Gang Of Four

Entertainment!

Okładka Gang Of Four - Entertainment!

[EMI; 1979]

Rok 1979 to jedna z wielkich dat w historii rocka. Nadciągnął zmierzch kolejnego dziesięciolecia, a muzyka gitarowa znów znalazła się na rozstaju dróg. Gatunki wyznaczające główny nurt w początkach dekady, czyli rock progresywny, hard rock i glam rock, lata świetności miały już bardzo dawno za sobą: usadowiły się w niszy, przetwarzały miałki pop albo po prostu wymarły. Punk w formie, w jakiej narodził się i dyktował warunki przez 2-3 lata, wygasał. Sex Pistols nie istnieli, The Jam porwali się na nagrywanie concept-albumu ("Setting Sons"), a wspaniałe "London Calling" było przypieczętowaniem całego zjawiska i jego pięknym zwieńczeniem, ale jednocześnie dowodem na to, że nawet ci najwięksi buntownicy szukają czegoś więcej niż trzech akordów i chwytliwych sloganów. Z tych poszukiwań już kilka miesięcy wcześniej zrodziło się kilka perełek, które pomimo czasowego usytuowania w latach siedemdziesiątych, ustanowiły muzyczne i ideowe podwaliny dla największych albumów następnej dekady. Należą do nich "Unknown Pleasures" Joy Division czy "Metal Box" Public Image Ltd. Wśród tych fundamentalnych dzieł jest też "Entertainment!" Gang Of Four. Zespół pochodzący z przemysłowego Leeds zajmuje jedno z czołowych miejsc na liście wykonawców, których zna w Polsce mało kto, a których znać powinni wszyscy. Wpływ ich debiutanckiego LP na wczorajszą i dzisiejszą muzykę jest bowiem nie do przecenienia. Z jednej strony R.E.M., Red Hot Chili Peppers, Rage Against The Machine czy Nirvana, bo w końcu to rzecz z listy ulubionych albumów Kurta Cobaina. Z drugiej - The Rapture, Radio 4, Idlewild. Chciałbym jednak odejść od innych wykonawców i skupić się tylko na tej jednej płycie. Albumie porażającym swoim przekazem. Gryzącym w uszy, atakującym je zawzięcie i nie dającym odetchnąć, a przy tym zachwycającym muzycznym pięknem i punkową autentycznością.

Brzmienie wypracowane na "Entertainment!" przez tych czterech Anglików należy do najbardziej surowych i niepowtarzalnych. Nikt nie grał tak ani wcześniej, ani później, choć tego drugiego próbowało wielu. Instrumentarium zespołu stanowią jedynie perkusja plus gitary: basowe i elektryczna, na której gra Andy'ego Gilla jest znakiem rozpoznawczym zespołu. Długo można dyskutować na temat poziomu jej rzeczywistego skorelowania ze strukturami kompozycji. Unikalny styl gitarzysty Gang Of Four polega na operowaniu jazgotliwym, natarczywym, punkowym riffowaniem. Gill nie tworzy tła, w jego wizji gry nie ma miejsca na żadne podkłady, rytmikę. Albo jest na pierwszym planie, albo nie ma go wcale. Znika na kilkanaście sekund, by pojawić się zupełnie znienacka i zaatakować sekwencją wściekłych, ujadających akordów. Charakterystyczna, nieprzebojowa melodyka tych zagrywek czyni z niego gracza równie istotnego, jak wokalista Jon King. Chwilami wydaje się, że obaj walczą między sobą o panowanie na "Entertainment!". Głos tego drugiego ma trochę wspólnego z pasją słynnych buntowników, Strummera czy Rottena, ale jest w nim coś więcej niż tylko punkowa wściekłość. To zwiastuny nadciągającej nowej fali, gdzie młodzieńczą bojowość i protest wypchną rozgoryczenie, zgryźliwość i cynizm. Na drugim biegunie znajduje się mocno funkująca, często taneczna sekcja rytmiczna: basista Dave Allen i perkusista Hugo Burnham. Niezwykle ważni, nadający ton całemu dziełu, ale w kluczowych momentach zagłuszani przez Kinga i Gilla, są niczym dwójka wybitnych obrońców, których omija splendor spływający na duet błyskotliwych napastników.

Praktycznie całe lata siedemdziesiąte w Wielkiej Brytanii to kryzys energetyczny, galopująca inflacja, podupadanie znacjonalizowanego przemysłu - z przestarzałym, zacofanym modelem gospodarczym próbowała uporać się dopiero obejmująca urząd w 1979 roku Margaret Thatcher. To wszystko przełożyło się na narastające przez lata ogromne niezadowolenie społeczne. Jednak podczas gdy ruch punkowy był głośnym sprzeciwem i wyrazem buntu, to dzieło Gang Of Four jest spojrzeniem już bardzo zgorzkniałym na cały problem, co tylko podkreślają radykalne, skrajnie lewicowe poglądy polityczne muzyków. Warstwa tekstowa płyty to świadectwo wielkiego rozczarowania tego pokolenia konsekwentnym pogrążaniem się w beznadziei, zdegustowania brakiem jakichkolwiek zmian. Rejestruje oczami młodej inteligencji obraz Wielkiej Brytanii schyłku dekady. Ironiczny już od samego tytułu począwszy "Entertainment!" to skorumpowani politycy-wyzyskiwacze (the last thing they'll ever do - act in your interest), krwiożercze, pozbawione skrupułów media, chory system, sprzedawanie wartości, cyniczne, wykalkulowane uczucia, pot i krew. To wszystko jest momentami aż zbyt brutalnie prawdziwe, żeby nie wywoływać w odbiorcy przerażenia. Intelektualny ton Kinga jest wprost stworzony do tych tekstów. Wrażenie autentyzmu, szczerości potęguje fakt, że wokalista Gang Of Four ani na moment nie przestaje wierzyć w to, co śpiewa. Potrafi sprawić, że czujesz się, jakbyś słuchał ostatniego w życiu, zwiastującego koniec świata wydania dziennika telewizyjnego, innym razem przenosi do pierwszych rzędów studenckiego pochodu, na czoło rozgrzanej do białości politycznej manifestacji.

