Bee Gees: 20 najlepszych utworów

Zdjęcie Bee Gees: 20 najlepszych utworów

To bardzo smutne, ale ostatnio zdałem sobie sprawę, że nie było nowej Hagiografii w całym 2011 r. Pierwszy odcinek cyklu powstał prawie cztery lata temu, a ja dałbym głowę, że co najwyżej dwa. Czytelnicy tamtego felietonu zdążyli już pozakładać rodziny, pozaciągać kredyty, a ja przez cały czas naiwnie obiecywałem sobie powrót do bohaterów pierwszej Hagiografii – Bee Gees, mojego ulubionego zespołu pomiędzy siódmy a dziesiątym rokiem życia. Kiedy jakiś czas temu kolega z Musicspota – Borys Dejnarowicz – zaczął prezentować singlowe zestawienia kolejnych bossów seventiesowego popu – Abby, Fleetwood Mac i Beach Boys – od razu pomyślałem, że warto byłoby się w podobny sposób pochylić nad gigantycznym katalogiem braci Gibb. Wprawdzie te największe, oczywiste przeboje Bee Gees – cała pierwsza strona „Gorączki sobotniej nocy” i ballady z lat 60. – są powszechnie znane, ale ich recepcja budzi uzasadnione wątpliwości. Traktuje się je jak kiczowate błyskotki z zamierzchłej epoki, z rzadka tylko doceniając ich kompozycyjny kunszt, aranżacyjną gęstość i raczej niepodważalną zajebistość. Nawet tak epokowy singiel jak „Stayin’ Alive” bywa odbierany wyłącznie przez pryzmat słynnego Aaa-aaa-aaa-aaa!. Oczywiście znaczna część winy za taki stan rzeczy spada na samych zainteresowanych.

Bee Gees są bowiem jak sztuczne uzębienie Barry’ego Gibba: nienaturalni, biali, campowi i perfekcyjni. Liga, w której grają to ekstraklasa adult-oriented popu, w której – w zależności od sezonowych potrzeb – zatrudnia się dyskotekowych napastników, bacharachowych obrońców, bądź soft-rockowego playmakera. Ale trudno znaleźć dla Bee Gees wyraźny punkt odniesienia w krajobrazie dosłownie całej muzyki popularnej. Braciom brak przecież artystycznej wizji Steely Dan czy Fleetwood Mac, konsekwencji ABBY, brak elokwencji Jacko i Prince’a, że o Beatlesach – ich role-modelach z pierwszego etapu kariery – nie wspomnę. Bee Gees byli efemerydą – zespołem, który podpisał kilkanaście albumów, z tego kilka naprawdę ambitnych i nieźle pomyślanych, a dziś postrzegany być musi wyłącznie przez pryzmat singli i pojedynczych album-tracków. Ktoś doliczył się kiedyś, że w sumie nagrane zostały 993 utwory napisane przez braci (w pojedynkę bądź wspólnie). A co by było, gdyby zamiast dziewięciu albumów (dziesięciu jeśli liczyć „Saturday Night Fever), Bee Gees zarejestrowali w latach 70. cztery płyty albo najwyżej pięć? Czy rafinacja pomysłów przełożyłaby się na jakość tych wydawnictw czy może właśnie przeciwnie, to sraczka twórcza – najbardziej widoczna w okresie największych sukcesów grupy, w latach 1978-79 – pozwalała chłopakom raz na kilka piosenek ustrzelić prawdziwego, szczerozłotego killera? I w końcu, na czym w takim razie polegał fenomen kompozycyjnych zdolności Barry’ego, Robina i Maurice’a? Z jednej strony ogromna ilość przebojów, które bracia napisali, świadczy, że o przypadku nie może być mowy; z drugiej jednak, gdy się spojrzy na innych wielkich fabrykantów popu – Wilsona, Lennona, songwriterów Fleetwood Mac i innych im podobnych – trudno znaleźć w ich portfolio tak jaskrawe przykłady demencji, jakie wyraźnie rażą w dorobku Bee Gees. O ile więc piosenki przysłowiowego Lindseya Buckinghama mogą być na przestrzeni lat lepsze lub gorsze, to jednak nigdy nie przestaną być jakoś tam estetyczne. Natomiast przeboje z późnego etapu kariery braci Gibb – począwszy od LP „Living Eyes” z 1981 r. – „You Win Again”, „One” czy „Alone”, niezależnie od tego jak zaraźliwe są ich hooki, rażą kiczowatą brzydotą, NRD-owską przesadą wpisaną w DNA ich kompozycji. A przecież gdzie tam Buckinghamowi to Barry’ego Gibba…

