Screenagers Jukebox #20: wrzesień 2011

Kuba Ambrożewski

Daleko mi w temacie Todda Rundgrena do Pawła Sajewicza i Borysa Dejnarowicza, którzy na zaprzyjaźnionej platformie Musicspot toczyli niedawno wyrafinowaną dyskusję poświęconą dokonaniom producenta „Skylarking”. A jednak korci mnie, żeby dopisać do polemiki moich zzznakomitych kolegów skromne post scriptum. Pamiętając o wspaniałej solowej karcie Rundgrena, warto jednocześnie wspomnieć o innej odnodze jego działalności – progresywno-softrockowej formacji Utopia, którą z różnym powodzeniem dowodził aż do połowy lat osiemdziesiątych. We wcześniejszej dekadzie dorobkowi grupy udawało się ocierać o kanon w skali mikro, jak choćby w urokliwej balladzie „Love Is The Answer”, a jednak wnikliwi czytelnicy moich odcinków rubryki Jukebox z pewnością wyczuwają już, że nie o tym okresie będzie mowa. Prowadzę tu bowiem swoisty klub miłośników czystych poranków dla zwolenników grubo ciosanego amerykańskiego rocka z lat osiemdziesiątych. Tym razem zapraszam na album „Oblivion” z roku 1984 – Rundgren najwyraźniej wszedł właśnie w posiadanie ostatniego albumu Def Leppard, bo w singlowym tracku „Crybaby” wskakuje bez najmniejszych kłopotów w nabitą ćwiekami kurtkę i obcisłe portki Joe Elliotta i rozgrywa piłkę na połowie Brytyjczyków z gracją Barcelony. A przed piorunującym uderzeniem refrenu Todd, niczym zespół Spinal Tap, przekręca gałkę na specjalnym wzmacniaczu, który pozwala jego refrenowi być bardziej melodyjnym od innych refrenów i zostawia konkurencję w tyle. Słuchając soft-metalowych ryków ciężko uwierzyć, że niedługo później ten gość będzie cyzelował barokowe ornamenty w takim „Mermaid Smiled”.

Utopia – Crybaby

Łukasz Błaszczyk

W moim wyobrażeniu Jukebox = starocie. Tym razem postanowiłem sobie jednak trochę odmienić i dzisiaj będzie bardzo nowocześnie i interaktywnie. Czeka Was więc sporo klikania. Zanim przejdziemy do tej tutaj piosenki nic-nikomu-nie-mówiącego projektu Girls On Top, proponuję przypomnieć sobie jeden z moich ulubionych singli poprzedniej dekady, „Freak Like Me” Sugababes. Dziękuję. Teraz skoczmy sobie na chwilę do roku 1979, kiedy to w czerwcu numerem jeden na brytyjskich listach była ta oto kompozycja zespołu Tubeway Army. Klawiszowy riff Gary’ego Numana jest tak cudowny, że nic się nie stanie, jeśli usłyszymy go za moment trzeci raz. Zanim to jednak nastąpi, powróćmy do przyszłości, a konkretnie do USA a.d. 1995. (S)kończyła się właśnie złota era hip-hopu, a do głosu doszły rozerotyzowane kobiety, w tym Adina Howard, która nie owijała w przysłowiową bawełnę. Oddaję głos do studia. I to już niemal koniec naszej wycieczki. Jest rok 2001, młody pirat/DJ Richard Phillips aka Richard X aka Girls On Top łączy chłód Numana i żar Howard w jednym tracku i w efekcie otrzymujemy ten tutaj mash-up, a ja najcelniejszą definicję moich muzycznych upodobań, tj. fascynacji smutną, białasowską muzyką klawiszową i szeroko rozumianym murzyństwem. Tym linkiem odpowiedziałbym na pytanie czego słuchasz?, gdyby ktoś jeszcze takie pytania zadawał.

