Screenagers Jukebox #23: grudzień 2012

Sebastian Niemczyk

Ociągałem się z debiutem na łamach Jukeboxa zbyt długo. Obiecywałem sobie, że to nastąpi już-na-pewno-na-sto-procent w ramach poprzedniej edycji. Przedostatniej i przedprzedostatniej też. Teraz chyba już po prostu nie mam wyjścia.

Kiedy w lutym 2009 roku został zainaugurowany Jukebox mnie na tym świecie jeszcze nie było. Słuchałem wtedy różnej muzyki, ale nie przypuszczałem, że kiedykolwiek napiszę o niej choćby jeden akapit i ktoś będzie chciał go przeczytać. Musiałem mocno odurzyć się jakimś coelhizmem, żeby zacząć pisać i efektami od razu podzielić się z redakcją. „Ogólnie widzę potencjał współpracy, bądźmy w kontakcie" – odpisał mi Kuba po przesłanej recenzji „Innerspeaker” Tame Impala. Pamiętam lekki stres („jacy oni są?”) wymieszany z ogromnym zaciekawieniem („jaram się!”) jak jechałem do Katowic na ubiegłoroczną edycję OFF Festivalu, gdzie po raz pierwszy mogłem przybić piątkę z redaktorami Screenagers. Niedawno, coś się w serwisie zmieniło. Po wielu latach prowadzenia serwisu, Kuba Ambrożewski powierzył jego dalszą przyszłość w moje ręce. Długo się wahałem, ociągałem, zastanawiałem, ale w końcu się zgodziłem. To dla mnie prawdziwa przyjemność współpracować z tak wspaniałymi ludźmi i mam nadzieję, że nie ustaniemy w tworzeniu miejsca, do którego Wy - czytelnicy, będziecie często wracać.

Kiedyś gdzieś niezobowiązująco napisałem, że moją ulubioną płytą ever jest „Spirit Of Eden”. Niedawno spadł śnieg w Krakowie, wracałem wczoraj mroźnym popołudniem do domu, słuchałem „Laughing Stock”. Doceniłem bardzo banalną rzecz: jak z każdym rokiem zmienia się recepcja, sposób w jaki słucham i rozumiem muzykę. Poprzedniej zimy, słuchałem innego „Laughing Stock”. Dzieląc się tym bardzo oczywistym utworem, jakim jest „New Grass” wyrażam nadzieję, że na tym ukształtowanym screenagersowym gruncie wykiełkują niedługo nowe pomysły.

Talk Talk - New Grass

Paweł Gajda

Człowiek z wiekiem się rozleniwia. Nie chce mi się już zgłębiać wolnych (w znaczeniu wolności od sztywnych ram i zasad, a nie niespiesznego tempa) form muzycznych, progresywnych kolosów, pogmatwanych improwizacji i rzężących brudów dźwiękowych. Doceniłem ponownie prostotę i zwięzłość, które przecież towarzyszyły gdzieś tam „mojej” muzyce od zawsze. Dlatego podziwiam tych paru kolegów z redakcji, którzy wsiąkli już nieodwołalnie w jazz i poza nim świata nie słyszą. Ja coraz rzadziej sięgam nawet po względnie przystępną norweską odmianę tego gatunku spod znaku min. Rune Grammofon, którą zachwycałem się kilka lat temu. Z Norwegii obecnie tylko – poza nostalgicznym odświeżaniem pierwszych płyt a-ha – Todd Terje, Prins Thomas i Lindstrom. Czas chyba nadszedł zaopatrzyć się wreszcie w koszulkę Dziedzica Pruskiego z napisem „Disco ponad wszystko”.

Hans-Peter wydał niedawno drugą już w tym roku płytę; pisał o niej niedawno Rafał Krause. Jakaż to ulga po średnio udanym „Six Cups” usłyszeć znowu go w tym, co wychodzi mu najlepiej: stricte parkietowo zorientowanym, ale i bogatym harmonicznie disco. Otwierający „Smalhans” kawałek „Ra-ako-st” kręcąc się nieustannie na plejliście skierował mnie w kierunku niemal klasycznego już singla z roku 2005, dzięki któremu świat dowiedział się na co kolesia stać. Prosta figura syntetycznego basu, wejścia bitu z werbla (w tym przypadku raczej z klaśnięcia), no i wreszcie ta melancholijne, przeplatające się melodyjki tworzące od czasu do czasu nie tak znowu oczywiste współbrzmienia. W bonusie czwarta minuta utworu, gdy bas zaczyna nagle im uciekać. Czasem dysonanse też mogą łaskotać w czułe miejsca.

