Miesiąc w singlach: czerwiec 2010

Miesiąc mundialu, kampanii wyborczej i dzieci wyjeżdżających na wakacje. A co się działo, jeśli chodzi o nowe piosenki na naszych playlistach?

Aeroplane - We Can’t Fly (7/10)

Ten belgijski duet didżejski ma w swoim dorobku zarówno rzeczy ocierające się o rejony dziesiątkowe (remiks „Paris”), jak i zerowe (remiks „God Only Knows”, ble), więc z nimi to jak z pszczołami – nigdy nic nie wiadomo. Tym razem jednak tandem – który właśnie, notabene, przestał nim być, po tym jak od kolegi odłączył się Stephen Fassano – ląduje pomyślnie. „We Can’t Fly” dla nadchodzących wakacji może być tym, czym dla ubiegłych było „Love The Night Away” – definiującym chilloutowym jamem, który rozluźnia niezależnie od okoliczności. Oczywiście byłoby łatwiej, gdybyśmy nie znali „Heats”, co niczego nie ujmuje temu jamajsko zabarwionemu (pomyślcie o optymistycznych Studio z babskim chórkiem) balearykowi. (Kuba Ambrożewski)

ceo - Come With Me (5/10)

Nie wiem, ile w tym prawdy, ale słyszałem, że The Tough Alliance mieli w zwyczaju wypuszczać się na malowniczy Göteborg z kijami baseballowymi siejąc postrach wśród mieszkańców i licznie odwiedzających miasto turystów. Może to i ledwie plotkarska pocztówka do przejmującego „Neo Violence” lub krzywdząca nadinterpretacja intrygującej oprawy towarzyszącej wykonaniu piosenki na żywo, ale „cień został rzucony”. Przy okazji pierwszego – udanego – singla ceo i towarzyszącego mu teledysku – lepszy niż singiel, to pewne – niepokojące skojarzenia powróciły. Już dobór czarno-białej tonacji i oszczędny plan akcji wywołują niepokój. Następująca od razu seria obrazów szkicuje smutną historię „białego” Marcusa prześladowanego przez złowrogiego doppelgängera, który zakłóca jego sen i spokój umysłu. Na szybko zmontowana konfrontacja (scena z lustrem) znajduje tragiczne rozwiązanie – biały Marcus ucieka przed koszmarami w kierunku jasności pozostawiając swego prześladowcę w rozpaczy, który pozbawiony niewinnego pierwowzoru traci sens bytu. Zainteresowanych analizą tego przełożenia odsyłam do Stanisława Lema i jego rozprawy z antybaśnią w „Etyce zła” (zbiór „Sex Wars”). Sam kawałek – jak wtrąciłem wcześniej swoim zwyczajem – choć udany, jest ledwie delikatnym echem „A New Chance” i jak na echo przystało, słabnie z każdym kolejnym odtworzeniem. (Maciej Lisiecki)

The Coral - 1000 Years (6/10)

A ci wciąż swoje. Lata płyną, a Zombies, Kinks i Love nie wychodzą z odtwarzaczy członków The Coral. Oczywiście, już na wysokości debiutu było wiadomo, że liverpoolska ekipa to coś więcej niż jednosezonowa wydmuszka (jaką były idące w jej ślady formacje a la The Bandits, The Zutons i kilka innych, o których wiem, że ich słuchałem, ale kompletnie nie pamiętam jak mogły się nazywać). Niestety ten jasno określony pomysł na siebie był rozwijany z pogłębiającą się rutyną, wygładzającą chrypę młodziutkiego wokalisty Jamesa Skelly’ego i stępiającą ostrze post-beefheartowskiego szaleństwa znanego z „Skeleton Key” chociażby. Tu i tam trafiała im się wciąż urokliwa melodia na singlu („In The Morning”, „Being Somebody Else”), a jednak na kolejne płyty The Coral zdecydowanie czekają już tylko fani Skelly’ego i spółki. Naturalnie o rozczarowaniu nie będzie mowy, bo ci Scouserzy wiedzą, jak pisać piosenki. Singiel pilotujący „Butterfly House” startuje od zaśpiewu Oooh, waitin’ for a thousand years, niechybnie zaczerpniętego ze słynnego refrenu „Who Are You?” The Who i jest niczym innym jak solidnie odrobioną lekcją pop-psychodelii według oficjalnego podręcznika brytyjskiego Ministerstwa Kultury. (Kuba Ambrożewski)

Delays - Unsung (7/10)