Girls On Top – We Don’t Give A Damn About Our Friends

Posłuchaj >>

Paweł Gajda

Nie wiem jak to zrobiłem, ale udało mi się totalnie zignorować zjawisko disco editów, mimo że jest ono niewiele młodsze od samego disco. Zapewne dzięki temu bez żadnej blazy, a nawet z niekłamaną przyjemnością, połknąłem w całości album duetu Tiger & Woods. I kiedy dotarłem do przedostatniego indeksu „Through The Green”, doznałem tego specyficznego rodzaju olśnienia: skądś to znam. Ten bas i tą melodię. Jakieś rozmazane, bliżej nieokreślone obrazy kojarzące się z dzieciństwem zamajaczyły w zardzewiałych zwojach mózgowych. Google Twoim przyjacielem. W jakich pięknych czasach żyjemy – risercz nie trwał nawet minuty. A chwilę potem, dzięki dobrodziejstwom emusic.com (kryptoreklama) miałem na dysku pierwsze dwie płyty Wyobraźni.

Imagination to brytyjskie trio z pogranicza soulu, funku i disco, które gdzieś na wysokości drugiego albumu, „In The Heat Of The Night” z 1982 roku, przeżywało krótki moment komercyjnej chwały. Wokalista Leee John swoim słodkim głosem antycypował najbardziej liryczne fragmenty późniejszej kariery George’a Michaela. Mieli jeden duży przebój - Just An Illusion, za który są pamiętani gdzieniegdzie do dziś. Samplowała go nawet sama Mariah Carey. Był też ciut mniejszy hit - „Music And Lights” właśnie. Co ciekawe, większość utworów Imagination z tego okresu oparta była na tym samym brzmieniu syntezatorowego basu, który tak wrył mi się w pamięć. Najwyraźniej wtedy jeszcze korzystanie z tej samej barwy w wielu nagraniach nie było uważane za grzech, jak to ma miejsce dziś w tanecznej muzyce elektronicznej. Z innych ciekawostek – „Burnin’ Up” z debiutu cechuje jeden z najwcześniejszych przykładów użycia fortepianowych stabów, ogranych później do obłędu przez producentów house'owych.

Może i jest to rzecz tylko dla sentymentalnych zwolenników dużego stężenia cukru w cukrze, a image zespołu nadal robi za wodę na młyn przeciwników popu tamtej ery. Niemniej, od dwóch miesięcy w domu po kryjomu, dla odpoczynku od natłoku nowości, włączam sobie „In The Heat Of The Night” i daję upust tej okropnej, taniej nostalgii.

Kawał świetnej, ejtisowej tandety.

Imagination – Music And Lights

Bartosz Iwański

Truizm: muzyka w nierozerwalny sposób sprzężona jest z określonymi miejscami, które albo stanowią główne źródło inspiracji do jej powstania, albo też - jak w wypadku choćby field recordingu – same stając się muzyką, w sposób bezpośredni wpływają na ostateczny kształt dźwiękowego konstruktu. Przykłady mnożyć można w nieskończoność. Podniosły, niemal kontemplacyjny nastrój „Hex” Bark Psychosis byłby dużo trudniejszy do osiągnięcia w standardowych warunkach studyjnych, niż w wertykalnej przestrzeni kościoła świętego Jana w Londynie. Posępne, poprzecinane majestatycznymi tworami skalnymi krajobrazy doliny rzeki Manifold nie tylko posłużyły otwierającym karierę Verve jako oprawa graficznego dla debiutanckiego „A Storm In Heaven”. Narkotyczna psychodela płyty w pewnym sensie zwraca dług zaciągnięty w naturalnym banku inspiracji. W przypadku klasycznej albumowej triady Nicka Drake’a wiele tłumaczą już tytuły poszczególnych utworów. Do pewnego stopnia stanowią one kronikę dalekiego od sielanki życia w arkadyjskim otoczeniu przyrody –łagodnie opadających zboczy wiecznie zielonych pagórków, jednakowo urzekających, rozproszonych na przestrzeni wielu kilometrów miasteczek i wiosek, dogorywającej wraz z napływem cywilizacji tradycji i obyczajowości.