Lindstrom – I Feel Space

Rafał Krause

Od kiedy w awangardzie niezal-światka brylują tacy osobnicy jak chociażby John Maus, możemy bez obaw spoglądać wstecz i przepraszać się z albumami, które jeszcze do niedawna mogły brylować w awangardzie, ale co najwyżej definiowanego przez nas obciachu. Tak, tak, ten wstęp świadczy o tym, że znowu będzie o ejtisach. I choć moda na lata osiemdziesiąte w końcu zgaśnie, to pamiętajmy, że jeszcze tlą się gdzieś ostatnie wybryki Emeralds, jeszcze Daniel Lopatin ciągle tchnie świeżością, jeszcze katanki dżinsowe i skórzane ramoneski nie opuściły H&M’ów. Dlatego chciałem zwrócić uwagę na pewien epizod z kariery Depeche Mode, który określiłbym mianem beztroskiego (dla niektórych fanów był on wręcz niechlubny).

Kultowa dziś ekipa Martina L. Gore’a zaskarbiła sobie trzydzieści lat temu sympatię publiczności przy użyciu taktyki nieco innej niż ta, którą znamy z późniejszego okresu ich twórczości. Jest rok ’81, czarne chmury nakreślone przez Joy Division wiszą na horyzoncie, a depesze w tym czasie nagrywają płytę z prostym, tanecznym synth popem. Ta formalna dezynwoltura została uwieczniona tylko na „Speak & Spell” i poszła w odstawkę wraz z odejściem Vince’a Clarke’a. Cóż, egzemplifikację tego, jak wyglądałaby twórczość tego zespołu, gdyby nie przestał on nagrywać pod batutą Clarke’a, muzyka popularna otrzymała w postaci Yazoo, czy Erasure. Oczywiście cieszymy się z tego, że stało się inaczej, że ostatecznie cugle chwycił Gore. Ale z drugiej strony, jako zmanierowani, znudzeni wszelkimi konwencjami konsumenci kultury, możemy sobie dziś pozwolić na zdjęcie jarzma mroku znanego z ciut późniejszego okresu Depeche Mode i dostrzeżenie człowieka w „New Life” – drugim singlu z debiutanckiego „Speak & Spell”. Pomimo tego, że największym przebojem z tej płyty jest bez wątpienia „Just Can’t Get Enough”, to wydaje mi się, że warto przypomnieć Nowe Życie przede wszystkim dlatego, że tak wyraźnie akcentuje wpływy Kraftwerk (ważnego dla muzyki nie tylko ówczesnej). I nie mam na myśli wyłącznie oczywistej sekcji rytmicznej i klawiszy. Kiedy słyszę: Operating, generating/New life/New life, myślę: I’m the operator with my pocket calculator.

Pozytywny wydźwięk utworu okazał się zmyłką dla tych, którzy pozostali wierni zespołowi. Młody Gahan w natapirowanych włosach, jeszcze wówczas nieświadomy tego, że w przyszłości będzie rozpoznawalny na świecie jako posiadacz emocjonalnego i charakterystycznego barytonu, frazuje tutaj szybko i z zaangażowaniem. My nie myślimy o jutrze i ogarniamy taniec.

Depeche Mode – New Life

Karol Paczkowski

Na fali sentymentu wokół „That's Why God Made The Radio”, która urosła do jakiegoś tsunami wzruszeń, kiedy okazało się, że ten singiel w żadnym razie nie funkcjonuje dziś jedynie na warunkach ciepłego wspomnienia, zacząłem przypominać sobie grupy, które czerpały z dorobku The Beach Boys tak łapczywie, że w zasadzie na granicy taktu, dobrego smaku i niepisanego prawa. No i ponownie wpadłem na nieco już zakurzone „Proto-Pretty”. Jak pewnie wszyscy wiedzą, Wondermints było tak blisko BB jak tylko się da - Brian Wilson w różnych rolach przewijał się przez skład, ten z kolei wspierał go w studiu i na trasach. Muzycznie to jest oczywiście z jednej matki, ale: te najbardziej kolorowe lata przefiltrowane są przez dobrodziejstwa produkcji lat 90-tych, stąd „Proto-Pretty” jest dziś tak samo świeże i energetyczne, na luzie wytrzymując na ripicie jakiś tuzin okrążeń. Poza tym słychać tu jeszcze janglową, nieco spóźnioną nowofalową młodzieńczość, która na LP z 1995 roku rozszczepia się na niemal wszystkie odcienie gitarowego popu. Ale ten konkretny ustęp jest wyjątkowo uSMILEnięty, po raz kolejny przy tym przypomina, że kod odbioru świetnej melodii jest dla wszystkich dobrych ludzi uniwersalny i nie podlega objawom starzenia się. Recepta? Phi, nic prostszego, po pierwsze z lekcji od staruszków wynieść to co najważniejsze (Wilson: „Zapisać harmonia 1000 razy na tablicy!”), po drugie przyprawić wyeksponowanym basem i super-fajną gitarką, po trzecie grzecznie i uniżenie oddać niemal bezpośredni hołd w mostku. I już, wszyscy są zadowoleni z dziewiątkowego numeru.

