Miesiąc w singlach: kwiecień 2011

Kwiecień plecień, bo przeplata, a my mamy dla was świeżutką porcję singli – część z nich zapewne znajdzie się na płytach, które będą nam towarzyszyć podczas pierwszych, naprawdę letnich tygodni.

Utworów opisanych w MWS możecie posłuchać również za pośrednictwem playlisty.

Austra - Lose It (7/10)

Tradycyjnie, by nie tracić gruntu pod nogami, wrzucono projekt Austra do jednego wora z Florence And The Machine, Fever Ray, a nawet Kate Bush, choć tak naprawdę trio z Toronto ma mało wspólnego z wymienionymi wykonawcami. Wizytówką kanadyjskiej ekipy jest wokalistka Katie Stelmanis. Wyedukowana na operową śpiewaczkę blondynka, która pokochała niegrzeczny rock’n’roll (twiedzi, że jest fanką NIN oraz np. Fucked Up), ze swojego klasycznego wykształcenia wokalnego wyniosła przede wszystkim ogromną świadomość swojego głosu i jego możliwości. „Lose It” stanowi głównie popis jej nonszalanckiego stosunku do własnego, świetnego wokalu, którym bawi się beztrosko i na luzie, nadając tej lekkiej piosence sporej frywolności. Bez problemu Stelmanis mogła być stać się drugą Zolą Jesus albo nawet Kate Bush, tyle że z powagą zdaje się jej być nie do twarzy. Realizuje się więc w czymś trochę bardziej niezobowiązującym, ciepłym i radosnym niż gotycki czy epicki i rozmarzony pop, łącząc kanciaste, dość proste elektro-popowe melodie z kapitalnym wokalem oraz rozkoszną, abstrakcyjną zabawą (teledysk do „Lose It”!). Miesiąc po premierze debiutanckiego krążka Austry, kanadyjskie trio zawita na dwa koncerty do Polski. Może być bardzo fajnie. (Kasia Wolanin)

Breakbot - Fantasy (7/10)

Ach, Breakbot. Mało kto na horyzoncie współczesnej „kultury klubowej” gra tak bardzo w przysłowiowej mojej drużynie. Thibaut Berland to typowy playmaker, rasowy centrocampista, reżyser gry – wiąże krawaty sobie i obrońcom przeciwnika, narzuca tempo gry, a przede wszystkim rzuca efektowne passy do swoich skrzydłowych. W ubiegłorocznym, doskonałym „Baby I’m Yours” wypuścił w czeską uliczkę Irfane’a, a temu nie pozostało nic innego, jak dostawienie stopy celem umieszczenia piłki w siatce. Tym razem brodaty Żabojad rozgrywa akcję w trójkącie z Ruckazoidem niczym słynne trio Jackson/Jones/Temperton. To już dawno nie jest gra na aferę – podziwiamy efektowne serie diagonalnych, krzyżowych podań, arytmię, przemyślane skracanie pola gry, a przede wszystkim umiejętne wciąganie przeciwnika na swój parkiet. (Kuba Ambrożewski)

CSLSX - Keep On Shining (7/10)

CSLSX to jeden z najbardziej enigmatycznych projektów muzycznych. W dalszym ciągu tajemniczy, bo można było powiedzieć dokładnie to samo zarówno wtedy, gdy pojawił się ich pierwszy, świetny numer „Futuretapes”, a potem, z różną częstotliwością kolejne, wyborne kompozycje („We Ought To Be Together”, „Paula Abdul Drinking A Pepsi, October 17th, 1987”). Tym razem kolektyw z Filadelfii sięga po doskonale znany klimat balearycznego popu, który w ich wydaniu flirtuje sobie niezobowiązująco z vintage’owym disco i atmosferycznym housem. „Keep On Shining” niczym ciepły, wiosenny wiatr odgania ciemne chmury, stając się idealnym tłem na leniwe, słoneczne popołudnie, przypominając nam, że lato już niedługo nadejdzie. So good, so right, czyż nie? (Kasia Wolanin)

Fatima - Innervision (5/10)