Teoretycznie, takie płyty, nowatorskie i zarazem kapitalne same w sobie, powinno się cenić najwyżej. Zastanawiałem się, czy warto dokonywać często spotykanej, szczegółowej "wędrówki" przez wszystkie utwory. Szczerze, nie wiem czy jest jakiś sens w rozkładaniu tej muzyki na czynniki pierwsze. Żaden z członków Gang Of Four nie był wirtuozem, więc potęga "Entertainment!" nie leży w tym jak "to" robią, ale że "to" robią. Kompozycje po prostu szokują. Pierwsze wrażenie jakiego doznałem obcując z tymi utworami to całkowita dezorientacja. O co tu chodzi? Czego mam szukać, czym zachwycić się w tej przedziwnej kakofonii? Czy to jeszcze jedno z tych specyficznych influential records? Tych którymi zachwycają się krytycy, a które w przeciętnym słuchaczu wywołują myśl: "tak, to zapewne wielka płyta, ale chyba nie dla mnie"? Moje uszy zaczęły otwierać się przy "I Found That Essence Rare", teoretycznie chyba najłatwiej przyswajalnej piosence tutaj, najmniej połamanej, bliskiej standardowemu punkowemu wykopowi praktykowanemu przez większość klasycznych przedstawicieli gatunku. A potem wróciłem do początku i... chłonąłem, jeden utwór za drugim. "Ether": pełen niepokoju dialog Kinga i Gilla z tym dirt behind the daydream, przesłaniem, które będzie przewijało się przez album do samego końca, pod różnymi postaciami. "Damaged Goods": debiutancki singiel, ale przede wszystkim jeden z najchłodniejszych i tak brutalnie szczerych tekstów o miłości i postrzeganiu uczucia w kontekście fizycznym, materialnym (your kiss so sweet, your sweat so sour, sometimes I'm thinking that I love you, but I know it's only lust). "5.45": apogeum mroku i ważnej w odbiorze tego zespołu fascynacji marksizmem (down on the street assassinate, all of them look so desperate, declared blood war on the bourgeois state). Wreszcie "Anthrax", nakręcająca się, transowa miazga, gdzie dwie równoległe ścieżki głosowe - linia, nazwijmy to, melodyczna Kinga i melorecytacja Gilla przeplatają się wzajemnie, spotykając w celu wygłoszenia kluczowej sentencji (I feel like a beetle on its back and there's no way for me to get back, love will get you like a case of anthrax and that's something I don't want to catch). Piorunujący finał.

Startując z niewyobrażalnie wyżyłowanego poziomu, Gang Of Four naturalnie nie byli w stanie nadać następcy "Entertainment!" tak miażdżącej siły przekazu. Wydany rok po debiucie "Solid Gold" broni się jednak znakomicie i odnajduje swoje miejsce wśród istotnych płyt przełomu dekad. Kolejne albumy zespół nagrywał już w składzie mniej lub bardziej różnym od pierwotnego, niepowtarzalnego line-up. Pomimo wylansowania umiarkowanego, popowego przeboju, dalekiego od bezkompromisowości wczesnego brzmienia "I Love A Man In Uniform", późniejsze dokonania Go4 nie zyskały aplauzu krytyki, a powrót w latach dziewięćdziesiątych rozpatruje się wręcz w kategoriach artystycznej porażki. Kuriozalne pogłoski o ponownej reaktywacji grupy w oryginalnym składzie, w ćwierć wieku po debiucie, należałoby zignorować i przemilczeć. Idea zespołu Gang Of Four w postaci inspirującej i ważnej pod względem treści wydaje się być zamkniętym rozdziałem muzyki rockowej. Jednak nawet jeśli "Entertainment!" pozostaje legendą niełatwą do ogarnięcia dla człowieka w XXI wieku zamieszkującego nasz kraj, nie istnieje opcja, aby ktokolwiek przeszedł obok niej obojętnie.

Kuba Ambrożewski (27 listopada 2004)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
kuba a
[24 maja 2012]
Ta recenzja wróci na swoje dziesięciolecie. Lub nie.
Gość: lukaszo
[23 maja 2012]
Genialna recenzja,widac że autor to prawdziwy fachowiec w swej dziedzinie.
Gość: GoF
[4 sierpnia 2011]
Muzyka mówi sama za siebie.
Gość: Fan muzyki alternatywnej
[3 sierpnia 2011]
Dobra recenzja, zgadzam się w całości
Gość: Zwolniak
[3 sierpnia 2011]
No właśnie, gdzie się ten tekst podział? Również apeluję o przywrócenie go. : )
Gość: -
[27 grudnia 2010]
mozna wstawic ten tekst ponownie?

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także