Nazwisko Drake’a nie pada w kontekście Dream Academy przypadkowo. Ich największy przebój, a de facto jedyna znana powszechniej kompozycja stanowi poruszający hołd dla przedwcześnie zmarłego brytyjskiego pieśniarza. Doprawdy, przedziwna to, ale i szalenie intrygująca kompozycja. Wywołująca podskórne poczucie beznadziei, potęgowane dodatkowo przez tęskne pasaże oboju Kate St. John zwrotka snuje się leniwie, antycypując młodsze o parę lat smuty spod znaku Sarah Records. Prawdziwe trzęsienie ziemi przychodzi jednak wraz z refrenem i jego folkowymi zaśpiewami, wykorzystanymi zresztą przeszło dekadę później przez sympatycznego producenta Dario G w pamiętnym tanecznym hicie „Sunchyme”. Stworzenie tak epickiego, mimo ewidentnego braku wewnętrznej spójności dzieła, kosztowało Brytyjczyków blisko rok czasu i niemałą zapewne gażę dla Davida Gilmoura, który współprodukował cały debiutancki album Akademii Marzeń. Okraszone tekstem łączącym pierwiastki wielkiej i małej historii, żeniącym desperację epoki środkowego thatcheryzmu z irracjonalnymi przebłyskami nadziei, pocztówkowe obrazki dzieci sączących lemoniadę z szarymi wizjami upadających fabryk „Life In A Northern Town” to dowód, że piękno potrafi przyjmować nawet tak kuriozalną postać.

The Dream Academy – Life In A Northern Town

Paweł Sajewicz

Cały problem z tymi młodymi zdolnymi: Bartosz Iwański ujawnił się ostatnio jako komentator dziadowskiego popu („geronto-pop”), a jednym z pierwszych opisanych przez niego przykładów muzyki, przy której bawi się duchowa młodzież grupy wiekowej 50+ (albo raczej seniorzy grupy 25-) był powrotowy hicior Bee Gees z 1997 r. Pytanie czy Bartek i jego koledzy, pisząc o doskonałym wykorzystaniu dud, puszczają do nas oko, pozostaje otwarte. No bo w takim „Alone”, które chłopaki zachwalają, stykają się dwie skrajne postawy, dwa absoluty: zaraźliwa melodia i chorobliwy kicz. Czyli co? To jest piosenka dobra czy gówniana? Recenzent robił sobie jaja czy pisał poważnie? Skąd ci biedni ludzie mają to zrozumieć, skoro ja nic z tego nie rozumiem? W ramach odreagowania konfuzji – gdyby ktoś po lekturze „Alone” miał wątpliwości, co do zdolności Barry’ego Gibba – polecam tę tutaj piosenkę, z którą już wszystko jest w porządeczku. Wprawdzie *jest* też Barbara Streisand, która mogłaby przybić piątkę z Philem Collinsem jako znienawidzona celebrytka ery przedinternetowej; jest sztuczne uzębienie Barry’ego (te dyskretne uśmiechy, kiedy lider Bee Gees wychodzi zza paprotki); są białe prześcieradła/pidżamy służące artystom za kostiumy; jest Joan Collins na widowni. Ale, ale, w tym przypadku zapomnijcie o kategorii obskura – pod względem wykonawczym i kompozycyjnym „Guilty” to destylat klasy, utwór w duchu dorosłego popu Burta Bacharacha czy nawet standardów American Songbook (co swoją drogą stanowi niezły meta-kontekst zważywszy na znaczenie Streisand dla tej estetyki i jej powrót na listy przebojów za sprawą współpracy z Bee Gees). Oczywiście, jak w każdej topowej kompozycji, i tutaj twórca (Barry) przedłożył efektywność nad efektownością: cały szkielet opiera się na powtarzanym w różnej wysokości klawiszowym temacie, więc napięcie kumuluje wyłącznie melodia. Ale za to jak! To rzadki przypadek przeboju, który brzmi jak wokalna improwizacja, zwłaszcza w drugiej połowie, kiedy Barry i Babs z niesamowitą swobodą wymieniają się „refrenem”. Zresztą, w „Guilty” nawet pozornie wycofana zwrotka aż ugina się pod ciężarem hooków (zwróćcie uwagę na charakterystyczny chórek dośpiewujący It ought to be illegal czy melodramatyczny mostek poprzedzający wysmakowany release refrenu). Trudno oprzeć się wrażeniu, że maestria kompozycji Gibba w znacznym stopniu opiera się na charyzmie wykonawców lub innymi słowy: trzeba być nie lada mistrzuniem, żeby z tej piosenki wyłuskać wszystkie jej zalety. Babs wespół z samym autorem w zupełności dają radę, a efekt jawi się prawdziwym meisterwerk pre-sophisti popu. I jeśli tak miałoby wyglądać muzyczne rzemiosło, to żałuję, że wydarzył się punk rock. Tak że we’ve got a lot to be guilty of, ale na pewno nie powinniśmy się wstydzić tego utworu.

