Single w parach: styczeń 2017

Zdjęcie Single w parach: styczeń 2017

Idea rubryki Single w parach jest prosta: dwie osoby z redakcji omawiają jeden utwór, spierają się, negocjują ocenę, a czasem po prostu zgadzają się co do jakości bądź bylejakości danej piosenki. Interesują nas jedynie single sensu stricto, czyli kawałki zapowiadające intrygujące premiery płytowe. Takich utworów w styczniu nie brakowało. Wybraliśmy dla was mieszankę wykonawców doskonale znanych i tych nieco mniej.

grafika: © Karolina Wojciechowska


Goldfrapp - Anymore (3,5/10)

Pierwszy singiel z płyty Goldfrapp nigdy nie był tak słaby. „Lovely Head” – wiadomo, arcydzieło, potem intensywny, syntho-krautowy „Train”, nieco schematyczne, ale też niebywale chwytliwe „Ooh La La”; „A&E” drażniło egzaltacją, tanim patosem i miało kuriozalny teledysk, ale tej melodii nie można było nic zarzucić, taka sama sytuacja z banalniutkim „Rocket” – próba powalczenia o target ABBY (czyli ludzkość) nie zakończyła się sukcesem, ale nadal da się tej piosenki słuchać z pewną, nieśmiałą przyjemnością. Cztery lata temu „Drew” olśniewał rozmachem, orkiestrową aranżacją, stopniowaniem napięcia, zapowiadając album, który można nazwać Goldfrappowskim „A Moon Shaped Pool”. Mamy 2017 rok, radość z powrotu po naprawdę dobrej płycie i… „Anymore”, które brzmi jak marny odrzut z „Black Cherry” – podkład pozbawiony jakiejkolwiek finezji, w refrenie produkt refrenopodobny, finałowa zabawa brzmieniem ma tworzyć wrażenie czegoś więcej, kreować jakąś tajemniczość. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że na koncercie zabrzmi to dobrze, pójście w intensyfikowanie brzmienia i hałasu, stary patent, ale działa. Tylko że, jeśli chodzi o budowanie piosenek, to Goldfrapp mają fajny dym z komina, jakby brakuje całego domu. (4/10, Piotr Szwed)

Niemożebnie irytujący syntezatorek na przywitaniu. Puste słówka wypowiadane jakby przez filtr twórczej zadyszki. Zmęczone, sprawiające wrażenie wyrzucanego na siłę zdanko „I can’t wait, I can’t wait anymore”, przeradzające się w szybkim czasie w durnowaty, jałowy refrenik. Powtóreczka, ale tym razem z dodaniem elektronicznego akcentu w postaci czegoś, co brzmi jak pocieranie pazurkiem po ściance. Jeszcze kilka głupotek, bezduszne wymiętoszenie wszystkiego w jedną całość. A co to jest, zapytacie? No, wiecie, to po prostu słabiutka pioseneczka. (3/10, Paweł Ćwikliński)

The New Pornographers - High Ticket Attractions (6/10)

Obudzona znienacka nad ranem wiedziałabym po kilkunastu sekundach tej piosenki, iż to The New Pornographers. Lata bowiem mijają, a kanadyjski kolektyw twardo obstaje przy swoim brzmieniu. To dobra wiadomość, ale i w pewnym sensie zarzut do tej skądinąd bardzo sympatycznej grupy. Fajnie, że znają swoje mocny strony i ciągle ten ich power pop brzmi naprawdę mocno, rześko i inteligentnie. Potrafią nawet na drugim planie sięgnąć po coś w miarę dla nich nowego – różne elektroniczne ozdobniki i polepszacze. Z drugiej jednak strony „High Ticket Attractions” absolutnie niczym nie zaskakuje. Będąc naturalną i dość chwytliwą kontynuacją stylu Kanadyjczyków, nie wybija się ponad najlepsze single z całkiem bogatej dyskografii The New Pornographers. Ba, nawet się – bądźmy szczerzy – niespecjalnie się do nich zbliża. (6/10, Kasia Wolanin)

