Założe się, że jest fanem piłki nożnej, krewkim Angolem wszczynającym bójki, gdy ktoś obrazi jego ulubioną drużynę. Pewnie dlatego ma z przodu braki w uzębieniu. Jednak nie przeszkadza mu to całkiem nieźle zawodzić. Po drugie gitarzysta, któremu obrót dookoła własnej osi zajmuje pół sekundy. Wynik o pół godziny lepszy od gitarzysty The Thrills. Po trzecie wszystkie te kawałki, które z pewnością powinny znaleźć się na debiucie grupy: "White Russian Galaxy", "Bombay Sapphire Coma" czy "Baby Boom" - na żywo brzmiące po prostu genialnie. Sądząc po reakcjach rozkołysano-rozbujanej publiki, nie tylko ja tak uważałem. Pomyślałem sobie nawet, że płyta, którą miałby zadebiutować zespół, powinna być płytą live. Bo wygładzony produkcyjnie album z piosenkami może przejść bez echa. A szkoda by było, bo The Crimea to zdecydowanie dobry zespół...
No nic, czekam na debiut.