Historię zespołu można podzielić na kilka odrębnych estetycznie faz. Nie będę ich tutaj szczegółowo omawiał, ale na potrzeby niezorientowanych zakreślę orientacyjne ramy. To pomoże lepiej zrozumieć różnice między prezentowanymi niżej utworami. I tak w pierwszym okresie, trwającym od połowy lat 60. do wydania epickiego albumu „Odessa” w 1969 r., Bee Gees nagrywają przede wszystkim romantyczne ballady, których barokowy sznyt podkreśla rozwibrowany wokal Robina. Zaliczają kilka hitów, ale ich pozycja na rynku nie jest jakoś szczególnie mocna. Ambitna „Odessa” – do dziś uważana za „Sierżanta Pieprza” Bee Gees – dzieli braci: Robin skonfliktowany z wyrastającym na lidera Barrym na krótko opuszcza grupę, a komercyjna klapa dwupłytowego albumu kończy fazę barokową. Rozpoczyna się faza nijaka. Przez kilka lat zespół błądzi szukając własnego stylu. W kompozycjach wciąż dominują słodycz i cipiarstwo, ale hej!, właśnie zaczęły się lata 70. i zespoły popowe powinny nagrywać *albumy*. O ile single braci radzą sobie nieźle („How Can You Mend A Broken Heart” jest pierwszym amerykańskim numerem jeden Bee Gees), o tyle longplaye zdają się zmierzać do nikąd. W końcu wytwórnia narzuca Gibbom zewnętrznego producenta, genialnego Arifa Mardina, a ten – Bóg raczy wiedzieć w jaki sposób – rozpoznaje w Bee Gees roztańczonych murzynów. Przemiana stylu grupy dokonuje się w zasadzie z dnia na dzień. Teoretycznie już na „Mr. Natural” z 1974 r. słychać lekki zwrot w stronę rhythm’n’bluesa, ale wciąż przepaść między tym albumem, a kolejnym – o rok późniejszym „Main Course” – jest ogromna. Bee Gees wchodzą w fazę dyskotekową i przepuszczają bezprecedensowy szturm na światowe listy przebojów. Kompozytorski geniusz braci wprost eksploduje, a Barry – dotychczasowy lider – staje się wreszcie frontmanem. W końcu to jego falset począwszy od „Mian Course” będzie rozpoznawczym znakiem utworów grupy.

Okres dominacji Bee Gees kończy się wraz z końcem epoki disco. Poza źle przyjętym i raczej nieudanym soft-rockowym albumem „Living Eyes”, bracia oddają się głównie projektom solowym i pracy w studiu dla innych artystów. Prym wiedzie oczywiście Barry, który w krótkim czasie pisze, nagrywa i produkuje albumy Andy’ego Gibba (czwartego brata), Barbry Streisand, Kenny’ego Rogersa, Diany Ross i Dionne Warwick. Pod koniec lat 80. zespół wraca z nowymi piosenkami ale już do końca swego istnienia, czyli do śmierci Maurice’a w 2003 r., funkcjonować będzie jako skład wybitnie emerycki. Barry kompletnie straci wyczucie do ładnych brzmień, a kasyna w Las Vegas otworzą dla braci swoje sceny.