The Wondermints - Proto-Pretty

Michał Pudło

W świecie twee popu gubiłem się jak mało kto. Wszystkie te delikatne melodie i nienaturalnie wygładzone króciutkie balladki wydawały mi się zbyt upupione, bym mógł wiązać z nimi jakieś istotniejsze emocje. Jasne, możemy je porównywać z klasycznie rozumianym ambientem w temacie przydatności jako muzyka tła – coś wiotkiego przepływa dźwięcznie tuż obok gdy pracujemy, jemy, rozmawiamy, i to jest fajne. W pewnym momencie, a był to chyba rok 2009, natrafiłem na zespół The Motifs – australijską kapelę z Melbourne tworzoną przez wokalistkę i song-writerkę Alexis Hall. I to było TO, od pierwszego wejrzenia zaiskrzyło między nami feerią barw.

Był kiedyś taki nieopiniotwórczy portal (może nadal jest) Twee.net, gdzie użytkownicy robili annual polls ulubionych bandów. W 2008 roku The Motifs nie uplasował się zbyt wysoko, wyprzedziły go kapele The Pains Of Being Pure At Heart, Northern Portrait i The Lucksmiths. Cóż z tego, skoro piosenka „TN” stanowi jedną z najwspanialszych twee popowych czy nawet dream popowych piosenek, jakie zdarzyło mi się słyszeć. A album „Cross Paths” z 2008 roku, który zbiera piosenki The Motifs z różnych etapów twórczości, na głowę bije wszelkie dokonania Belle & Sebastian czy innych celebrytów, wydających się przy próbach porównania ciężkimi metalowymi maszynami o łańcuchach umazanych tłustym smarem. Zczekujcie „TN”, następnie „Your and Mine”, a potem pójdzie już z górki.

The Motifs - TN

Paweł Szygendowski

Jest taka scena dość schematycznego i oczywistego filmu „Music and lyrics”, która wybija się na tle pozostałych. Niestety twórcy dzieła sprzedają nam ją na samym początku i nic lepszego już nas przez następnych 90 minut nie spotyka. Nic zresztą dziwnego, skoro po pierwsze to komedia romantyczna z Hugh Grantem w reżyserii Marka Lawrence'a, a po drugie poprzeczka zawieszona jest przez otwierający fake-teledysk cholernie wysoko. Macie tutaj niemal wszystko – umowna mikro-fabuła wchodząca z dupy dopiero po pierwszym chorusie, prześwietlone 80'sowe zdjęcia, artyficjalna scenografia, kostiumy i rekwizyty z migoczącym sercem na czele. Ale spośród wszystkich dowcipnych, zmyślonych przez filmowców przebojów jakie dane mi było poznać (scena przygotowań i koncertowego wykonu „Stonehenge” The Spinal Tap to absolutny sztos komediowy) „PoP Goes my heart” najlepiej się broni pod względem samej muzyki. Ta krótka, fikcyjna kompozycja spod znaku synth pop/new romantic to istna przebojowa petarda, gdzie wszystko jest na miejscu. Na nie do końca oczywistej figurze basu wyrasta klasyczny, mocno zrytmizowany analogowo-arpeggiatorowy akompaniament, na tle którego zaś wybrzmiewają świetne wokalne hooki. Osiągają one swoje apogeum w doskonałych i zróżnicowanych w obrębie pojedynczej konstrukcji refrenach, stanowiących o sile tego numeru. Dzięki właśnie tym znakomicie zbudowanym z klisz (na przykład obowiązkowy backing vocal, czy mała kaskada dzwonków) chorusom daję się porwać tej słodkiej przebojowości lat 80-tych, nawet jeśli sam numer powstał jedynie na potrzeby filmu dwadzieścia kilka lat później. Bo jak zauważył mój ziomek, który mi ten kawałek podsunął, mamy tu do czynienia z najlepszym hitem jaki nigdy nie istniał.