Efektowne wymienianie się wokalami, wchodzące w odpowiednim miejscu klawisze, gęste, ale jednocześnie płynne brzmienie. Starzy, dobrzy New Pornographers okazują się godni swojej nazwy – nie kombinują z formą, ale sprawiają przyjemność. (6/10, Piotr Szwed)

Slowdive - Star Roving (6/10)

O ile na powrót My Bloody Valentine czekaliśmy wszyscy z wypiekami na twarzy, o tyle ewentualna reaktywacja Slowdive elektryzowała już nieco mniej. To zacna grupa, ikoniczna nawet dla swojej epoki, która dała shoegaze'owi jedną z najcudowniejszych dla tego gatunku płyt („Souvlaki”), tyle że to wszystko miało miejsce ponad 20 lat temu. Ale jeśli lata 90. mają powrócić w takim stylu, jak właśnie uczyniło to Slowdive, z singlem uderzającym energią i witalnością jak za swoich najlepszych czasów, to ja jestem jak najbardziej za. (7/10, Kasia Wolanin)

Szczerze mówiąc, nie wiem, gdzie Kasia widzi tę witalność. Też cieszę się z powrotu, trzymam kciuki i tak dalej, ale niestety ten pierwszy, tylko solidny, nagrany po tylu latach numer wygląda trochę tak, jakby Slowdive wzięli udział w konkursie na imitatorów Slowdive i zajęli odległe miejsce: brak chęci do jakiegokolwiek odświeżenia konwencji można jeszcze zrozumieć – wracają klasycy, ale ta niemal całkowicie bezbarwna melodia… (5/10, Piotr Szwed)

Tei Shi - Keep Running (6,5/10)

26-latka z Buenos Aires reprezentuje styl, który jest obecnie bardzo na fali. Dla mnie jest on raczej modą po prostu sympatyczną i rozwijającą się w sposób całkiem naturalny, przy zgodnym współegzystowaniu paru elementów. Na przykład charakternej wokalistki i pomysłowych, potrafiących wyczuć też koniunkturę producentów. Ekspansję tego klubowego popu w kobiecym wydaniu zawdzięczamy oczywiście Jessie Ware i Katy B. Rok temu w tych klimatach, za sprawą sentymentu i talentu do tworzenia szalenie przebojowych melodii, pozamiatała Shura. Teraz atakuje właśnie Tei Shi. W „Keep Running” nie ma aż tyle retro melancholii, ale są mocno wpadające w ucho dźwięki, charyzmatyczny wokal i taka lekka, pościelowa aura, która przywodzić może na myśl znakomitą Class Actress. (7/10, Kasia Wolanin)

Kasia rozwodzi się nad „pościelowością” świeżego singla Argentynki, a ja... a jej bezwstydnie zazdroszczę pewności tego stwierdzenia i już czuję, że uformowanie sobie jednoznacznej opinii na temat „Keep Running” prędzej spędzi mi sen z powiek niż przyniesie błogość. Tei Shi nie stawia na do bólu oklepany, łzawy/imprezowy (niepotrzebne skreślić) pop, lecz stara się poczynić krok do przodu i dorzucić swoją cegiełkę do coraz to bardziej eksploatowanej (jak słusznie zauważyła moja przedmówczyni) neo-retro estetyki. Prześliczny motyw klawiszowy, przed którego cudownością pokorne pokłony bić powininna niejedna vaporwave’owa gwiazdka, zderza się tutaj z ziarnistymi niskimi tonami rujnującymi dotychczas obiecującą strukturę. Pojedyncze, mocarne eksplozje znakomitego, seksownego R&B po chwili zostają ucięte i spłycone mętnymi melodiami. I tak dalej, i tak dalej – niewymuszony erotyzm toczy walkę z obecnymi gdzieniegdzie przejawami sztuczności. „Keep Running” jest więc miksem całkiem odważnym, w odbiorze naprawdę przyjemnym, choć dosyć jeszcze niezgrabnym. (6/10, Paweł Ćwikliński)