Wszyscy wychowaliśmy się w blokowiskach, więc taką tutaj sytuację będzie można ładnie zarysować. Bierzesz długą wieczorną kąpiel, a jak jesteś kobietą to najlepiej ze świeczkami i dużą ilością piany (+ all the girly stuff), żeby stworzyć odpowiedni nastrój. Leżysz w wannie już jakiś czas i jest relax full, a zgiełk i troski dnia codziennego odchodzą na dalszy plan. Pomimo całkowitego rozleniwienia wreszcie zbierasz się do wyjścia i wtedy dochodzą do ciebie niewyraźne dźwięki piosenki z drugiego piętra, bo sąsiadka najwyraźniej też się pluska. Piosenka okazuje się na tyle ładna, że uznajesz ją za wyśmienitą wymówkę, by jeszcze chwilę poleżeć w wodzie. Sąsiadka nuci pod nosem i nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że jej głos roznosi się po wszystkich łazienkach pionu. Ta piosenka nie ma właściwie początku ani finału i kilkakrotnie wydaje ci się, że najmniejszy koncert świata właśnie dobiegł końca, ale te abrupcje spowodowane są tylko sięganiem po odpowiedni, intensywnie zapachowy kremik do ciała. I chociaż nie masz wątpliwości, że jest to szczera i szczerze ładna improwizacja, to przecież nie rozpatrujesz jej w ramach kompozycji, która mogłaby podbić świat. Myślisz, że dziewczyna ma słuch i fajny głos i pewnie zastanawiasz się czy śpiewa w jakimś zespole. Wreszcie następuje naprawdę długa pauza i dźwięk odkorkowania wanny. Dopiero wtedy wiesz, że to już koniec piosenki, choć jej zarys będzie odwijać się w twojej głowie jeszcze przez kilka minut. (Mateusz Błaszczyk)

Junior Boys - Banana Ripple (8/10)

Muszę przyznać, że wzięli mnie z zaskoczenia. Po „Begone Dull Care” można było obstawiać, że juniorzy mają już z górki. Klasyczny zjazd w otchłań coraz bardziej smętnych i nieodróżnialnych nagrań. Być może to wszystko jeszcze przed nimi. W końcu niewiele wiemy o zawartości nadchodzącego albumu „It's All True”, ale dziś jedno jest pewne: kończyć go będzie niniejsza dziewięciominutowa disco-epopeja. To najbardziej taneczna i optymistyczna piosenka w karierze duetu. Słoneczna, letnia i wręcz definiująca pojęcie „feel-good”. Czy to na pewno Greenspan i Didemus? Niby kilka prostych akordów z jednym, krótkim wyjściem poza tonację na wysokości słów „as if it really matters” w refrenie, ale nie przypominam sobie u nich takiego wypasu aranżacyjnego, jakiego tutaj doświadczycie. Podobnego entuzjazmu na punkcie kawałka Junior Boys nie czułem od... roku 2004? Na pewno od dawna. I choć mam pewność, że reszta nowej płyty raczej nie przebije „Banana Ripple”, to jednak zaczynam dreptać w oczekiwaniu. Wpadliście mi w ucho, chłopaki. Nie spieprzcie tego. (Paweł Gajda)

Kimbra - Cameo Lover (4/10)

W oczekiwaniu na zapowiadany na początek roku album studyjny dokonania Nowozelandki śledzę z nieukrywaną niecierpliwością. Odsłuch „Cameo Lover” sprawia niestety, że wypieki nieco bledną. Zalotna, stylizowana na kosmitkę dziewczyna, która wypłynęła na featuringu u Miami Horror, a potem jako porcelanowa lalka własnym utworem dobiła do ponad pół miliona odsłon na YouTube, tym razem rozczarowuje po całości. Niezły głos, uwypuklony w oszczędnej oprawie świetnego „Settle Down”, zostaje tu brutalnie spłaszczony przez nudny, naiwny i nieznośnie przesłodzony popowy lukier. Na takie banały nic nie pomogą ani tamburyny i dęciaki w refrenie ani kolorowy teledysk. Najmniej przyjemny zaskok miesiąca. (Zosia Sucharska)

