Okkervil River, Julie Doiron

Berlin, Lido - 26 listopada 2007

Zdjęcie Okkervil River, Julie Doiron - Berlin, Lido

Wywodząca się z Teksasu grupa Okkervil River właśnie znalazła się takim momencie swej wieloletniej kariery, który mógłby stać się dla niej wielkim przełomem: niedawno wydała znakomitą płytę, o wiele bardziej przebojową niż poprzednie, intensywnie koncertuje w Stanach Zjednoczonych i Europie. To mógłby być przełom, a zespół z drugiej ligi – bynajmniej nie pod względem wartości artystycznej, ale skali popularności – mógłby się z powodzeniem próbować przesunąć do alternatywnorockowej ekstraklasy.

Ale tak się nie stanie. Najlepszym dowodem na to był listopadowy koncert w Berlinie, w ramach europejskiej trasy. Koncert znakomity, gorący, niezwykle dynamiczny i ciekawy. Koncert, o którym można powiedzieć wiele, ale z pewnością nie da się powiedzieć jednego – że był profesjonalnym występem grupy pretendującej do gwiazdorstwa.

Wręcz przeciwnie – Will Sheff i pozostała piątka muzyków Okkervil River dbali o wiele bardziej o ciepły klimat niż o perfekcję w wykonywaniu poszczególnych utworów czy widowiskowe fajerwerki. Nie było więc wystudiowanego i precyzyjnie zaplanowanego show, nie było efektów świetlnych, nie było sztucznych uśmiechów i zmieniania gitar przed każdym utworem. Było za to szczerze, autentycznie i gorąco.

Już sam układ repertuaru pokazywał, że nie będzie to koncert z cyklu: promujemy nową płytę, więc zagramy zestaw pochodzących z niej utworów i dwa stare przeboje. Na program trwającego prawie dokładnie półtorej godziny występu składały się utwory z wszystkich płyt grupy, a tych z najnowszego, rewelacyjnego krążka „The Stage Names” nie było wcale najwięcej. Muzycy postawili na te mocniejsze, bardziej dynamiczne utwory ze swego repertuaru. Występ zaczął się od jednej z bardziej przejmujących piosenek Okkervil River „The War Criminal Rises And Speaks”, a potem zabrzmiał zestaw kolejnych smutnych, na poły akustycznych utworów. Kulminacyjnym momentem było z pewnością iście wariackie wykonanie niezwykle przebojowej piosenki „Unless It's Kicks” z najnowszej płyty: muzykom o wiele bardziej niż na perfekcyjnym jej wykonaniu zależało na dobrym kontakcie z publicznością, w niektórych momentach niemal zupełnie odrywali się więc od swoich instrumentów, żeby wraz z widzami wyklaskiwać rytm. I tak było przez cały koncert – choć sześciu teksańskich artystów ubranych było w nienagannie skrojone, trzyczęściowe garnitury, daleko im było do sztywnej elegancji.

W kolegowaniu się z publicznością przodował oczywiście lider zespołu, wokalista i autor znakomitych tekstów Okkervil River, Will Sheff. Zagadywał, uśmiechał się, zachęcał do wspólnej zabawy, opowiadał anegdoty o poprzednich wizytach grupy w stolicy Niemiec. Momentami ocierał się niemal o nonszalancję – choćby wtedy, gdy bezsilnie mocował się z nie działającymi jak należy efektami do swej akustycznej gitary albo gdy aż trzykrotnie intonował jeden ze spokojniejszych w programie koncertu utwór „A Girl In Port” z najnowszej płyty, każdą kolejną nieudaną próbę kwitując beztroskim stwierdzeniem, że jest zbyt trzeźwy, żeby udało mu się uderzyć we właściwą nutę. Profesjonalizmu nie było w tym za grosz, ale publiczność niezwykle ciepło przyjmowała tą budzącą sympatię niezdarność i nieporadność.

O swoich folkowych korzeniach zespół przypomniał dopiero na sam koniec koncertu, gdy – jako ostatni utwór na bis – zabrzmiał znany z pierwszej długogrającej płyty grupy, „Don't Fall in Love with Everyone You See” utwór „Westfall”, przypomniany kilka lat później w wersji koncertowej na epce „Overboard and Down”. Muzycy wzięli do ręki spoczywające przez cały koncert na podłodze instrumenty takie jak akordeon czy banjo i rozpoczęli długą, rozbudowaną i po części improwizowaną wariację na temat swojego utworu. To był kolejny moment, w którym liczyła się autentyczna radość wspólnego grania i dzielenia się nią z publicznością. Nikomu nie przeszkadzały drobne techniczne problemy czy fałsze, muzycy skakali po scenie uśmiechnięci od ucha do ucha, Sheff stawał ze swoją gitarą przed odsłuchami, śpiewając już nie do mikrofonu, ale niemal wprost do ucha widzów w pierwszym rzędzie. To była znakomita muzyczna zabawa, która zdawała się równie mocno cieszyć muzyków, jak i publiczność. I to był właśnie największy atut tego znakomitego koncertu.

Przemek Gulda (1 stycznia 2008)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także