Naprawdę ciężko uwierzyć w fakt, że „Unsung” jest utworem z już czwartej, studyjnej płyty Delays. Zapewne nieliczni pamiętają, jak za sprawą „Faded Seaside Glamour” grupa z Southampton bezbłędnie wykorzystała drzemiącą w każdej jednostce słabość do cukierkowego romantyzmu, niepoprawnego marzycielstwa i sypialnianych, ładnych piosenek i jak nie potrafiła przykuć naszej uwagi każdym kolejnym, późniejszym, coraz mizerniejszym krążkiem. Daleka jestem od stwierdzeń, że wraz z tegoroczną płytą Delays powinniśmy ponownie zainteresować się tą brytyjską kapelą, ale „Unsung”, które niedaleko stoi od ślicznych kompozycji z początku debiutu Brytyjczyków, trochę rehabilituje ten zespół. (Kasia Wolanin)

Everything Everything - Schoolin’ (6/10)

W Everything Everything najfajniejsze są sprzeczności, na bazie których zespół konsekwentnie i dość interesujące buduje swój styl, stara się stworzyć oryginalną, rozpoznawalną markę. Znów „Tundrowa” zabawa gitarą i klawiszami, żyjąca perkusja i ten quasi rapujący wokal, który powinien jednak trochę drapać, a mimo to świetnie tutaj pasuje. „Schoolin' ” w porównaniu do zeszłorocznego singla nie wnosi nic nowego do świeżej, jeszcze niespecjalnie obszernej twórczości Everything Everything. Potwierdza to, co już wiedzieliśmy – warto poczekać na ich debiutancką płytę. (Kasia Wolanin)

Japandroids - Younger Us (6/10)

Japandroids? Tak, znam – a sięgając po nomenklaturę z facebooka – lubimy się, ale nie jestem fanem. „Post-Nothing” to „miły” album, ale ich występ w stołecznym Powiększeniu mocno mnie rozczarował. Stałem smutno przypatrując się ‘koncertowej próbie’ i ‘prężeniu muskuł’. Hey. Beer. Man.. I w podobny sposób przysłuchuje się „Younger Us”. To fajny numer o słodko-gorzkim jak to u ich podtekście (tęsknota za młodzieńczą beznadzieją w obliczu wyzwań poważnego życia), świetnie (na nowo?) definiujący w refrenie pojęcie „slacker” dla targanych potrzebą wykrzyczenia się amerykańskich dwudziestokilkulatków... Wszystko OK, ale zmuszałem się do repetowania. Sorry. (Maciej Lisiecki)

Juvelen - All Time High (7/10)

Należę chyba do nielicznego grona, które debiut Jonasa Petterssona uważa za lekko niedoceniony, a przede wszystkim za szybko zapomniany. Był to w istocie krążek bez słabych punktów, no bo wskażcie mi tam zły hook, słaby refren, nie mówiąc o nietrafionej kompozycji. Problemem była chyba ciężkostrawna, skrajnie przejaskrawiona maniera wokalna Juvelena – pamiętam, że gdy zagadnąłem o autora „Don’t Mess” chłopców z Air France odparli, że owszem, spoko, ale gość tak bardzo chce być Prince’em, że nie są w stanie tego znieść na dłuższą metę. Dobrze więc chyba, że Pettersson zrobił sobie i nam sowitą przerwę, po której znów atakuje na świeżości. A że robi to za pomocą znakomitych i znakomicie znanych chwytów, to „All Time High” po prostu nie ma prawa nie podobać się fanom „1”. Utwór na pierwszym albumie Szweda byłby solidnym graczem drugiego planu, nieco bledszą siostrą kapitalnego „Watch Your Step”, co wciąż wpisuje go na szeroką listę kandydatów do singla roku. Mi wystarczy. (Kuba Ambrożewski)

Nerwowe Wakacje - Pan Samochodzik (4/10)

Darujmy sobie grę wstępną – jestem rozczarowany. Wiadomo, cieszę się z powrotu Nerwowych, nawiązania do niezwykłego jak na swoje czasu bohatera książkowego cyklu Zbigniewa Nienackiego, doceniam ogniskowy klimat (intrygujący drugi plan) niespiesznej przyśpiewki (podkreślony delikatnym ska w refrenie), ale „motywy niedograne”, a utwór zaczyna się dla mnie NA NOWO na 2:52 – utwór rośnie (klawiszowe plamy), finałowe takty są przyjemnie „najntisowe”, a Jacek śpiewa jakby bał się, że nie zdąży powiedzieć wszystkiego na szybko budując klimat wymuszonego rozstania. Ale jest to już tylko nerwowe ocieranie łez. Sam jestem sobie winien – spodziewałem się rzeczy na wzór definiującej styl Szabrańskiego „Cherry Cordial”, a zostałem uraczony muzycznym odpowiednikiem popołudniowej drzemki po obfitym grillu (tyle w temacie wakacyjnych skojarzeń). Próbowałem zalać zgagę piwem, ale tylko się rozchorowałem. Już trzeba było postawić na „Big Mind” (wyciszony b-side), któremu jak informuje fanpage zespołu „blog Substance Only wystawił notę 9.0”. (Maciej Lisiecki)