John Maus - Believer (9/10)

Wykłada filozofię na Uniwersytecie Hawajskim w Manoa, kumpluje się z Arielem Pinkiem i Pandą Bearem, do tej pory wydał dwie płyty, które przeszły bez większego echa. Jednak po rehabilitacji tu i ówdzie twórczości Rosenberga wychodzący w czerwcu nowy album Johna Mausa „We Must Become The Pitiless Censors Of Ourselves” ma szansę spotkać się z ciepłym przyjęciem (o ile będzie na poziomie „Believer”). Czasem proste rozwiązania okazują się najbardziej skuteczne – mechaniczna sekcja rytmiczna jest przykryta grubą warstwą obskurnych dygoczących syntezatorów, a John swoim barytonem wyśpiewuje piekielnie chwytliwe frazy. Wszystko spowite w obowiązkowej nostalgii w stylu vintage i przekoloryzowanych szumiących kaset VHS. Prosta kompozycja z łatwością wchłania w siebie dużą dawkę hymniczności i mocno potrafi wjechać na emocjonalne pole podnosząc poziom uśmiechu w organizmie. Wykształcenie filozoficzne Mausa i jego zrozumienie natury ludzkiej pomaga skutecznie uderzyć w niczego nie spodziewające się dzwony psyche i wywołać przeróżne aberracje i afirmacje. Majaczący w wizualnej sferze Jackie Chan z filmu „Shaolin Wooden Men” dopełnia obrazu mojej ostatecznej kapitulacji. Iście epicka rzecz w duchu popowego lo-fi. W zupełności wystarcza, żeby zasłużyć na szacunek ludzi Ulicy Sezamkowej. (Sebastian Niemczyk)

Santigold feat. Karen O - Go (6/10)

Santigold ciężko było wyjść z cienia M.I.A. i pod względem popularności raczej już zawsze tam zostanie. Szansa na prześcignięcie popularniejszej koleżanki pojawiła się na polu artystycznym, bo ostatnie dokonania M.I.A., uwikłane w niezbyt udane eksperymenty, zostawiają sporo do życzenia. Santigold, uskrzydlona współpracą z Beastie Boys, na przebojowym i ciekawym singlu „Go” może wiele ugrać. Numer brzmi bardzo post-punkowo, co jest wyzwaniem niemal wprost rzuconym M.I.A.. Jest to co prawda post-punk sztuczny, ponowoczesny w swej wymowie – techniki produkcyjne A.D. 2011 silnie odcisnęły swoje piętno w minimalizmie i surowości podkładu. To że „Go” wyprodukował Q-Tip, jeszcze bardziej unosi brew. Nie byłem nigdy fanem głosu Santigold, ale w otoczeniu surowych, gitaropodobnych dźwięków brzmi... świeżo. Szczególne wrażenie robi przejście ze zwrotki do mostka, szkoda, że quasi-refren nie dostaje do tego poziomu. I wreszcie Karen O, która ostatnio sprawia wrażenie zagubionej. W „Go” dostosowuje się do nawiedzonej wymowy całości, ale jej udział w singlu jest raczej symboliczny. W „Go” czuć zamysł, który ostatnio nie powiódł się M.I.A. – stworzenia energetycznej muzyki, niepozbawionej post-punkowej zadziorności, a jednocześnie nie odstającej od współczesnych standardów. Santigold do spóły z Q-Tipem może być zadowolona z efektu, podobnie jak słuchacze. (Paweł Klimczak)

Ścianka - Shifting The Night For Tomorrow (5/10)