***

Przesłuchawszy po latach utwory, które wybrałem do niniejszego zestawienia, wysnułem wniosek, że okej, może Gibbowie nie byli wizjonerami popu, ale jak mało kto, a może nawet nikt inny, rozumieli naturę hooku. Wiedzieli co znaczy przebieg linii melodycznej w kluczowych partiach piosenki takich jak prechorus czy refren. Stosowane w ich przebojach rozwiązania żarły, łapały za gardło, balansowały na granicy dopuszczalnej ekspresji i potrafiły wydobyć z wykonawcy skrajne emocje. Oczywiście często były to hooki populistyczne. Cóż, nie potrafię tego wyjaśnić, zresztą, jak zmierzyć szlachetność interwału? Ale kiedy się analizuje dorobek Bee Gees, niejednokrotnie słychać jak cała piosenka zostaje podporządkowana jednemu genialnemu rozwiązaniu melodycznemu. Na przykład w „If I Can’t Have You”. No ale po szczegóły odsyłam już do opisu tej piosenki poniżej i w ogóle do wszystkich pozostałych opisów. Bawcie się dobrze.

PS. Jeżeli chcecie odsłuchać wszystkie utwory na raz, skorzystajcie z playlisty YouTube.

20. Bee Gees - New York Mining Disaster 1941 („Bee Gees 1st”, 1967)

Nie sposób rozpocząć inaczej. Nawet na tle eklektycznego dorobku grupy pierwszy przebój Bee Gees pozostaje utworem nietypowym i odrębnym; najbliżej mu chyba do surrealistycznego storytellingu „Odessy”, ale to co monumentalny song osiągał orkiestrowym wręcz rozmachem, „New York Mining Disaster” realizuje za pomocą skromnych i szczerych środków wyrazu. Długowieczność kompozycji tkwi w tęsknej melodii refrenu i pomysłowym wykorzystaniu wokaliz w harmonicznej podstawie – bracia brzmią jakby wołali z głębokości, głuche głosy rezonują w oddali, komplementując rozczulający tekst o górnikach, którzy pogrzebani pod ziemią, wspominają pozostawione na powierzchni żony. Wartość dodana? Na żywo zespół prezentuje wersję komediową (patrz: Maurice Gibb @ 0:34 – 0:39 & 1:13)

19. Bee Gees - Tragedy („Spirits Having Flown”, 1979)

Dobra, jedziemy. „Tragedy” to, obok „Stayin’ Alive”, być może najbardziej rozpoznawalny hicior Bee Gees – uber-przebój schyłkowej epoki disco, obciążony genetycznie emblemat czasów z gargantuiczną produkcją i wielkim-jak-życie hookiem, który już na zawsze symbolizować będzie ostatni utwór na ostatniej imprezie w ostatni wieczór przed końcem świata (as we know it). Wyobrażam sobie teledysk „Tragedy” jako upiorny danse macabre odstawiany przez przećpanych balangowiczów na zgliszczach Studia54. Tragedy: When the feeling’s gone and you can’t go on / It’s tragedy. When the morning cries and you don’t know why / It’s hard to bear. With no one to love you, you’re goin’ nowhere. / Tragedy: When you lose control and you have no soul i tak dalej. W odstawkę poszły miękkie akordy i ciepłe brzmienie „Nights On Broadway” czy „More Than A Woman”, które Barry – kto wie, może nawet świadomie – zastąpił motorycznym beatem z sekwencera i podsłuchanymi u Europejczyków syntezatorami (ponoć duży wkład w aranżowanie kawałka miał klawiszowiec, Blue Weaver). Posępny temat i doprowadzony do kuriozum falset Barry’ego zupełnie ten kawałek dominują, ale gdy się wsłuchać w podkład zwrotki to – szok i niedowierzanie – można odnieść wrażenie, że Bee Gees skorzystali w studiu z usług Kraftwerk. Okej, wiem, że disco, że Moroder i „I Feel Love” (ja panią Summer znam i Donna fajna), ale wciąż: te kontrapunktujące się elektroniczne blipy musiały w ’79 r. robić spore wrażenie.