King Gizzard & The Lizard Wizard - Sleep Drifter (7/10)

Użytkownicy pewnej znanej i lubianej platformy do oceniania muzyki większością głosów zapewnili „Sleep Drifter” miejsce w kategorii „rock psychodeliczny”. Prawda jest jednak taka, że jeśli pragniecie prawdziwej psychodelii, to nie spodziewajcie się po tym singlu nie wiadomo jakich cudów. Próżno doszukiwać się w nim czegoś w rodzaju metafizycznej, narkotycznej suity wystrzeliwującej jaźń słuchającego na granice rejonów transcendentalnych, jest to raczej cwana hybryda na modłę schematu „co by było, gdybyśmy skrzyżowali...”. Jakże finalny produkt jest jednak udany! King Gizzard & The Lizard Wizard z gracją kleją ze sobą najlepsze atrybuty nowoczesnego indie popu (hipnotyczna linia basu, szybko zapadająca w pamięci rytmika całości) z instrumentalną żonglerką stylami (raz z lekka opętańczy, bluesowy riff, raz zawadiacka gitarowa jazda na zaledwie jednym dźwięku). Wrzucają nas w wir transu, zabawy, może i w pewien sposób zabawnie upiornych, ale bynajmniej nie jest to stan absyntowego upojenia. I gdzieś w tle tego wszystkiego faktycznie majaczy się jakaś szamańska energia, nieśmiało unosi kolorowy dym. Te drobiazgi przestają być jednak ważne gdy uświadomimy sobie, jak mnoga ilość innych wspaniałości, trochę bardziej przyziemnych, została w tej muzyce skondensowana. (8/10, Paweł Ćwikliński)

Trzeba przyznać, że sprawnie wskrzeszono tutaj ducha niektórych nagrań Steppenwolf czy Ten Years After, dodano trochę stonerowej szorstkości i zgrabnie podsumowano całość zagranym z rozmachem niepokojącym, instrumentalnym finałem. Tylko czy dotrwałbym do niego, gdyby nie opinia Pawła, z którą obiecałem się zmierzyć? Nie jestem pewny, na początku ta monotonna linia wokalu powtarzana dźwięk w dźwięk razem z gitarą skutecznie gasi entuzjazm. (6/10, Piotr Szwed)

Father John Misty - Pure Comedy (7/10)

Kiedy Josh Tillman napisał, że trzeci album pod aliasem Father John Misty będzie w całości utrzymany w klimacie „Holy Shit”, wieńczącego „I Love You, Honeybear”, byłem rozczarowany. W ILYH najbardziej podobały mi się te balansujące między patosem a komedią aranże, a ten kawałek pod kątem aranżu jest raczej minimalistyczny. „Pure Comedy”, zapowiadające płytę o tym samym tytule, pokazuje, że Misty dotrzymał obietnicy. Ciężko jednak uznawać pozostającą w tle warstwę muzyczną za minus, kiedy sam muzyk w przydługim eseju deklaruje, że album będzie mniej lub bardziej metaforyczną krytyką społeczeństwa. W „Pure Comedy” muzycznie nie należy więc spodziewać się wielkiej zmiany w stosunku do poprzedniej płyty. To, co najbardziej różni pierwszy singiel od ILYH, to deklamowany przez Misty'ego tekst. Nie ma co szukać jego patetycznych wywodów o miłości, na pierwszy plan, tym razem, zdecydowanie wychodzi sarkazm egzystencji. Mimo tej zmiany nastroju, czekam na nową płytę w napięciu. (8/10, Piotr Wojnar)

Z jednej strony doceniam przewrotność i tak rzadką dziś próbę bardziej finezyjnego zmierzenia się z zagadnieniami współczesności, z drugiej zaś znów mam wrażenie – podobnie jak kiedyś Marek Lewandowski w porcysowej recenzji „I Love You, Honeybear” – że muzyczna przezroczystość propozycji Tillmana jest w stanie zabić najciekawszy koncept. (6/10, Piotr Szwed)

