Afro Kolektyw / LabiRytm

Droga do Mekki, Wrocław - 1 marca 2009

Zdjęcie Afro Kolektyw / LabiRytm - Droga do Mekki, Wrocław

Ponieważ ostatnio krwawa walka o wpływy w redakcji Screenagers.pl pomiędzy frakcją wrocławską i warszawską zaostrzyła się, a szala zwycięstwa poczęła się nieśmiało przechylać w stronę tych pierwszych, konieczny był radykalny ruch, który ostatecznie rozwiałby wątpliwości warszawiaków i przypieczętował zwycięstwo Wrocławia. Czymś takim miała w zamyśle być dyscyplina partyjna, która objawiła się w stuprocentowej frekwencji (nie liczę oczywiście Kamila J. Bałuka i jego szwedzkiego romansu, ani Maćka Maćkowskiego, który jest już właściwie poznaniakiem) na koncercie Afro Kolektywu - zespołu plasującego się w mainstreamie linii programowej serwisu - w tutejszej Drodze do Mekki. Oto dokumentacja, Warszawo.

Łukasz Błaszczyk

Byłem już kiedyś na koncercie w Drodze do Mekki, gdy grał Sole i jego Skyrider Band i wspomnienia z tego występu zachowałem przemiłe. Ale tym razem strasznie się zaniepokoiłem, gdy zaczął grać support. W skrócie: zespół LabiRytm postanowił pokazać upchniętej w klubie publiczności, jaki to fajny, zawadiacki hip hop z funkiem grają, ale moim zdaniem się to nie udało i pozostał niesmak po tej żenującej napince na granie satyrycznej, czarnej muzy z żywym instrumentarium i dwoma superszybkimi, superdowcipnymi raperami, którzy generalnie nie wiedzą co czynią. Strasznie słabe i w dodatku za głośne to było. Ale nic to, jakoś wytrzymałem i wkrótce na scenie pojawili się Afro Kolektyw z zagranym jakby nieco za szybko „Przepraszam”. W ogóle miałem wrażenie, że wszystkie piosenki miały w stosunku do studyjnych wersji jakby nadmiar bitów na minutę. Co nie zmienia jednak faktu, że koncert był przemiły, a Afrojax dowcipny i ujmujący ze swoimi misiami w staniku, czapką z Kielc i wyzierającą z jego wątłego, półnagiego ciała charyzmą. Set, będący fuzją the best of z pierwszych dwóch albumów i esencji „Kropek”, przepuszczony przez umiejętności muzyków AK dał mi radość, choć w ekstazie to się nie pogrążyłem. Wyróżnić wypada genialne, rozwlekłe wykonanie „Alter”, a ponarzekać nie tyle na sam koncert, ile na jego kontekst, czyli pojebów, którzy na dwóch metrach kwadratowych bawili się w crowd surfing i niesmaczny in-joke, ze skandowanym co chwilę w stronę grupy „wypierdalać”, który to in-joke przestał być zabawny już za drugim razem albo i wcześniej. Bilans na plus, bo ciężko obciążać Afro Kolektyw przewinami klienteli.

Paweł Sajewicz

Kwestią o niemałym znaczeniu, choć przecież z samej swej natury drugorzędną, jest sprawa wspomnianego już supportu - LabiRytmu, który wywołał żywy spór wśród członków redakcji (Łukasz Błaszczyk zapałał nienawiścią od pierwszego wejrzenia, Kasia Walas miłością, a ja byłem rozdarty). Chłopcy pokazali nam niespecjalnie różnorodną repertuarowo mieszankę Jamesa Browna z Rage Against The Machine (ała...), z dwoma młodocianymi raperami na przedzie (o dużej biegłości technicznej i niewielkim wyczuciu obciachu); ale co tam raperzy, gdy soliści byli wyśmienici i udanie przykrywali klawiszowo-gitarowymi dialogami partie wokalne! Funkowa motoryka od początku nie pozwalała stać w miejscu i roztańczony konwencją, dopiero na poziomie 3-4 utworu zauważyłem, że solidnego materiału starczyło im ledwie na otwarcie występu. Tym bardziej, w świetle odbytej później rozmowy z gitarzystą, fakty świadczą na niekorzyść LabiRytmu: jeśli się bowiem podchodzi do grania muzyki jak do wyrafinowanego samozadowalacza, i grając „prosto z serca”, ma się w dupie co myślą odbiorcy - no cóż, nie można liczyć na przychylne recenzje. (Czarę goryczy dopełnił odsłuch sterylnie zarejestrowanych nagrań studyjnych zespołu. Wszystkie czerstwe klimaty wyszły na wierzch, a ja muszę oddać sprawiedliwość Łukaszowi.)