18. Bee Gees - Love Me („Children Of The World”, 1976)

Rzadki przypadek Robina śpiewającego lead w utworze dyskotekowego wcielenia grupy, choć akurat „Love Me” – ambientalna power-ballada – niewiele ma wspólnego z disco, może natomiast budzić skojarzenia z „From A Whisper To A Scream” Allena Toussainta. Barry i Robin stosują tu swój ulubiony zabieg konstrukcyjny – dywersyfikują paletę emocji w poszczególnych składowych kompozycji. I tak zwrotka to kojący, wycofany southern soul, który w płaczliwym pre-chorusie nagle następuje na odciski pierwszych przebojów Bee Gees („Massachusests” etc.), by w końcu w refrenie sięgnąć po rewelacyjny hook, który jak to u BIGOSÓW, ociera się o kicz i tandetę. Ale w chwili, gdy Robin podrywa melodię w górę (szlachetny akord na słowie deep) trafiamy do – jak to mówi Kuba Ambrożewski –krainy piękna i dobra. W finale chłopakom trochę zabrakło fantazji, ale to też jeden z ich trademarków.

17. Bee Gees - Charade („Mr. Natural”, 1974)

Dość nietypowa kompozycja w repertuarze Barry’ego (dlaczego mam wrażenie, że to on?), bo stonowana i subtelna, w zasadzie pozbawiona fajerwerków i bez wyraźnego tematu. Nawet klasyczny mostek w wykonaniu Robina – z obowiązkowym vibratto – brzmi jakoś tak, po prostu ładnie. Jest rok ’74, The Bee Gees go Paul Simon, publiczność nie chce słuchać, ale za konsoletą siedzi już Arif Mardin, więc niedługo nóżka zacznie chodzić, oj zacznie.

16. Yvonne Elliman - If I Can’t Have You („Saturday Night Fever”, 1977)

Nawiązując do tego co pisałem we wstępie, „If I Can’t Have You” to rewelacyjny refren plus miła, ale cokolwiek zbędna obudowa. Gdy inni głowiliby się jak upiększyć nieco generyczne zwrotki (chyba najbliższy klasycznemu disco sound w całej karierze BG), bracia przyjęli ten stan z dobrodziejstwem inwentarza i po prostu wyeksponowali hook, tak by na końcu w głowie słuchacza nie pozostało nic innego. Nawet osoba wykonawcy, no bo kto dzisiaj pamięta Yvonne Elliman? Chyba tylko Ian Gillan.

15. Andy Gibb - Our Love (Don’t Throw It All Away) („Shadow Dancing”, 1978)

Andy, najmłodszy z rodzeństwa, formalnie nigdy nie był członkiem Bee Gees, ale kiedy starsi braci wstrzelili się do pierwszej ligi, automatycznie pociągnęli za sobą młodego. Także w tym sensie, że dostarczali mu kolejnych hitów. Historia skończyła się smutno, bo gwiazdor – przez jakiś czas seventiesowy odpowiednik Justina Biebera, ale z owłosioną klatą – poszedł w narkotyki, stracił kontrakt i popadł w zapomnienie, aż w końcu zmarł w wieku zaledwie 30 lat. Bee Gees grywali potem na koncertach „Our Love” w hołdzie Andy’emu. Niby taki był z niego novelty singer, sezonowa gwiazdka, a jednak broni się ta muzyka po latach. Zejście ze zwrotki do refrenu – nietypowe jak na kompozycję Gibbów, bo faktycznie w dół, zarówno pod względem nutek, jak ekspresji – bardzo, bardzo liryczne.

14. Bee Gees - I Love You Too Much („Staying Alive”, 1983)

Można by się długo rozwodzić nad rolą soundtracków w historii Bee Gees. W końcu dwa najlepiej sprzedające się albumy w Stanach w roku 1978 to ścieżki dźwiękowe „Saturday Night Fever” i „Grease”. Ze spóźnionym follow-upem „Gorączki sobotniej nocy” było podobnie – nawet jeśli w ’83 r. to już były odgrzewane kotlety, płyta znalazła niemal 5 milionów nabywców. Żeby bronić całego „Staying Alive OST” trzeba mieć wiele dobrej woli, ale akurat „I Love You Too Much” to jeden z bardziej udanych album-tracków późnego wcielenia grupy. Klasyczny ejtisowy sound i rytmiczny szkielet (rozbujane um-pa-pa sekcji) to kalifornijski AOR, pozbawione niuansów Fleetwood Mac, ale różnicę robią tu przede wszystkim rozmarzone klamry kompozycyjne każdej ze strof zwrotki – piękny kontrast dla prężących muskuły refrenów.

