Ocena: 0

Out Of Tune

Out Of Tune

Okładka Out Of Tune - Out Of Tune

[Pomaton; 22 sierpnia 2008]

I can't dance/ I can't sing/ I can't do anything. W ten sposób Malcolm McLaren przemawiał ustami młodziutkiej wokalistki grupy Bow Wow Wow, z jednej strony w dość niesmaczny sposób wyrażając swój mizoginizm, z drugiej natomiast, bezlitośnie obnażając to, do czego gwiazdy popkultury zazwyczaj nie chcą się przyznać. Że w tym biznesie liczy się zewnętrze; że dobry „look” plus sprytny marketing mogą zrekompensować wszelakie ubytki. I nie mam tu na myśli przyjęcia koncepcji: „here are three chords, now start a band”, lecz narcystyczne chodzenie po linii najmniejszego oporu. Tak, to będzie bajka o tym, jak polscy majorsi odkryli indie. Ale nie to państwo na południu Azji, tylko zalążki subkultury młodzieżowej, która od swoich członków nie wymaga zupełnie niczego. Oprócz fajnej grzywki i zakupów w H&M. Nie śledziłam drogi Out Of Tune od grania w garażu przed grupką ziomków z osiedla do supportowania Junior Boys. Do czasu wydania debiutu pod skrzydłami EMI, znałam ich tylko z dwustronnego zdjęcia w zerowym numerze PULP i opowiadań koleżanek, które tylko dlatego ów numer wciąż trzymają pod poduszką. Nie poprzestałam na tej eterycznej stopie znajomości i teraz żałuję, bo już nigdy nie będę mogła myśleć, że jakiś polski zespół wreszcie zdziałał cokolwiek w dance-punku.

Czemu zero? Już wyjaśniam. Otóż doszliśmy do momentu, w którym „alternatywa” to już żadna alternatywa, a „Out Of Tune” mogłoby posłużyć jako podręcznikowy przykład wszystkiego tego, czego nie cierpię w polskiej muzyce. Po kolei:

1. Wtórność i kompletny brak kreatywności, przejawiający się w bezmyślnym kopiowaniu tego, co robią muzycy na zachodzie. Nie wystarczy chcieć grać jak The Rapture, żeby uzyskać nośność „House Of Jealous Lovers”, nie wystarczy lubić „Gotham!”, żeby tworzyć takie wymiatacze jak „End Of The Rope”. Czy komukolwiek chce się tańczyć, słysząc „What You're Missing”? Wątpię.

2. Irytująca maniera wokalna, którą spokojnie można by ukryć, odpowiednio pisząc piosenki; po części zabieg ten udał się w „Ink-A-Bink”, jednak jeśli mielibyśmy to poczytywać za sukces, trzeba by było klaskać również za każdym razem, gdy gitarzysta nie pomyli a-mola z E-durem.

3. Fatalny angielski akcent, który jak na razie udało się przeskoczyć tylko The Car Is On Fire i Rentonowi. Z utęsknieniem czekam na chwilę, w której Polacy zrozumieją, że nie mając talentów lingwistycznych, lepiej nie śpiewać w obcych językach.

4. Kicz i nuda. Beat w „Phone Call” nieodmiennie przywodzi mi na myśl kolegę z liceum, który, gdy zirytowana nauczycielka niemieckiego spytała go: „Sprichst du Deutsch?”, odparł: „Nie, nie, z niemieckich rzeczy to ja tylko techno i porno”.

5. Bezideowość - Out Of Tune w swoich tekstach nie mają nam do powiedzenia zupełnie NIC. Mój ulubiony przykład z „Przywidzeń”: Przewidziałem wszystko co mogło się nie udać. Tak to jest, to chyba jest dobry moment, właśnie ten moment, kiedy czuję, że mogę, chyba już mogę. Tak myślałem już o tym, co wczoraj mówiłem, naprawdę uważam, że dobrze zrobiłem. I powoli zaczynam rozumieć czemu nie mogę znieść. Kto ci powiedział, że cokolwiek ma znaczenie? Nie próbuj mnie zatrzymać, mówić, że nic nie zmienię. Przestań udawać, ja już nie mogę czekać. Muszę ci to powiedzieć, że nie mogę spać kiedy mówisz mi, że... Że nie uwierzysz nigdy w to, co ja chcę... Nie mogę spać, nie mogę jeść, nie mogę dłużej tego znieść. W tym ostatnim się zgadzamy. Reszty w ogóle nie rozumiem, chociaż „mówiłem” i „zrobiłem” nawet się rymuje. Słychać szkołę Kupichy.

6. Muzyka jako gadżet, czyli zamiast kupować iPhone'a albo nowy samochód, lans na debiutancki album.

7. Sprzedawanie SIEBIE, a nie muzyki. Oczywiście, artysta zawsze wystawia część swej osoby na sprzedaż, jednak robi to, zawierając ową cząstkę w swojej twórczości. Out Of Tune to przypadek zupełnie odwrotny. Nie otoczka jest dodatkiem do płyty, lecz płyta do otoczki.

8. Nie znajduję w „Out Of Tune” żadnych pozytywów, którymi mogłabym usprawiedliwić ocenę z przedziału 1-2.

Amen.

Katarzyna Walas (23 września 2008)

Oceny

Krzysiek Kwiatkowski: 2/10
Kuba Ambrożewski: 1/10
Artur Kiela: 0/10
Katarzyna Walas: 0/10
Maciej Lisiecki: 0/10
Piotr Szwed: 0/10
Tomasz Łuczak: 0/10
Łukasz Błaszczyk: 0/10
Średnia z 14 ocen: 1,07/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: gość
[28 września 2016]
Nie najlepiej napisana recenzja. Rozumiem, o co chodzi w tekście, swego czasu byli to jak najbardziej sensowni "chłopcy do bicia", ale: "to będzie bajka o tym, jak polscy majorsi odkryli indie". Jakoś tej bajki tu nie widzę rozwiniętej, bo dalej mamy zupełnie inne tematy. Po drugie, nie cierpieć w polskiej muzyce braku pozytywów brzmi trochę, no, dziwnie...

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także