A tymczasem na scenie pojawił się Afro Kolektyw. Jeśli - bądź co bądź - pod względem kunsztu technicznego support zawiesił poprzeczkę wysoko, to gwiazda wieczoru poradziła sobie z nią niby przysłowiowy Artur Partyka HEHE. Słowem: odtworzenie „Kropek” na żywo wcale nie wydaje się łatwym zadaniem, a tymczasem Kolektyw przez kolejne utwory mknął niesiony boskim wiatrem. Lekkość i polot zwykle nie wyhylają nosa poza granice studia, a tutaj: bez specjalnego gwiazdorstwa, solidnie, zmysłowo i z jajem. W tym kontekście muzyczne nawiązania zespołu do wirtuozów lat 70. nabierają jeszcze większego sensu. Co natomiast psuło odbiór, to rzecz typowa dla koncertów klubowych: niedoskonałe nagłośnienie, w którym zupełnie utonęły sampler, backing vocals czy moc instrumentów perkusyjnych (niewiele pomogły proźby Afrojaxa kierowane ze sceny do pana dźwiękowca). A z uwag zupełnie prywatnych: ze względu na gabaryty, nie bardzo przypominam filar, więc też nie rozumiem dlaczego upocony entuzjasta pogo opierał się o mnie przez 90% koncertu. Koleś, jesteś na mojej krótkiej liście.

Katarzyna Walas

Paweł nieco przekoloryzował pisząc, że zapałałam bezgraniczną miłością do Labirytmu. Fakt, broniłam ich przed wiecznie niezadowolonym red. Błaszczykiem, który z niesmakiem na twarzy sączył swoje piwo ostentacyjnie nie bawiąc się, ale robiłam to z tego względu, że był to jeden z lepszych supportów wykonanych przez nikomu nieznany polski zespół, jaki zdarzyło mi się słyszeć ostatnimi czasy. Ciągle staram się wymazać z pamięci widziane parę miesięcy temu panny z Andy, które miały mnie rozgrzać przed koncertem Audrey. No i nie biorę też pod uwagę Pustek, które przedwczoraj przygotowywały grunt na powrót Myslovitz – bo to przecież nie świeżaki, a do tego, choć to kwestia sporna, dały lepszy występ niż gwiazdy wieczoru. Labirytm jako suport sprawdził się bardzo dobrze. Mimo że nikt nie wiedział kto zacz, to pod sceną zrobiło się naprawdę ciasno, pojawili się pierwsi miłośnicy pogo, którzy obijali się o wszystkich dookoła, a w tłumie dał się słyszeć pomruk w stylu: „Myślałem, że Afrojax był trochę wyższy.” Szał na parkiecie trwał, chociaż nagłośnienie było fatalne i nie słychać było tekstów (albo może właśnie dlatego, kto wie), a kawałki powoli zaczęły przestawać zaskakiwać i zlewać się w jedną funkowo hip-hopową całość. Ja jednak CHCĘ WIERZYĆ, że oni jeszcze zrobią coś ciekawego, bo energii im nie brakuje, klawiszowca mają wyśmienitego, do tego w pewnym momencie linia basu brzmiała jak wzięta żywcem z „Pink Flag”, daję słowo. Tyle w tym temacie.

Afro Kolektyw wyszedł już na grunt mocno zmiękczony, choć pewnie i bez tego publiczność wstałaby od stolików, wzięła piwo w ręce (tłukąc przy okazji niebywałą liczbę szklanek) i oddała się koncertowemu szaleństwu. Afrojax robił co mógł, żeby przezwyciężyć problemy z nagłośnieniem i odwrócić od nich uwagę – coś tam zdjął, coś założył, wciąż rozmawiał z publicznością, stwierdził, że „Połącz kropki” to ich najlepsza płyta, a kto myśli inaczej to jest z Warszawy. Pewnie w którymś momencie ręce zaczęły mu opadać, gdy po raz setny z publiczności ktoś wykrzyknął „wypierdalaj”. Dwa razy rozbrzmiało fenomenalne „Przepraszam” – na wejście i na zakończenie, przy czym to kończące, wypadło o wiele lepiej, reszta również bez zarzutu. Nie widziałam wszystkiego z bliska, bo w przeciwieństwie do niezmordowanego Pawła Sajewicza, kolesie tańczący pogo, a przy okazji wkładający wszystkim dookoła łokcie w oczy wypłoszyli mnie spod sceny. Pewnie wybiorę się na występ Afro Kolektywu ponownie jeśli zawitają jeszcze w skromne progi Wrocławia, bo mimo, że nie czuję się wielką wielbicielką ich studyjnej wersji (chociaż wtedy przynajmniej słychać teksty, których zrozumienie było podczas występu bardzo utrudnione z powodu wyżej wspomnianego nagłośnienia), to koncertowo chłopaki rzeczywiście dają radę i w pełni zasługują na pochwały. jakie zbierają przy okazji swoich wydawnictw.

Kasia Wolanin

Zważywszy na to, że wyszłam z koncertu przed bisami, chyba nie powinnam pisać relacji, ale w skrócie: Afro Kolektyw jak zwykle klasa, a na support najlepiej spuścić zasłonę milczenia i udawać, że ich występ nigdy się nie wydarzył.

Łukasz Błaszczyk, Paweł Sajewicz, Katarzyna Walas, Kasia Wolanin (10 marca 2009)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także