13. Bee Gees - Odessa („Odessa”, 1969)

Chyba po raz pierwszy w historii grupy (i prawie na pewno po raz ostatni) skłonność do kompozycyjnego rozedrgania objawiła się w małej symfonii, której nadrzędnym celem nie było szturmowanie list przebojów, ale budowanie spójnego i przemyślanego przekazu artystycznego. W warstwie czysto muzycznej „Odessa” to chyba najodważniejsza i najdalsza wycieczka Bee Gees poza granice tradycyjnie rozumianej muzyki pop. Harmonie wokalne to jakiś chłopięcy chór uniwersytetu w Saratoga, dialog wiolonczeli i gitary w pierwszej części przypomina wiktoriańską muzykę kameralną, a instrumentalna coda pod koniec zapodobuje do ulubionego-wśród-ambitnych-songwriterów „Bolera” (trochę sytuacja z cyklu Hej, Robin, to skoro i tak opłaciliśmy już orkiestrę, może wstawimy pod koniec epicki, instrumentalny mostek? - Okej, Barry, cokolwiek…). A przecież i tak jest słodko, rozczulająco, no po prostu pięknie. Czyli tak jak u braci lubimy.

12. Bee Gees - Love You Inside Out („Spirits Having Flown”, 1979)

Rok ’79 był rokiem bombastycznych albumów. Lata 70. kończyły się z hukiem i mało brakło, by pogrzebały w gruzach takich gigantów jak Pink Floyd, Fleetwood Mac czy Bee Gees właśnie. Jeszcze w 1978 Barry wraz z nadwornymi współpracownikami – Albhym Galutenem i Karlem Richardsonem – zamknął się w studiu i pracując nad płytą, tylko w niewielkim zakresie korzystał z pomocy braci (Robin jak zwykle sporo komponował, ale zaśpiewał lead tylko w jednej piosence; Maurice zajmował się piciem). Podobnie jak „Tusk” czy „The Wall”, „Spirits…” było kontrolowanym ćwiczeniem rozmachu… Chociaż, nie, INACZEJ niż „Tusk” i „The Wall”, „Spirits…” było ćwiczeniem NIEkontrolowanym. Stronę A otwierały trzy kolejne numery jeden na liście Billboardu, więc ludzie kupowali na potęgę – ostatecznie sprzedało się jakieś 30 milionów egzemplarzy płyty – a paradoksalnie to chyba najtrudniejszy album BG – męczący, skrajnie przeprodukowany (w „Too Much Heaven” Barry zastosował 27 nakładek wokalnych!) i manierycznie wykonany (nawet Robin śpiewa tu falsetem). Jako, że „Love You Inside Out” pozostawia relatywnie sporo niezagospodarowanego miejsca między kolejnymi dźwiękami, może na tle reszty tracklisty wydawać się utworem najskromniejszym. Zaraźliwy refren brzmi raczej banalnie, a rozwrzeszczany mostek (aż do You are the reason…) jest wręcz brzydki. Robotę robią za to zwrotki ze świetnie zaaranżowanym fortepianinem (podobny patent, co u Izy Lach w „Futrze”) i słodkie prechorusy. Obczajcie.

11. Bee Gees - To Love Somebody („Bee Gees 1st”, 1967)

Wiadomo, klasyk, standardzik, Janis Joplin śpiewała. Co ciekawe, to jeden z czarniejszych utworów pierwszej inkarnacji Bee Gees, więc wychodzi na to, że chłopcy od zawsze mieli w sobie mentalnego murzyna. A melodia trochę komentuje się sama, poszukiwanie ukrytych niuansów jest raczej niepotrzebne. Solidne 8.7.

10. Bee Gees - Jive Talkin’ („Main Course”, 1975)

Zastanawiałem się czy nie włączyć do tego zestawienia utworu „One” z końcówki lat 80. (triumfalny (?) powrót Bee Gees na amerykańską listę), ale potem pokumałem, że przecież ten sam temat wyczerpuje już „Jive Talkin’”, z którego Barry wyraźnie potem zrzynał. Różnica jest taka jak między porsche a maluchem z silnikiem porsche – niby oba nieźle zapieprzają, ale tym drugim trochę wstyd wyjeżdżać poza teren posesji. Niech więc „One” pozostanie słodkim guilty pleasure, a „Jive Talkin’” źródłem szczerego zachwytu wszystkich białasów, którym zamarzy się kompletny makeover na przestrzeni jednej piosenki.

