Modey Lemon / Friendly Fires / Semi Precious Weapons / The Gaming Commission

Mercury Lounge, Nowy Jork - 28 lipca 2008

Zdjęcie Modey Lemon / Friendly Fires / Semi Precious Weapons / The Gaming Commission - Mercury Lounge, Nowy Jork

Choć tego wieczoru na niewielkiej scenie niezwykle ważnego dla nowojorskiej sceny muzycznej klubu Mercury Lounge nie stanęła żadna gwiazda, żaden zespół, który trafiłby na okładki pism muzycznych, żadna formacja, wokół której wybuchł jakiś spektakularny hype, atrakcji zdecydowanie nie zabrakło.

Zaczęło się dość łagodnie – choć zabrzmi to nieco paradoksalnie, występ zespołu The Gaming Commission był w zasadzie tylko ciszą przed burzą, która dopiero miała nastąpić. Grupa przedstawiła swoje surowe, instrumentalne kompozycje ze sporą werwą i energią, ale było to trochę za mało, żeby poruszyć słuchaczy.

Zwłaszcza w obliczu tego, co miało nastąpić już za chwilę. Bo oto na scenie pojawiło się czterech młodych muzyków z zespołu Semi Precious Weapons. Choć przesłuchanie ich debiutanckiej płyty, zatytułowanej wymownie „We Love You” może się długo odbijać nieprzyjemną soft-metalową czkawką, ale sława „najważniejszego zespołu w Ameryce” (jak mówił o Semi Precious Weapons słynny Alan McGee (odkrywca Oasis czy The Libertines), spowodowała chęć sprawdzenia na własne oczy i uszy, o co tu chodzi.

Wszystko stało się jasne bardzo szybko: ten zespół to prawdziwy wulkan energii, wypluwający z siebie stylowe – choć momentami wręcz bolesne – rockowe i rock’n’rollowe granie: brudne, tłuste, wulgarne i zepsute do szpiku kości. Poszczególne utwory brzmiały niemal jak hymny: proste, chwytliwe, z refrenami wpadającymi w ucho i łatwymi do wykrzykiwania razem z zespołem. W najlepszych momentach zespół jako żywo przypominał New York Dolls, w tych gorszych – zmęczone życiem i piciem Guns’n Roses.

Ale nie tylko o muzykę tu chodziło. Bo grupa ma wielki, niemożliwy do przecenienia atut w postaci iście zjawiskowego wokalisty, Justia Trantera. To dwumetrowy crossdresser z włosami blond, który tego wieczoru wystąpił w lubieżnie rozdartej na piersi koszulce, lycrowych leginsach i przeraźliwie wręcz wysokich szpilkach. Co więcej – taki strój absolutnie nie przeszkodził mu w scenicznym szaleństwie: Tranter robił szpagaty, wymachiwał nogami, wykonywał absolutnie jednoznaczne, lubieżne gesty w kierunku publiczności. Pobił samego siebie, kiedy zaczął nawoływać obecne pod sceną dziewczęta do pokazania biustu, a co więcej – udało mu się niektóre z nich do tego namówić.

To zespół, który nigdy nie wyjdzie poza granice Nowego Jorku i jego koncertowo-artystycznej specyfiki, ale w tym miejscu sprawdza się doskonale i równie doskonale nawiązuje do jego całkowicie zepsutego ducha.

Zaraz po nowojorczykach na scenie zainstalowało się czterech młodych Brytyjczyków – zespół Friendly Fires przygotowywał właśnie świat na zapowiadaną na koniec września premierę swej debiutanckiej płyty. Grupa zwróciła na siebie uwagę już pierwszymi singlami, a na koncertach nieustannie okazywała się jeszcze ciekawsza, niż sugerowałby to materiał studyjny.

To ciekawy przykład zespołu, który z jednej strony posługuje się elementami zaczerpniętymi z płyt innych wykonawców – słuchając poszczególnych piosenek nie sposób nie odnieść wrażenia, że zawierają niemal dokładne cytaty z twórczości takich zespołów jak: LCD Soundsystem, The Rapture czy choćby Foals, z drugiej zaś – tworzy z nich zupełnie oryginalną, nową jakość. Taka muzyka, oscylująca gdzieś wokół różnych odmian dance punka musiała się podobać w miejscu, gdzie ten gatunek rozkwitł kilka lat wcześniej najbujniej. Nic więc dziwnego, że Brytyjczycy, uniesieni entuzjazmem widowni, dali z siebie wszystko i zagrali znakomity koncert. Nie zabrakło ich największych jak dotąd przebojów: z zawrotnie chwytliwymi piosenkami „Paris” czy „Ex-Lover” na czele, nie zabrakło momentów, w których prawie wszyscy muzycy porzucali swoje instrumenty i zaczynali uderzać we wszelkiego rodzaju perkusjonalia, nie zabrakło wszechobecnych cow-bellsów. To musiało poruszyć nowojorską publiczność – i rzeczywiście, po chwili prawie cała sala tańczyła przy porywających kompozycjach, wyrzucanych z siebie przez młodych Brytyjczyków.

Minęło kilka minut, a w klubie zagościła zupełnie inna muzyka. Tym razem na scenie zainstalowało się trzech muzyków z grupy Modey Lemon, wyglądających, jakby czas zatrzymał się jakieś czterdzieści lat temu. I do tamtych właśnie czasów odnosiła się muzyka, którą grali. To psychodeliczny rok, ale w wydaniu bardzo nowoczesnym: szybkim, ciężkim i zabójczo głośnym. To byłoby niemal niemożliwe do wytrzymania (tak jak brzmiący bardzo blado w porównaniu z koncertem materiał studyjny), gdyby nie to, że okazało się ocierać o prawdziwą wielkość. Nawet jeśli nie było to jakoś specjalnie wciągające widowisko – muzycy po prostu stali na scenie, od czasu do czasu wymieniając się instrumentami – sama muzyka miotała widzami po sali i co i rusz rzucała nimi o ściany i podłogę. Potęga brzmienia, niemal zabójcza motoryka tej muzyki i swego rodzaju przewrotna przebojowość sprawiały, że nie sposób było nawet na sekundę odejść od sceny. Choć to muzyka trudna i z pewnością nie dla wszystkich – co spowoduje, że ten zespół nigdy nie zrobi wielkiej kariery – na Modey Lemon trzeba koniecznie zwrócić uwagę. Podobnie zresztą jak i na trzy poprzednie, występujące tego wieczoru.

Przemek Gulda (29 września 2008)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także