Barbara Streisand & Barry Gibb – Guilty

Marcin Zalewski

Jason Gross na łamach webzina Perfect Soun Forever dowodził, że free jazz był pierwszą falą punk rocka. Ciężko się nie zgodzić po wsłuchaniu w demolującą kanony muzyczne i powracającą do pierwotnej ekspresji czarnej muzyki twórczość Coltrane'a czy Sandersa. We wczesnych latach siedemdziesiątych spuścizna rzeczonych wirtuozów tylko czekała, by zostać wykorzystana przez nieco mniej utalentowanych, ale za to równie żywiołowych osobników rodzaju The Stooges czy pana Kapitana Beefhearta. Ci położyli kamień węgielny pod twór dla laików niezrozumiały: jazzpunk.

Lato nienawiści '76 poza chłopakami z Brixton przyciągnęło także rzesze elementu niekoniecznie chcącego „White Riots”, ale za to „Anarchy In The Art” już tak. Jednym z takich osobników był Ted Milton, egzystencjalny poeta, początkujący lalkarz i kumpel Erica Claptona. Wraz ze swoim bratem, byłym muzykiem znaczącej brytyjskiej grupy psychodelicznej Quintessence (warto sprawdzić byłe zespoły członków Shpongle) Jake'iem i Peterem Creese założyli, bo wtedy wszyscy zakładali, zespół Blurt. Mieszanka prymitywnego, repetycyjnego rytmu, dzikich solówek i przeciętnie optymistycznych tekstów była znakiem rozpoznawczym na ich trzech pierwszych albumach. Z ostatniego „Bullets For You” pochodzi „Enemy Ears” - zalatujące funkiem, ale w tym koślawym wydaniu a'la 23 Skidoo, wyjęczane jak z pierwszej płyty Bauhaus i wypełnione krztuszącym się saksofonem altowym motoryczne cztery minuty zadeklarowanego jazzpunka. Zespół, przed zmianą stylu na bardziej nowofalowy, z syntezatorami i automatem perkusyjnym, był sporym wydarzeniem na brytyjskiej scenie (zaproszenie do Peel Session), wypełniając lukę pomiędzy X-Ray Spex, disco granym przez Can i degenaracją epoki Maggie. Świetny przykład gatunku muzycznego, w którym wypada mieć irokeza i czytać radzieckich nihilistów.

Blurt – Enemy Ears

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: pszemcio
[28 września 2011]
>>> "Tylko Uwolnij Muzykę daje radę, choć nie zawsze."

LOL
PS
[24 września 2011]
my też nie bardzo :|
Gość: bea
[24 września 2011]
A o co chodzi z tym kompleksem, bo nie rozumiem?
Gość: Narc
[23 września 2011]
Bez kitu tak jest. MW ma rację. Tylko Uwolnij Muzykę daje radę, choć nie zawsze.
Gość: mw
[16 września 2011]
czemu każdy serwis zajmujący się 'niezalem' musi mieć kompleks porcys?

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także