9. Barbra Streisand - Woman In Love („Guilty”, 1980)

Przypuszczam, że teraz naprawdę powinienem zacząć się tłumaczyć odstawiając na bok argumenty kulturoznawcze, a sięgając po muzykologiczne. No dobrze, spróbuję. Przede wszystkim posłuchajcie jak Babs prowadzi tę melodię, jaka to jest mistrzyni! Pod powierzchnią zwrotki kotłują się takie emocje, że kiedy w końcu Streisand wytrzymuje nutę na all (ok. 1:08), ja mam gęsią skórkę, a przecież to jest dopiero wstęp do melodramatycznego refrenu z kulminacją w postaci rozpaczliwego It’s a right I defend, over and over again. Bogu dzięki, że „Woman In Love” nie trafiło w ręce jakiejś Whitney Houston albo innej wokalistki z tendencją do prześpiewania. Barbra, przy całej jej skłonności do improwizacji, to jednak dyscyplina, dyscyplina i jeszcze raz dyscyplina. Choć podobno w studiu robiła co chciała i Barry musiał potem kleić każdą piosenkę z kilku alternatywnych wykonań. Bo miał wizję. Dziwak.

8. Barbra Streisand - Promises („Guilty”, 1980)

„Promises” to hook na hooku, choć w pierwszej chwili piosenka może wydawać się niezbyt przebojowa. W zasadzie każda składowa – zwrotka, prechorus i dwuczęściowy refren – rywalizuje tu o miano wiodącego motywu, ale piękne rzeczy dzieją się także w aranżu. Barry dwoi się i troi (dosłownie, w końcu to król nakładek) w chórkach, co słychać szczególnie, gdy wybrzmiewa finał utworu. No i stwierdzenie, że piosenki z „Guilty” antycypowały sophisti-pop nie wydaje mi się odległe od prawdy.

7. Frankie Valli - Grease („Grease”, 1978)

W 1978 r. (a w zasadzie już z końcem ’77) Bee Gees wdarli się na sam szczyt. Soundtrack „Gorączki sobotniej nocy” to, pomimo kolaboratywnego charakteru przedsięwzięcia, głównie ich dziecko, no bo nie oszukujmy się – te 40 milionów sprzedanych egzemplarzy raczej nie wynika z popularności instrumentalnych potworków Davida Shore’a. Co więc bracia robili tego samego roku w ramach zajęć pozalekcyjnych? A napisali tytułowy utwór do jeszcze jednego musicalu i przypadkiem znowu wyszedł im #1. Więc z kronikarskiego obowiązku pozwolę sobie wymienić: pomiędzy grudniem ’77 a grudniem ’78, bracia Gibb wdarli się na szczyt singlowego zestawienia Billboardu sześć razy. Powtarzam: sześć razy! Oprócz piosenek, które sami firmowali („How Deep Is Your Love”, „Stayin’ Alive”, „Night Fever”), „ich” numerami jeden były „If I Can’t Have You” (Yvonne Elliman), „Love Is Thick As Water” (Andy Gibb) i właśnie „Grease” śpiewane przez Frankiego Valli. Doszło nawet do takiej sytuacji, że „Night Fever” strąciło z podium „Love is…”, a potem zostało zastąpione przez „If I Can’t Have You”. W sumie – pomiędzy 24 grudnia 1978 r. a 2 września 1978 – Barry Gibb okupował szczyt przez 27 z 37 tygodni. Oczywiście już w styczniu ’79 Bee Gees mieli kolejny numero uno („Too Much Heaven”), a później – oczywiście wciąż w roku 1979 – jeszcze dwa kolejne („Tragedy” i „Love You Inside Out”). Fajne te statystyki, nie? A wracając do „Grease” to sprawa jest prosta: Barry jak to Barry, tu przykrawa, tam skraje i gra gitarra…

6. Bee Gees - How Deep Is Your Love („Saturday Night Fever”, 1977)

Postanowiłem wybrnąć z niezręcznej sytuacji pisania o utworach z „Saturday Night Fever” w ten sposób, że wkleję jakieś linki.

