Ocena: 8

Einstürzende Neubauten

Alles in Allem

Okładka Einstürzende Neubauten - Alles in Allem

[Potomak; 15 maja 2020]

Jaki jest najlepszy sposób, aby uczcić dwudziestą rocznicę wydania swojego muzycznego opus magnum? Może by tak zorganizować dedykowaną płycie trasę koncertową i po raz pierwszy od wielu lat grać ją podczas występów w całości? Albo inaczej: czemu by – dla przykładu – nie wypuścić jakiegoś wypasionego boxu zawierającego oryginalny materiał wzbogacony sporą dawką różnorakich bonusów (o te, w przypadku Einstürzende Neubauten, nie powinno być skądinąd trudno)?

Oba te pomysły oczywiście pięknie się prezentują, gdy się o nich mówi, jednak należy pamiętać, że mamy rok 2020, a ten w historii przemysłu muzycznego (i wielu innych branż również) zapisze się z pewnością czarnymi zgłoskami. W dynamicznie zmieniającej się światowej rzeczywistości pandemicznej, w sytuacji, gdzie globalna branża eventowa ledwo dycha, organizowanie jubileuszowej trasy koncertowej byłoby skazane na niepowodzenie. Zapaść gospodarcza nie sprzyja również potencjalnie rozbuchanym planom wydawniczym: ilu z nas będzie w końcu kupować towary de facto luksusowe, nie mając choćby psychologicznej gwarancji zachowania płynności finansowej? Ale wiecie co: gdy w maju, parę dni po premierze „Alles in Allem”, siedząc w domu na dobrowolnej kwarantannie, zapoznałem się z tym albumem, poświęcając mu relatywnie dużo uwagi, uznałem, iż stanowi on godne uhonorowanie wydanego w 2000 roku „Silence is Sexy”. Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, iż „Alles in Allem” to takie „Silence is Sexy 2” i nie, nie mamy tu do czynienia z jakimkolwiek odcinaniem kuponów od popularności grupy, wręcz przeciwnie: tegoroczna płyta zdecydowanie udowadnia, że formuła bazująca na przeplataniu subtelnych melodii z subtelnym hałasem wcale się nie wyczerpała. Z jednej strony Niemcy w końcu nic nikomu już udowadniać nie muszą (co zdecydowanie nadaje swoistej lekkości materiałowi zawartemu na płycie), a z drugiej wciąż pozostają oni zjawiskiem jedynym w swoim rodzaju, czymś istotnie nie dającym się podrobić.

A może to jednak kwestia bycia wyposzczonym przez grupę? Taki odzywający się muzyczny głód za tym specyficznym neubautenowym podejściem do tworzenia utworów? Jakby nie patrzeć „Alles in Allem” jest zaledwie drugim wydanym przez zespół albumem w ciągu ostatnich 10 lat. Okres, jaki minął od wypuszczenia w 2014 umiarkowanie przyjętego „Lamentu”, to aż 6 lat (sumarycznie więcej, niż całe moje studia). Ktoś mógłby powiedzieć, że w takim zestawieniu „Alles in Allem” rzeczywiście zwycięża jakością, ale cóż to zwycięstwo? Jednakże pamiętajmy, że mowa tu o perspektywie 20, a nie 10 lat. W tym czasie studyjniaków wyszło spod rąk grupy nieco więcej. I chociaż do poziomu „Silence Is Sexy” rzeczywiście brakuje, to przewaga majowego wydawnictwa nad „Perpetuum Mobile” zarysowuje się bardzo wyraźnie. Po drodze było jeszcze wyśmienite „Alles Wieder Offen”, które to wspomnianą wyśmienitość zawdzięcza w dużej mierze klasycznemu już utworowi „Nagorny Karabach” i niezwykle energetycznemu w wydaniu live „Let's do it a Dada”. Jako całość „Alles in Allem” zdaje się wypadać jednak minimalnie lepiej od swojego głównego konkurenta. W końcu o sile krążka nie świadczą wyłącznie niezwykle klimatyczne single („Ten Grand Goldie” to murowany klasyk do grania nawet i za 10 lat, a utwór tytułowy jest w istocie minimalistyczną, urzekającą na wielu poziomach balladą), ale i pozostałe kompozycje. Mamy tutaj choćby szantowe „Am Landwehrkanal” (serio – nic tylko wsiąść na łajbę i popłynąć ku nieznanym przygodom), czy dosłownie magiczny, ambientalny, zamykający album utwór „Tempelhof”. W ogóle jest tutaj dosyć dużo wysmakowanego, stricte ambientu. Bardzo dobrze!

Piszę to wszystko, mając pełną świadomość tego, że płyta suma summarum spotkała się z relatywnie obojętnym przyjęciem. Być może jest w tym jakaś nuta przekory, tym bardziej, że 2020 nie rozpieszcza nas w końcu zalewem perfekcyjnych wydawnictw. Wciąż uważam jednak, że warto opisywanego krążka bronić, warto do niego wracać i warto się nad nim zastanawiać. Jakiś jego fragment stał się już w końcu poniekąd symbolem (albo chociaż świadectwem historycznym) naszych czasów. Blixa tańczący w maseczce na teledysku do „Ten Grand Goldie” – jakie to wymowne i na swój sposób urocze, czyż nie?

Grzegorz Mirczak (11 sierpnia 2020)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także