Bastian Keb - Pick Up (7,5/10)

Bastian Keb to zdecydowanie zbyt słabo znany Brytyjczyk, który lubuje się w jazzowo-soulowych, lekko psychodelizujących kompozycjach. Dodajcie do tego info z jego Bandcampa, że zajmuje się głównie tworzeniem muzyki telewizyjno-filmowej i mamy stereotyp gościa, którego muzyka to idealny materiał dla wszystkich radyjek mających w nazwie słowo „chilli”, które bynajmniej nie jest sygnałem ostrości kojarzonej z wiadomą papryczką. Keb – abstrahując już od kulinarnych skojarzeń – wykracza jednak poza banalną lekkostrawność. Jego propozycja ma sobie cenny pierwiastek dźwiękowego niechlujstwa. Ten multiinstumentalista potrafi brzmieć tak, jak brzmiałby zespół Isaaca Hayesa, gdyby zamiast pójść w stronę monumentalnych sal, postawił na skromniejszą publiczność i prowokacyjną repetytywność. Podobnie jak Jimi Tener umie ocierać się o szufladkę z napisem „world music”, ale unikać łączącej się z tą, być może najbardziej absurdalną kategorią, nijakości. W „Pick Up” podobnie jak w najlepszych nagraniach z zeszłorocznej płyty „Dinking In The Shadows of Zizou” podoba mi się szczególnie wokal, którego jest naprawdę mało, ale został idealnie zmontowany w całość.(8/10, Piotr Szwed)

Co ten Chet Faker taki wesoły, pomyślałem w pierwszym odczuciu – ale zgadzam się z Piotrem, to dobra muzyka do popołudniowego relaksu, z przyjemną melodią i dosyć minimalistyczną, ale ciekawą aranżacją. (7/10, Piotrek Wojnar)

Jens Lekman - What's That Perfume That You Wear? (7,5/10)

Poprzedni album Jensa Lekmana był dość przezroczysty, brakowało na nim wyrazistych melodii, nastrój oszczędnych, bardzo zachowawczo zaaranżowanych piosenek na dłuższą metę sprawiał, że najlepszą recenzją krążka wydawała sie parafraza jego tytułu: „I Know What Good Music Isn't”. Dobrze więc, że Jens wraca na bogato, z rozmachem, a jednocześnie tanecznym vibem, który tak dobrze sprawdzał się swego czasu w „Sipping On The Sweet Nectar”. On zawsze był przewrotnym smutasem, melancholijnym uwodzicielem, kimś, kto jedną nogą podpiera ścianę, a drugą już pląsa na parkiecie. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby jego styczniowy numer stanowił jedynie uchylenie drzwi wiodących do Clubu Tropicana. (8/10, Piotr Szwed)

Mam zazwyczaj problem z utworami, które w ciągu pierwszych kilkudziesięciu sekund sprawiają wrażenie, że są stworzone do puszczania ze zbyt głośnych nadajników w nadmorskich kurortach. Ten kawałek, od innych tego rodzaju, różni się jednak „czystością” produkcji – żadnych autotune'owych chórków, ani drenującego czaszkę basu. Chętnie posłucham LP końcem czerwca, w drodze do Gdyni. (7/10, Piotrek Wojnar)

Future Island - Ran (9/10)