Pobierz >>

Of Montreal - Coquet Coquette (5/10)

Dziwnie czuję się w roli recenzenta Of Montreal dla Screenagers – była to zawsze domena Szwedów (tego prawdziwego, Piotra, i farbowanego, Bałuka). Moje zachwyty względem formacji Kevina Barnesa kończą się na licznych fragmentach „Satanic Panic In The Attic” i wybranych dwóch kolejnych krążków. O co chodziło na tym ostatnim? W każdym razie na „Coquet Coquette”, zapowiedzi „False Priest”, grupa jest bardzo daleko od campowych wątków poruszanych w drugiej połowie lat zerowych. Tu powraca psychodeliczno-rockowe oblicze Of Montreal – nie zwiastuje tego jeszcze typowo barnesowska melodyka zwrotki, ale im dalej w las, tym więcej grzybów proponuje Syd Barrett i jemu podobni. Ciężko się przyczepić, bo w przeciwieństwie do „Skeletal Lamping” Barnes dość szerokim łukiem omija wszelkie możliwe pola minowe. To dość bezpieczne nagranie i właśnie dlatego obawiam się, że gorączka wokół sympatycznych atheńczyków będzie powoli stygła. (Kuba Ambrożewski)

Violens - Acid Reign (8/10)

W przypadku Violens nic nie poradzę – ilekroć słyszę nowe nagranie tego zespołu, wstaję z miejsc, podnoszę szalik nad głowę i śpiewam z nimi. Od ogłoszenia ich najlepszym rockowym zespołem planety powstrzymacie mnie jeszcze tylko przez trzy miesiące – w październiku ukazuje się krążek zatytułowany „Amoral” i jak skrupulatnie wyliczył „Tygodnik hipstera”, będzie na nim siedemnaście solówek zagranych lewą ręką oraz trzy koma dziewięć utworów w tonacji C. No, to żeśmy sobie pożartowali. Z poważnych informacji warto nadmienić, że na tracklistę nie dostały się niestety wspaniałe „Spectator & Pupil” i „Already Over”, co zupełnie nie zmienia faktu, że album powinien wymiatać, to w przypadku formacji Jorge Elbrechta pewne jak wschód słońca. Tymczasem pierwsza oficjalna zajawka longplaya, „Acid Reign”, znajduje się do legalnego pobrania na stronie grupy. Inicjalny kontakt nie satysfakcjonuje – utwór dłuży się, powstaje wrażenie braku lekkości. Rzeczywiście, tej próbie Elbrechta daleko do zwiewności „Violent Sensations Descends” czy wyżej wspomnianych perełek. „Acid Reign” bazuje na głębokich, muskularnych groove’ach basu i gęsto splecionych liniach elektrycznych gitar, co w połączeniu z lekko madchesterskim prowadzeniem perkusji daje efekt przypominający Killing Joke z połowy lat osiemdziesiątych lub New Order, gdyby zapragnęli zagrać ciężej. Potrzeba chwili cierpliwości, by zaczęło zażerać. Jak zwykle u Violens powala dopracowanie każdego elementu, chociażby w refrenie podzielonym na cichszą partię z harmoniami wokalnymi i następujące po niej pieprznięcie z całą mocą. „Acid Reign” nie jest z tych kompozycji, które wydawanoby często na singlach, to bardziej fundament tracklisty jednej z płyt roku, którą – jakże na to liczę – okaże się „Amoral”. (Kuba Ambrożewski)

Redakcja Screenagers.pl (6 lipca 2010)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: olaf
[23 lipca 2010]
Singlowo niezbyt ciekawie w czerwcu.

Albo selekcja bardzo słaba :)
Gość: tele morele
[19 lipca 2010]
przerażająca kiepskość nowego of montreal
Gość: night
[9 lipca 2010]
aż dziw bierze że Coral trzymają tak równą formę już ósmy rok, po Invisible Invasion wieszczyłem im rychły koniec
Gość: przei
[9 lipca 2010]
0:55 czuje się jakbym słuchał The Stone Roses, gęsto i różnorodnie
Gość: przei
[9 lipca 2010]
Acid Reign wow!

gitarowe granie może być jeszcze fajne
PS
[8 lipca 2010]
To nowe Aeroplane = ogarnięci artyści sięgają po reggae i uzmysławiają czym ten gatunek mógłby być, gdyby nie zajmowała się nim banda miernot.
Gość: artur k
[6 lipca 2010]
kurczę, ja bo miesiącach bólów *załapałem* w końcu "skeletal lamping" i teraz mam wrażenie, że wszyscy niesłusznie przeoczyli to "sex & antarctica"

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także