5. Bee Gees - Stayin’ Alive („Saturday Night Fever”, 1977)

A tu z kolei myślę, że niezłym komentarzem będzie ten klip. Chodzi mi o kulturowe znaczenie. Jednak miażdżące.

4. Bee Gees - You Should Be Dancing („Children Of The World”, 1976)

Bee Gees a sprawa disco wygląda tak, że biali bracia Gibb przyszli na gotowe – kiedy ideologiczny i estetyczny fundament stylu był już ukształtowany. Jeśli więc dopatrywać się kreatywnego wkładu Barry’ego, Robina i Maurice’a w disco, to nie w doskonałym, ale bądź co bądź odtwórczym „Stayin’ Alive” (zabieg retoryczny – OCZYWIŚCIE, że „SA” nie jest odtwórcze, urgh!) ale w o rok wcześniejszym „You Should Be Dancing”, które nie tyle nawet antycypuje co po prostu definiuje dance-punk. Nerwowy puls utworu – tętno pulsu można by rzec, heh – jaskrawe, krzykliwe gitary rytmiczne i agresywne wjazdy dęciaków w instrumentalnych przerywnikach – przecież to !!! na poziomie „Giulianiego” albo „Hello, Is This Thing On?”. Basista w refrenie odpierdala tricki bez mała genialne, a bracia, udanie naśladując Arifa Mardina, popełniają chyba najlepszą swoją robotę produkcyjną..

3. Kenny Rogers & Dolly Parton - Islands In The Stream („Eyes That See In The Dark”, 1983)

Warstwa na warstwie, monumentalna konstrukcja „Islands In The Stream” piętrzy się przed słuchaczem, niemal 30 lat od dnia swojej premiery wciąż pozostając doskonałym przykładem kompozycji paradoksalnej. Pomyślana jako utwór dla Marvina Gaye’a, opiera się na klasycznym southern’owym shuffle’u, w którym bracia kłaniają się nisko tradycji legendarnej wytwórni Stax. Kiedy jednak w mixie pojawiają się głos Kenny’ego Rogersa i sztywna melodia zwrotki, z Memphis przeskakujemy do Nashville, by już za chwilę na wysokości pre-chorusa skumać jednak dlaczego „Islands” pisano z myślą o Marvinie. Bo TEN pre-chorus to bodaj najpiękniejsze 20 sekund w całej, najeżonej przebojami karierze Bee Gees. Gigantyczny sukces singiel zawdzięcza „charyzmie” wykonawców i zaraźliwemu refrenowi, ale jeśli jest jedna melodia z całego dorobku braci Gibb, która miałaby przetrwać jako dziedzictwo dla następnych pokoleń, to zawiera się ona między 0:45 a 1:05 w tej tutaj piosence.

2. Bee Gees - Nights On Broadway („Main Course”, 1975)

W żadnym innym utworze Bee Gees nie byli tak blisko faktycznego przeistoczenia się w Afroamerykanów i nawet nie musieli w tym celu nadużywać falsetu. A że był to pierwszy utwór na ich pierwszej „czarnej” płycie, to dalej ewoluować mogli tylko w stronę chudych brytyjskich pedałów (lub w ich przypadku niemieckich. Cześć, „Juliet”!). Podobno Stevie Wonder wpadł z wizytą do studia, w którym bracia nagrywali „Nights On Broadway” i tak mu się spodobało, że siadł za elektrycznym klawiszem. Kiedy było po wszystkim, Stevie miał podejść do Robina i zapytać go, z której części Harlemu pochodzi.

...

Okej, anegdotę zmyśliłem, ale kogo to w ogóle obchodzi?