Włączyłem nowy singiel Ścianki i zacząłem robić research. Wszedłem na stronę zespołu, nieaktualizowaną zresztą od kilku lat. Nie zauważyłem, że po otwarciu scianka.com automatycznie uruchomił się player z utworem „Secret Sister” i obie piosenki odtworzyłem jednocześnie. Że wyszedł mi mash-up zorientowałem się grubo po fakcie. O, mam tekst, pomyślałem pół żartem, pół serio, ale bez złych intencji, bo choć powyższa historia to szpila w ściankową alt-seriozność, nie zamierzam uprawiać tu rewizjonizmu. Ścianka wróciła i kontekstem dla nowej twórczości tercetu są raczej ostatnie projekty Maćka Cieślaka niż „Pan Planeta”. A nawet nie projekty (muzycznie „Shifting The Night For Tomorrow” ma więcej wspólnego z „Wielkim Defekatorem”), ale recepcja tychże jest kontekstem. Bo odbiór albumów Cieślaka i Księżniczek czy Kings Of Caramel był tyleż ciepły, co kurtuazyjny. Kiedy więc pojawia się „Shifting The Night For Tomorrow”, podstawowym pytaniem jest to o oczekiwania względem zasłużonego zespołu. Ścianka gra bardziej o prestiż niż sukces, a nowy singiel z niezamierzoną przekorą odstawia bezpieczny taniec gigantów: generyczny riff i generyczny hałas produkowane bez mrugnięcia oka, czysta profeska. Wbrew powszechnemu przekonaniu, punkowe inklinacje pogłębiają wrażenie sięgania po oklepane rozwiązania, ale to może moje skrzywienie, bo zamiast Double Dagger słyszę tu potencjał na „Bad Debt Follows You” The Go-Betweens. Tyle, że potencjał kończy się na poziomie otwierającego tematu, a ja wolałbym żeby kompozytor Cieślak szedł w stronę swoich bardziej piosenkowych dokonań, a nie urządzał kontrolowane burdy w studio (znowu rozbijamy się o problem seriozności muzyki, ble!). Połowa prawdy jest taka, że „Shifting The Night For Tomorrow” nie nadszarpnie legendy i już to jest małym sukcesem; jednak z drugiej strony, gdyby tę kompozycję firmował anonimowy zespół z Grudziądza, nie czytalibyście o niej w tej kolumnie. Hipokryzja krytyków? Nie, skądże, w końcu Ścianka zasłużyła na uwagę, nawet w wymiarze czysto porównawczym czy wspominkowym. Ale jeśli chodzi o moje oczekiwania, to jest już zdecydowanie za późno na miłość. (Paweł Sajewicz)

Posłuchaj >>

Tom Vek - A Chore (7/10)

W 2005 roku wydał całkiem niezłą, ba, momentami naprawdę intrygującą płytę „We Have Sound” i zniknął. Dosłownie. Prawie na 6 lat słuch o nim zaginął, a teraz niespodziewanie, gdy chyba wszyscy zdążyli o Brytyjczyku już zapomnieć, ten wraca z nowym singlem zwiastującym jego drugi album zatytułowany „Leisure Seizure”. „A Chore” wraca do obrazu Toma Veka, jaki funkcjonował dokładnie 6 lat temu. To znów chropowata, mroczna melodia, łącząca siermiężną elektronikę z garażowym rockiem: trochę transowa, duszna czy nawet narkotyczna lub też po prostu inna niż wszystko, co aktualnie krąży wokół nas. Vek po raz kolejny pokazuje, że jest multiinstrumentalistą uciekającym od oczywistości i łatwych skojarzeń. Ciekawi nowego albumu? Niewiele pamiętam z pierwszego, ale w sumie jestem zainteresowana tym, co stanie się u Brytyjczyka tym razem. (Kasia Wolanin)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: turas
[15 maja 2011]
"ja wolałbym żeby kompozytor Cieślak szedł w stronę swoich bardziej piosenkowych dokonań, a nie urządzał kontrolowane burdy w studio"

Na facebooku chyba wspominali, że 'Shifting' to wykonanie koncertowe, zresztą nawet tak brzmi (brutalnie ucięte pod koniec, jakieś nie zawsze trafione wokalne zawijasy). Wciąż czekam na jakiś studyjny numer, wtedy dopiero okaże się co i jak.
Gość: leke
[11 maja 2011]
miesiąc w singlach to najlepsza akcja screenagers [2]
Gość: pan.zajawka
[11 maja 2011]
miesiąc w singlach to najlepsza akcja screenagers

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także