Oni długo byli takim małym wielkim zespołem czy też pierwszorzędną kapelą drugorzędną. Z jednej strony ogólna sympatia krytyki, ale bez przesadnych zachwytów. Wszystko zmieniło się za sprawą „Seasons (Waiting on You)”, które zostało piosenką 2014 roku na Pitchforku, zapewniło zespołowi szerszą rozpoznawalność, ale też wyżej zawiesiło poprzeczkę. Powstało naturalne pytanie: czy będą w stanie ją przeskoczyć? Odpowiedzią jest pierwszy nowy numer od czasu „Singles” i proszę: polecieli wysoko, niesieni przez jednostajny, klawiszowy, ambientopodobny motyw, który towarzyszy słuchaczowi od pierwszych sekund i czyni bardzo dobrą piosenkę czymś jeszcze lepszym. Future Islands są tutaj euforyczni, eskapistyczni, zdesperowani, a jednocześnie wciąż jakoś mieszczą się w konwencji popowej piosenki. Wyraziste, a jednocześnie brzmieniowo odrealnione dźwiękowe tło (wywołujące skojarzenia z klasyczną producencką robotą Briana Eno) sprawia, że gdy Samuel T. Herring śpiewa o biegu przez zawodzący/rozpaczający świat, to nie robi wrażenia ucieczki w patetyczne banały, tylko przekonująco pokazuje, jak uciec przez postsynthpopową sztampą i pisać wiarygodne teksty. Można powiedzieć, że 2017 rok Future Islands zaczęli od swojego „Heroes”. Coś mi się wydaje, że szykują naprawdę poważną propozycję i nie zamierzają być bohaterami „just for one year”. (9/10, Piotr Szwed)

Jakaś część mojej podświadomości zapewne myśli tak samo jak Ty, jednakże zmusiłem się do tego, by nie mieć absolutnie żadnych oczekiwań wobec jakości nadchodzącego długograja Future Islands. To jednak staje się drobnostką odległą i nieistotną, gdy z olbrzymią satysfakcją ponownie raczę się piosenką, przy której nie sposób wręcz myśleć o przyszłości. „Ran” bliżej bowiem do teraźniejszości, jest rozkoszną muzyką chwili. Trzema i pół minutami, które nawet nie starają się przenosić do „innego”, pozornie barwniejszego świata, lecz swoją prostą poetyką streszczającymi codzienność i jej poruszający autentyzm. I w końcu, rzeczywiście – utworem skrojonym niemalże perfekcyjnie do formatu kameralnego popowego przeboju, z perfekcyjnie przejrzystym basowym tematem przewodnim, którego łagodnego brzmienia będziecie wręcz pożądać. W tym szaleństwie jest metoda? Kto wie, być może. Jednak tę kwestię pozostawiam woli podświadomości. Świadomie zaś powtarzam za Piotrem, że utwór to co najmniej znakomity. (9/10, Paweł Ćwikliński)

Screenagers.pl (18 lutego 2017)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: pszemcio
[6 marca 2017]
Musicie się pospieszyć, bo to podobno pierwsza z pięciu planowanych w tym roku ;)
Gość: eyoiscomin
[6 marca 2017]
@pszemcio Za "Flying Microtonal Banana" z pewnością się weźmiemy
Gość: pszemcio
[6 marca 2017]
Macie trochę zaległości w temacie King Gizzard, żadnej recki na scr. Sam ich niedawno odkryłem, ale przynajmniej 5 albumów godnych recenzji nagrali w krótkim czasie
Gość: Wierna czytelniczka
[21 lutego 2017]
Świetny pomysł. Interesujący. Oby posty, autorzy i nowe opinie gościły jak najczęściej. Przyjemnie się Was czyta ale zdecydowanie za rzadko.
Gość: Pablo
[20 lutego 2017]
Wokalista FI mógłby być bohaterem Miasteczka Twin Peaks, Taki average psycho.
Gość: Cracked Actor
[19 lutego 2017]
"Na serio czy maska" - obie rzeczy się nie wykluczają. Wprost przeciwnie (artystyczna kreacja bardziej autentyczna niż "prawdziwa" twarz). Spójrz na wszystkich największych performerów w historii muzyki: Bowie, Mercury, Morrissey... etc.
Gość: shshsh
[18 lutego 2017]
Futur Islands - zacny numer, ale nie mogę patrzeć na wokalistę - nie widziałem nikogo z większą manierą na scenie i do dziś nie wiem czy to na serio, czy taka maska :D

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także