1. Barbra Streisand - Guilty („Guilty”, 1980)

Jeśli dotarliście aż tutaj to rzeczywiście, macie prawo czuć się zaskoczeni. Cholera, sam trochę jestem, ale nijak nie chce się ten ranking ułożyć inaczej. Więc może żeby nie przedłużać – tym bardziej, że kiedyś już o „Guilty” obszernie na łamach Screenagers pisałem – postaram się wytłumaczyć dlaczego ten, a nie inny utwór z szerokiego katalogu piosenek braci wygrał. Przez lata znałem go tylko ze skróconej akustycznej wersji, jakiej dzieciakiem będąc słuchałem z kasety „One Night Only”. „One Night Only” to zapis koncertu, który bracia zagrali w Las Vegas bodajże w 1997 r. i jak teraz o tym myślę, to wcale nie było aż tak dawno – ledwie trzy lata później spora część czytelników/redaktorów tego serwisu słuchała już „Kid A”. Więc kiedy ostatnio w gronie znajomych rozmawialiśmy o naszych muzycznych korzeniach i wszyscy wymienili jakieś mniej lub bardziej alternatywne kapele, ja wymieniłem Bee Gees. No to jakim cudem ta muzyka mogła nie wdrukować się w moją świadomość?

Ale miało być o „Guilty”. Więc „Guilty, hm… „Guilty” to jest bardzo lekki, zwiewny numer, oszczędnie zaaranżowany i… No, może po prostu posłuchajcie sami.

Paweł Sajewicz (10 lutego 2012)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: ef-ka
[30 maja 2012]
Oj,moim skromnym zdaniem \"Dzieciak\" calkiem niezle zna się na twórczosci braci Gibb. Własnie takiego referatu było mi trzeba po 20 V :(( trochę mnie wyciągnął z doła;) A co do miejsc to absolutnie zgadzam się z dwójką i chyba też -o dziwo- z jedynką:)chętnie przeczytałabym co mysli autor o niepozornej \"Fanny be tender...\"która tak totalnie zapętla sie w głowie. A co do Kid A - czy w ogóle radiohead to oni tez mają kilka ładnych melodii w dorobku:) Pozdrawiam i wielkie dzieki!
Gość: Fan Braci Gibb
[14 lutego 2012]
Dzieciaku co ty wiesz o Bee Gees ......
Gość: _._
[11 lutego 2012]
W Stanach?
Gość: .-.
[10 lutego 2012]
Gdzie Massachusetts?! :)
PS
[10 lutego 2012]
Mnie bardziej dziwi brak "You Win Again" :|
Gość: Mateusz M.
[10 lutego 2012]
Gdzie jest ALONE? :(
W każdym razie, chciałem zwrócić uwagę na utwór Suddenly z Odessy, który totalnie antycypuje the Shins circa debiut.
http://www.youtube.com/watch?v=2tn7kfNnB8g
Gość: ps nzlg
[10 lutego 2012]
w kwestii pozostałych piosenek: ja wiem i zgadzam się, że tę listę można by bez straty jakości pociągnąć spokojnie do top40, ale wyżej podpisany nie był w stanie, zabrakło mocy przerobowych etc. Poza tym starałem się jednak odrobinę urozmaicić zestaw, bo edukacyjny sens obstawienia pierwszej piątki przez piosenki z "Saturday Night Fever" jednak byłby niewielki. A zapomniane piosenki jak "My Love", "Charade", "I Love You Too Much" zasługują by je szerokiej publiczności po latach przypomnieć.

Dziś wieczorem podam zawodników, którzy nie zmieścili się w składzie na mundial.
Gość: walt
[10 lutego 2012]
more than a woman?
Gość: gg1
[10 lutego 2012]
brak mojego ulubionego 'someone belonging to someone', ale trudno, i tak fajne zestawienie
Gość: anglik
[10 lutego 2012]
screenagers: degrading their relevancy one article at a time.
kuba a
[10 lutego 2012]
Warto też dodać, że "Islands In The Stream" ma swoją lepiej znaną wśród młodzieży i jeszcze bardziej cheesy niż oryginał rap-wersję, "Ghetto Supastar".

Gdyby ktoś chciał sobie porównać i zarazem przypomnieć:
http://www.youtube.com/watch?v=RtIGCGu9L90
(dla mnie kanon wczesnego liceum i klimatów pierdzącego radiowęzła)

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także