PoP - PoP Goes my heart

Jędrzej Szymanowski

Można doszukiwać się pierwocin epickich albumów takich ekip jak Sa-Ra albo The Jet Age Of Tomorrow w P-Funku Clintona i kolegów, ale dla mnie to „Inspiration Information” jest w pierwszej kolejności – nomen omen – INSPIRACJĄ dla wspomnianych dokonań (gdzie OutKast pełniliby pewnie rolę forpoczty). Tak jak wszyscy ci dzisiejsi astronauci funku, Shuggie na luzie dokonał tam swoistego resume bieżącego wówczas stanu czarnej muzyki, śmiało czerpiąc z całego jej uniwersum (ale nie tylko; vide wycieczki bacharachowskie). Oczywiście z różnicą polegającą na analogowym podejściu do tego przedsięwzięcia. Takie czasy. Ważne, że mniej znany z Otisów (hehe) niczym genialny modelarz szefuje w każdej z obranych estetyk. Zaledwie dwudziestojednoletni szczyl z mistrzowską wprawą miesza nastroje, balansując między zwartą hitowością piosenek i „robieniem” atmosfery w instrumentalnych próbkach po drugiej stronie winyla. Co ciekawe, przy całym tym bogactwie środków cały czas mam wrażenie, że obcuję z subtelnym albumem na każdą okazję, który na pewno nikogo nie wystraszy, a może i – no tak – zainspiruje.

„Happy House” to miniaturka, która wszystkie klimaty z albumu łączy w ciągu minuty. Takie promo niby-nieistniejącej płyty.

Shuggie Otis – Happy House

Marcin Zalewski

Minutemen jest wzorcowym przykładem niezależnego etosu, temu zaprzeczyć nie może nikt. Start w momencie wybuchu hardcore punk, polityczność przepuszczona przez sito inteligentnej ironii. Wycieczki w najróżniejszych kierunkach, od funku po folk. Koncept album załogi z San Pedro „Nickels On The Dime” wraz z „Zen Arcade” Hüsker Dü stanowią duet, który do czasu debiutu Fugazi wyjaśniał czym jest indie rock.

Przypadkowo napotkany kawałek „King Of The Hill” zachęcił mnie do wysiłku, w swoim charakterze, scenowego. Każdy normalny człowiek co jakiś czas powinien zarzucić narzędzia złożone z zer oraz jedynek i podjąć się poszukiwań analogowych. Wiedziałem, że jest to albo cover jakiegoś świetnie znanego mi zespołu, albo oryginał przez niego przerobiony. W tym celu rozmówiłem się z wtajemniczonymi, a po nieuzyskaniu pomocy zacząłem grzebać po wkładkach (papierowych, nie .txt) swoich albumów. Okazało się, że ta piosenka nieświadomie utrwalała się w mojej pamięci z powodu wybornego albumu „Fractured Skies” Parts & Labors. Satysfakcja badawcza to jedno, ale piosenka z EP „Mersh” nagranej w 1985 to majstersztyk niepotrzebujący usprawiedliwienia w antypatii do baz danych. Ostatnie nagranie studyjne przed tragicznym wypadkiem samochodowym wokalisty zespołu D. Boona, który zakończył działalność zespołu, stanowi stylistyczny zakręt w stronę komercyjnego hitu. Oczywiście jest to zabawa z konwencją, bo pomimo wybornej melodii i piosenkowej konstrukcji „King Of The Hill” to przebój raczej na punkowe afterparty niż do radia. Falowa gitara, funkowy bas i uwznioślająca refren trąbka to jedno, ale tekst poruszający wątki bliskie konfederatom targowickim i pastiszowy teledysk to już nie lista przebojów. Niestety w Polsce amerykańska scena alternatywna lat osiemdziesiątych kojarzy się tylko z Sonic Youth, co przykre. Hiciorów takich jak „King Of The Hill”, akceptowalnych i dla ostrego załoganta, i dla kogoś, kto wczoraj usłyszał co to The Smiths, żądamy, konfederaci.

Minutemen – King Of The Hill

Paweł Gajda, Rafał Krause, Sebastian Niemczyk, Karol Paczkowski, Michał Pudło, Paweł Szygendowski, Jędrzej Szymanowski, Marcin Zalewski (6 grudnia 2012)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: kcuf
[27 grudnia 2012]
Nudy.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także